1. Do wyborów bez zmian.

Do zaplanowanych na początek października wyborów o żadnych dymisjach nie ma mowy. To wiązałoby się ze stratami wizerunkowymi, premier naraziłby się tez na atak opozycji, ze działa zbyt późno. Tak uważa także część prominentnych polityków PO. Twierdzą, że odwołanie choćby jednego ministra z rządu mogłoby zostać odebrane jako przyznanie się do błędu czy porażki. Argumentują też, że ministrowie muszą dokończyć zadania związane z prezydencją i komuś nowemu trudno byłoby zapanować nad resortem w takim momencie.

2. Dymisja Klicha.

Raport wykaże zapewne zaniedbania resortu obrony narodowej. To może oznaczać zwiększoną presję na dymisję szefa MON Bogdana Klicha. Także nasi rozmówcy uważają, że coś powinno w MON się zdarzyć. - Albo Klich sam powinien podać się do dymisji albo premier wyjść naprzeciw oczekiwaniom i go zdymisjonować - mówi nam osoba z władz Platformy.

Jeśli Klich odszedłby z resortu, jego miejsce mógłby zająć jego zastępca, wiceminister Marcin Idzik - wynika z naszych nieoficjalnych informacji. Sondowano też posła PO Czesława Mroczka za którym przemawia np. dobry kontakt z prezydentem Komorowskim. Częściej wymienia się jednak Idzika, który byłby w stanie “w locie” przejąć obowiązki Klicha. Dodatkowo jest postrzegany jako jego człowiek, więc to pozwoliłoby zachować Klichowi wpływy w resorcie. Politycy PO mówią też, że Klich mógłby odejść, gdyby zamiast propozycji startu do senatu otrzymał bardziej pewne stanowisko - np. przedstawiciela RP przy NATO, które wkrótce ma się zwolnić.


3. Rządowe tsunami

Taki ruch, czyli więcej niż jedna dymisja w rządzie, prominentni politycy PO oceniają jako zagrywkę va bank na dwa miesiące przed wyborami. Tym razem rządowe tsunami oprócz ministra obrony mogłoby objąć także szefa resortu spraw wewnętrznych Jerzego Millera, z którym Tuskowi już dawno nie po drodze. Millera mógłby do końca kadencji zastąpić wiceminister Tomasz Siemoniak. W politycznych kuluarach przewija się też nazwisko Marka Biernackiego, ale raczej w kontekście kolejnej kadencji.

Niewykluczone, że przy okazji mogłoby dojść też do dymisji szefa ABW Krzysztofa Bondaryka. Otoczenie premiera umęczone jest odpieraniem stałych ataków opozycji i kolejnych doniesień mediów o jego kontrowersyjnych związkach ze światem biznesu.

Najmniej prawdopodobna jest zmiana szefa ministerstwa infrastruktury Cezarego Grabarczyka. Z jednej strony sondaże zamawiane przez partię od dawna mówią, że jest największym obciążeniem w oczach opinii publicznej dla rządu. Jednak Tusk musi się z nim liczyć ze względu na bardzo silną pozycję Grabarczyka w partii, szczególnie w kontekście zbliżających się wyborów. Ale jeśli do poniedziałku na autostradzie A2 ktoś nie wbije łopaty, to pojawią się ponowne oczekiwania dymisji Grabarczyka za niedotrzymanie obietnic składanych publicznie przez samego premiera Tuska (w lipcu miały być wznowione prace). Tyle że to właśnie byłoby przyznanie się do porażki.

Ale już kilka razy Tusk grał va bank i zwykle na tym wygrywał. Tak było w przypadku rezygnacji z kandydowania w wyborach prezydenckich, czy dymisji rządowych po aferze hazardowej. Wówczas stanowiska stracili najbliżsi współpracownicy premiera z ówczesnym wicepremierem Grzegorzem Schetyną na czele. Z tymi dymisjami, obejmującymi też najbliższych współpracowników z Kancelarii Premiera, przestał istnieć tzw. dwór Tuska. Mniej ryzykownym politycznie, choć kontrowersyjnym ruchem była też dymisja ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ćwiąkalskiego wraz z całym kierownictwem służb więziennych po samobójstwie Roberta Pazika (kolejnym z samobójstw związanych ze śmiercią Krzysztofa Olewnika).