Donald Tusk już wcześniej ustosunkowywał się do pierwszej części materiałów opublikowanych w poniedziałkowym numerze "Wprost", ale nie wyciągnął konsekwencji personalnych. Zapowiedział, że w sprawie nagrań każdy wątek będzie zbadany i nie wykluczył, że za ich rejestrowaniem mogą stać grupy biznesowe, przestępcze lub służby specjalne, czy ich byli pracownicy.

Tymczasem po południu do redakcji tygodnika "Wprost", który ujawnił nagrania, weszli funkcjonariusze ABW wraz z prokuratorem. Sylwester Latkowski, redaktor naczelny "Wprost", relacjonował na gorąco, że funkcjonariusze ABW użyli wobec niego siły. "Rzuciło się na mnie kilku funkcjonariuszy i robiło swoje. Szarpało mnie, przydusiło" - powiedział Latkowski. Dodał, że dziennikarze tygodnika nie wydali im nośników z nagraniami. Podkreslił też, że poinformował funkcjonariuszy ABW, iż przekaże je natychmiast po tym, kiedy sąd uchyli tajemnicę dziennikarską. Dodał, że ABW zrobiła wszystko, by przeszkodzić dziennikarzom "Wprost" w pracy i przygotowaniu kolejnego numeru pisma. CZYTAJ WIĘCEJ >>>

ZOBACZ TAKŻE: Podsłuchy nie tylko u Sowy i Przyjaciół. Była jeszcze jedna restauracja >>>

CZYTAJ WIĘCEJ: Jak taśmy ujawniły niewiedzę polityków. Zobacz >>>