Wiktor Fedorowycz Janukowycz przynajmniej pod jednym względem jest politykiem wyjątkowym. Na Ukrainie nie ma drugiej osoby, o której krążyłoby równie wiele żartów i spektakularnych opowieści. Miał brać kokainę, w młodości być gwałcicielem i więziennym kapusiem. Później mówiono o nim jako o człowieku, który błagał rosyjski Specnaz o spacyfikowanie protestów na kijowskim Majdanie Nezałeżnosti. To jego również oskarża się o całe zło ukraińskiej polityki: trucie kontrkandydata z wyborów w 2004 roku Wiktora Juszczenki i organizowanie cudów nad urną.

Niezależnie od tego, ile w tych wszystkich legendach jest prawdy, jedno wydaje się pewne: Wiktor Janukowycz to gracz wagi ciężkiej. Po spektakularnej porażce w czasie pomarańczowej rewolucji wydawało się, że skończy na emigracji w Monako wraz z finansującym jego obóz donieckim oligarchą Rinatem Achmetowem. W najlepszym razie przejdzie na polityczną emeryturę.

Nic z tego. Po wylizaniu ran, zaledwie kilka miesięcy po triumfie Juszczenki i zajęciu przez Julię Tymoszenko gabinetu szefowej rządu przy bulwarze Hruszewskiego, przysiągł, że wróci jako zwycięzca. W niedzielę po raz drugi będzie walczył o prezydenturę. Tym razem najprawdopodobniej wygra.

Zamach w Iwano-Frankowsku

Wrzesień 2004. Iwano-Frankowsk na zachodzie Ukrainy. Barczysty szef ukraińskiego rządu przyjechał na wiec wyborczy do miasta, w którym niemal każdy darzy go tylko jednym uczuciem - nienawiścią. Wychowani w kulcie UPA mieszkańcy gardzą bełkocącym po rosyjsku donieckim aparatczykiem. Nagle z tłumu w kierunku wysiadającego z kampanijnego autokaru Janukowycza leci jajko. Ten mdleje i osuwa się na ziemię. Później wyzna, że obawiał się najgorszego - kuli od fanatycznego zamachowca. Takiego Janukowycza - zalęknionego, mdlejącego, słabego - na długo zapamięta Ukraina i zagranica.

Zresztą później będzie tylko gorzej. Gest za gestem kandydat na głowę państwa udowadniał, że albo jest niezdecydowanym figurantem, albo ordynarnym postsowieckim chamem.

O protestujących na Majdanie zwykł mawiać "kozły" albo "bydło". Jego żona Ludmiła publicznie przekonywała, że z protestujących tryska agresja, ponieważ... najedli się nafaszerowanych narkotykami pomarańczy z Ameryki.

Dziś jest zupełnie inaczej. Janukowycz nosi dobre zagraniczne garnitury, zatrudnia profesjonalnych doradców od wizerunku, mówi spokojnie. Z żoną się nie pokazuje. Kreuje się na technokratę i profesjonalistę. Czasami jeszcze zdarzają mu się knajackie wpadki. Choćby takie jak wypowiedź w wywiadzie dla "DGP" zaraz po objęciu urzędu premiera z nadania Juszczenki, w którym o stosunkach z Polską mówił: "Są kluczowe, bo razem to i łatwiej ojca bić".

Tych wpadek z miesiąca na miesiąc jest jednak coraz mniej. Nie ma już mowy o napisaniu życiorysu dla Centralnej Komisji Wyborczej, jak w 2004 roku, kiedy swój tytuł naukowy "profesor" napisał z błędem "proffesor" (w sumie w tekście składającym się z 90 słów było 12 błędów ortograficznych i gramatycznych). Janukowycz przeszedł lifting. W 2005 roku zatrudnił Paula J. Manaforta, byłego doradcę prezydentów USA: Ronalda Reagana, Bushów seniora i juniora. Sprofesjonalizował się.

Od mechanika do szefa rządu

Jego początki nie wróżyły jednak nic dobrego. Liczące nieco ponad 100 tys. mieszkańców Jenakijewo nie jest wymarzonym miejscem do życia. Kopalnia węgla kamiennego im. Karola Marksa wchodząca w skład kombinatu Ordżonikidzewuhilla. Bloki pamiętające epokę Breżniewa. Pijaństwo i wypadki spowodowane wybuchem metanu. Właśnie w zabitej dechami wiosce na przedmieściach Jenakijewa - Żukowce - 9 lipca 1950 roku urodził się przyszły gubernator obwodu Donieckiego i premier. Janukowycz to klasyczny człowiek dawnego ZSRR. Ojciec maszynista - Białorusin spod Witebska, matka pielęgniarka - Ukrainka. Jeszcze zanim skończył dwa lata, oboje zmarli.

Wychowała go babcia. "Moje dzieciństwo było trudne i głodne. Każdego dnia musiałem walczyć o siebie" - mówił w jednym z wywiadów. I może właśnie ta walka o siebie spowodowała, że 17-letni Wiktor - już jako pełnoprawny członek ulicznego gangu Piwnowka - trafia za kratki za kradzież. Dostaje trzy lata, lecz już po siedmiu miesiącach za dobre sprawowanie znów jest na wolności. Kolejny wyrok to rok 1970. Tym razem dwa lata za rozbój. Dziś Janukowycz określa tamten etap życia mianem "błędów młodości".

