Rząd korzysta z niskiej inflacji i będzie oszczędzał. Sejm z kolei ma pomysły na to, jak wydawać. Niższy od zakładanego wskaźnik waloryzacji tegorocznych rent i emerytur powoduje, że minister finansów wyda blisko 900 mln zł mniej na dotację do FUS, niż planował.

MF na podwyżki świadczeń wyda 2,6 mld zł, podczas gdy jeszcze pół roku temu zakładano, że koszt waloryzacji wyniesie 3,56 mld zł. – Wciąż mamy procedurę nadmiernego deficytu i musimy różnice między wydatkami a dochodami zmniejszać. Niższe wydatki na emerytury pomogą zmniejszyć deficyt finansów publicznych – wyjaśnia główny ekonomista resortu finansów Ludwik Kotecki. Na koniec 2015 roku mamy zejść do deficytu w wysokości 3 proc. PKB. A Komisja Europejska szacuje, że na koniec 2013 r. wyniósł on 4,8 proc. Nawet jeśli będzie nieco niższy, to i tak oznacza, że różnica między wydatkami a dochodami ma w ciągu najbliższych dwóch lat zmniejszyć się o blisko 29 mld zł. Stąd każdy miliard, zyskany także dzięki niskiej inflacji, jak w przypadku waloryzacji emerytur, oznacza krok bliżej do celu, jakim jest zdjęcie procedury nadmiernego deficytu. Determinacja Ministerstwa Finansów w tej sprawie jest na tyle duża, że resort pracy zarzucił prace nad możliwością wypłaty jednorazowych dodatków do najniższych świadczeń.

Sejm nie jest aż tak powściągliwy. SLD szykuje ustawę, z którą chce wyjść w marcu po waloryzacji emerytur. Przewiduje ona, że pieniądze, które nie zostaną wydane na podwyżkę emerytur z powodu niższej inflacji, mają być przeznaczone na podwyżkę najniższych świadczeń. Ale apetyt lewicy nie ogranicza się do tych zaoszczędzonych 900 mln zł. – Na ten cel powinno być także przeznaczone 1,8 mld zł w gotówce, które wpłynęły do ZUS przez zupełny przypadek z otwartych funduszy emerytalnych – twierdzi posłanka SLD Anna Bańkowska.

Ustawa miałaby podnieść najniższe świadczenia o ok. 200 zł, do 1 tys. zł. Jak podkreśla posłanka Bańkowska, skorzystałoby na niej ok. 900 tys. osób. Lewica ma wsparcie w tej sprawie związkowców z OPZZ. Propozycja SLD może postawić w trudnej sytuacji rząd, bo zaczyna się właśnie kampania wyborcza, a z powodu niskiej inflacji waloryzacja jest najniższa od lat. SLD zaprzecza jednak, że to pomysł wpisany w kampanię. – W zeszłym roku nie mieliśmy tury wyborczej, a złożyliśmy propozycję podwyżki najniższego świadczenia do połowy przeciętnego. Podobne pomysły mieliśmy w poprzedniej kadencji – mówi Anna Bańkowska.

Rząd pomysły Sojuszu będzie chciał odrzucić. Tym bardziej że zahaczają one także o pieniądze, które do ZUS przyszły z OFE. A politycy koalicji jak ognia boją się zarzutów, że po to wprowadzili zmiany w OFE, by trwonić je w dwóch wyborczych latach. – Nie ma mowy o wydawaniu pieniędzy, które zostały przeniesione z funduszy. Zgodnie z zapowiedzią rządu po zmianach w II filarze obniżamy progi ostrożnościowe długu publicznego w ustawie o finansach publicznych po to, by zapewnić wiarygodność Polski wśród inwestorów – zapowiada wiceminister finansów Izabela Leszczyna.