Momentem przełomowym wydaje się katastrofa zestrzelonego malezyjskiego boeinga 777 - pisze "Der Spiegel", powołując się na informacje od niemieckiego wywiadu. Śmierć niemal 300 osób sprawiła, że Stany Zjednoczone i Europa są sobie bliższe i pozostawiają Rosji niewiele pola na jakiekolwiek manewry. To zaś doprowadziło do ukształtowania się w otoczeniu rosyjskiego prezydenta dwóch nurtów. Zwolennikami pierwszego są ci, którzy uważają, że nie należy spuszczać z tonu i nadal prowadzić ostry kurs wobec sytuacji na Ukrainie. Drugi obóz to przedstawiciele elit biznesowych, którzy zwyczajnie obawiają się o losy swoich interesów.

O tym, że otoczenie rosyjskiego przywódcy nie jest spójne, szef Federalnej Służby Wywiadu Niemiec (BND) Gerhard Schindler mówił w niedzielę na posiedzeniu komitetu spraw zagranicznych Bundestagu. Według niego monolit, którym wydawało się środowisko najwyższych władz Rosji, zaczyna pękać. 

Teraz inicjatywa leży po stronie oligarchów, którzy już cierpią w związku z sankcjami nałożonymi na Rosję przez Unię Europejską. Zdaniem Schindlera, mogą oni próbować "spowolnić" działania prezydenta.

Sedno tej sytuacji ma leżeć w zbliżeniu postaw Stanów Zjednoczonych i Europy. To właśnie na nieporozumienia i rozbieżności między partnerami z obu stron Atlantyku liczyć miał Władimir Putin. - Unia Europejska jest znacznie bardziej niż USA związana gospodarczo z Rosją. Jemu [Putinowi] wydawało się, że z dnia na dzień będzie w stanie usiąść do rozmów o Ukrainie z Zachodem, w szczególności z Waszyngtonem. Ale katastrofa samolotu przekreśliła te plany - uważa politolog Stanisław Biełkowski.

Jego zdaniem Putin wykonuje coraz bardziej nerwowe gesty. Tym bardziej, że - według Biełkowskiego - Putin zawsze działał tak, by pozostawić sobie miejsce na polityczne manewry. Strącenie samolotu z 298 osobami na pokładzie pozbawiło go tej możliwości.