Po drugiej odsiadce jest już tylko lepiej. Przyszły premier zostaje elektrykiem, kończy technikum, na początku lat 80. zaocznie także politechnikę doniecką. Po studiach zapisuje się do partii komunistycznej i zostaje szefem firmy transportowej w rodzinnym Jenakijewie. Jego patronem jest Gieorgij Timofiejewicz Bieriegowoj - sowiecki kosmonauta z misji Sojuz 3, parlamentarzysta z Donbasu i człowiek, do którego strzelał Wiktor Iljin. Słynny zamachowiec na życie Leonida Breżniewa z roku 1969 pomylił właśnie Bieriegowoja ze swoim prawdziwym celem (Breżniew miał się spotkać z ekipą kosmonautów z Sojuza, w tym z Bieriegowojem).

Dziś w swoim oficjalnym życiorysie Wiktor Janukowycz nie kryje: nieżyjący już kosmonauta jest tym, który po latach błądzenia sprowadził go na właściwą drogę. Właśnie on miał pomóc mu wspiąć się na szczyt. Najpierw w 1996 roku zająć stanowisko wiceszefa władz lokalnych w Donbasie. W roku 1997 - gubernatora Donbasu. W 2002 roku - premiera. Już po przegranej rewolucji - ponownie (tym razem w sojuszu z Juszczenką) stanowisko szefa rządu.

Teflonowy Wiktor

Teraz Janukowycz walczy o najwyższą stawkę: prezydenturę, którą, jak twierdzi, ukradziono mu w 2004 roku. Jaki będzie po ewentualnym zwycięstwie? Komentatorzy sprzyjający pomarańczowym nie mają złudzeń: "Wracamy do czasów Kuczmy. Będzie nami rządził knajacki polityk, który nie potrafi nawet się wypowiedzieć" - mówi nam kijowski publicysta Ołeh.

"Koniec z ukraińską demokracją. Janukowycz nasiąkł bandyckim stylem Doniecka, który przeniesie na całą ukraińską politykę" - dodaje w rozmowie z nami Andrij, analityk jednego z prorządowych ośrodków badawczych.

Są jednak i tacy, którzy nie podzielają tych obaw. Dla nich prorosyjskość czy brak stylu to taki sam zarzut jak plotki o tym, że Janukowycz jest kokainistą.

"To najbardziej zmitologizowana postać ukraińskiej polityki. Mówi się o nim, że jest prorosyjski. Tymczasem ta prorosyjskość kończy się na eksponowaniu konieczności uznania języka rosyjskiego za drugi język urzędowy Ukrainy, by utrzymać poparcie w elektoracie na wschodzie kraju. W sprawach NATO czy UE jest tak samo bezbarwny jak Tymoszenko i Juszczenko. Ani go to specjalnie grzeje, ani ziębi" - mówi nam jeden z zachodnich dyplomatów w Kijowie.

"Może to nie jest zbyt popularna teza, ale z Janukowyczem znacznie lepiej robi się interesy niż z pomarańczowymi. Jeśli rozmawia o drodze Ukrainy do UE, jest znacznie lepiej przygotowany niż np. projuszczenkowscy szefowie dyplomacji. Co do jego prorosyjskości, tobym nie przesadzał: on stoi na straży interesów biznesu Donbasu, który przecież dla Rosjan jest konkurencją" - dodaje.

Wydaje się, że właśnie taki Janukowycz funkcjonuje w wyobrażeniu zachodnich dyplomatów w Kijowie. I właśnie dlatego kontakty z jego obozem nawiązują Amerykanie, Niemcy, Brytyjczycy. Już od wygranych przez jego Partię Regionów Ukrainy wyborów parlamentarnych wiosną 2006 roku nikomu nie było wstyd podawać mu ręki.

Dawne winy z czasów rewolucji zostały zapomniane. Stało się jasne, że Wiktor Fedorowycz jest perspektywiczny. To z nim będzie trzeba się dogadywać. Może wygląda jak bokser. Może nie ma tego przyjemnego szarmu Julii Tymoszenko i butów od Prady. Może nie ma tej fascynującej aury zwycięskiego opozycjonisty z poharataną od trucizny twarzą Wiktora Juszczenki.

Ma za to największą i najlepiej zorganizowaną na Ukrainie partię. Zaplecze biznesowe spoglądające chętnie na Zachód i jego giełdy w Londynie i we Frankfurcie. To, że mówi niegramatycznie po ukraińsku, nie ma znaczenia. Bo kto by tam chciał się uczyć ukraińskiego, skoro w Kijowie znów mówi się po rosyjsku. W oczach zagranicznych partnerów Janukowycz już wygrał. Nawet jeśli powinie mu się noga w tych wyborach. Za kilka miesięcy znów będzie premierem.

W listopadzie roku 2009 niejaki Toto Cutugno, niegdyś piosenkarz włoskiej muzyki pop, oskarżył Janukowycza o plagiat piosenki na rzecz kampanii wyborczej 2010. Utwór "Lider" miał brzmieć tak samo jak słynne "Ti amo". Reakcja na zarzuty jak w soczewce skupia teflonowy charakter Janukowycza. "Nic nie słyszałem. Nie zamawiałem żadnej piosenki - oświadczył.

Właśnie taki jest Janukowycz: gdy dzieje się wokół niego coś złego, nic nie wie i nic nie słyszał. Bo nic mu nie może stanąć na przeszkodzie, by powrócić do władzy. Ani Toto, ani Tymoszenko, ani żaden inny wróg.

I właśnie ta teflonowość pomaga mu się podnosić z porażek tak spektakularnych jak przegrana w pomarańczowej rewolucji.

Zbigniew Parafianowicz

współpraca mwp