Zdaniem Marczuka nad kwestią związaną z wynagradzaniem wiceministrów trzeba rzeczywiście solidnie pomyśleć. - Najważniejsza rzecz, jaką powiedziała pani premier do opozycji: "Zastanówmy się nad tym wspólnie, bo to tak naprawdę buduje powagę państwa, jeżeli urzędnicy zarabiają w porównaniu do rynku przyzwoicie i nie psujmy tego państwa" – powiedział w rozmowie z Radiem ZET.

Dodał, że w tej kwestii najlepsze byłoby rozwiązanie systemowe. Pytany o swoje wynagrodzenie, odpowiedział, że ujawnił dochody jak każdy wiceminister, który przychodzi do rządu. - W moim przypadku za rok 2016 moje wynagrodzenie netto, pracując dla rządu, to było 8 744 zł miesięcznie. Kiedy pracowałem na rynku - podkreślam, bo hejterzy często mówią "niech sprawdzą się na rynku i dopiero wtedy niech idą do rządu" - na rynku tylko i wyłącznie z niepublicznego sektora otrzymywałem 16,5 tysiąca netto miesięcznie – powiedział Marczuk.

Dopytywany o straty ze względu na wejście do rządu, odpowiedział, że wyniosły go one ok. 7-8 tys. złotych. Prowadzący rozmowę Konrad Piasecki stwierdził jednak, że Beata Szydło wynagrodziła mu to trochę premiami. - W 2016 roku, przypomnę, wtedy wprowadzaliśmy program 500+ i ja byłem za niego odpowiedzialny, za wdrożenie tego projektu, to był gigantyczny projekt, bardzo szybko wdrożony. Też otrzymałem za to jakąś nagrodę. Tak, że to nie jest tak, że te 8 744 to jest tylko i wyłącznie goła pensja, tylko też z nagrodami – odparł.