Gawłowski - zachodniopomorski poseł PO i sekretarz generalny Platformy - mówił na wtorkowej konferencji prasowej w Sejmie, że wszystkie stawiane mu przez prokuraturę zarzuty są "w całości bezpodstawne". "Jestem niewinny" - oświadczył poseł. Zapewnił, że gotów jest "stawić się w prokuraturze na każde wezwanie i wyjaśniać wszystkie te wątpliwości, które przy okazji tej sprawy się pojawiły".

Prokuratura zamierza postawić Gawłowskiemu zarzuty popełnienia pięciu przestępstw, w tym trzech o charakterze korupcyjnym. W grudniu ub.r. funkcjonariusze CBA przeszukali warszawskie mieszkanie Gawłowskiego, a dzień później jego dom w Koszalinie. Miało to związek z podejrzeniem m.in. przyjęcia przez niego łapówek w czasie, kiedy pełnił funkcję wiceministra środowiska w rządach PO-PSL.

W sytuacji gdy Gawłowski sam zrzekł się immunitetu, jego pismo w tej sprawie - które, jak poinformował już złożył - skierowane zostanie do sejmowej komisji regulaminowej, by wydała ona opinię, czy jest ono poprawne pod względem formalnym.

"Fakt" podkreśla, że już w 2014 r. prokuratura ustaliła, że w latach 2009-2013 w województwie zachodniopomorskim działała grupa przestępcza, która wyłudzała pieniądze na przetargi albo brała łapówki w zamian za zlecenia ze Skarbu Państwa. Na jej czele stał biznesmen Krzysztof B., który ściśle współpracował z ówczesnym dyrektorem Zachodniopomorskiego Urzędu Melioracji i Urządzeń Wodnych Tomaszem P. Dziennik wskazuje, że ich zeznania pogrążają Gawłowskiego, ówczesnego wiceministra środowiska.

23 września 2014 r. prokuratura przesłuchała Tomasza P., zatrzymanego kilka miesięcy wcześniej. W czasie składania wyjaśnień Tomasz P. przyznał, ze Krzysztof B. mówił mu o "przekazywaniu kanapek wyborczych" w okresie kampanii wyborczej w 2011 r." - pisze "Fakt". Jak tłumaczy "kanapki" to potoczna nazwa grubego pliku banknotów.

W dzienniku czytamy, że w czasie przesłuchania Krzysztof B. rozwinął ten wątek, mówiąc, że gdyby nie przekazał Gawłowskiemu pieniędzy na pomoc przy kampanii wyborczej, nie miałby szans w przetargach, które potem wygrywał. Krzysztof B. - zgodnie z informacjami "Faktu" - miał zeznać, że rozmowy na ten temat prowadził w cztery oczy z posłem PO, "pływając na motorówce albo skuterach". Gotówkę na kampanię - między 170 tys. a 190 tys. złotych - miał przekazać w jego domu w Koszalinie.