Informację o tym, że Amerykanie zamierzają przenieść z Turcji do Rumunii głowice nuklearne, zdążyły zdementować resorty dyplomacji i obrony w Bukareszcie. Autor tekstu z portalu Euractiv twierdzi, że podane przez niego dane są prawdziwe, i przypomina, że w okresie zimnej wojny Stany Zjednoczone nigdy oficjalnie nie potwierdziły obecności broni atomowej w RFN, Holandii i Belgii. Na pytanie rumuńskiej agencji prasowej Mediafax w tej sprawie Pentagon odpisał: „z powodów bezpieczeństwa USA nie potwierdzają i nie negują informacji o obecności swojej broni w jakimkolwiek miejscu na świecie”.

Niezależnie od tego, czy głowice będą składowane w Rumunii, czy nie – wraz z pogorszeniem relacji Waszyngton–Ankara – kraj ten wyrasta na najważniejszego partnera Amerykanów w regionie Morza Czarnego. Ścisłą współpracą z Rumunią zainteresowany jest również rząd Beaty Szydłoprezydent Andrzej Duda, który wiele razy podkreślał znaczenie Bukaresztu dla polskiej polityki bezpieczeństwa. Zaangażowanie Rumunów we wzmocnienie południowo-wschodniej flanki NATO wyraźnie przyspieszyło po aneksji Krymu przez Rosję wiosną 2014 r. Ocieplenie relacji Turcji z Rosją i zawiązanie współpracy wojskowej między Kremlem i Iranem przy cichej akceptacji ze strony Ankary (udostępnienie Rosjanom bazy Hamadan do prowadzenia nalotów na Syrię) tylko potwierdziło ten trend.

Jak utrzymuje Euractiv, Amerykanie mieliby przerzucić do Deveselu ponad 20 bomb B61 z bazy NATO w Incirlik oddalonej o 100 km od granicy turecko-syryjskiej. To ta sama baza, w której podczas puczu przeciw Recepowi Tayyipowi Erdoganowi tankowano samoloty ostrzeliwujące zwolenników prezydenta. Rząd zdecydował wówczas o odcięciu prądu do Incirlik i uziemieniu wszystkich maszyn, również należących do USA (Amerykanie m.in. z tej bazy prowadzą operację przeciw tzw. Państwu Islamskiemu). Po stłumieniu puczu komendanta bazy aresztowano i oskarżono o udział w spisku. Po tym wydarzeniu Amerykanie mieli zacząć się zastanawiać, na ile realne byłoby utrzymanie kontroli nad głowicami w razie wybuchu wojny domowej w Turcji. Czy w sytuacji braku konkluzji puczu (nikt nie uzyskuje wyraźnej przewagi, a walki przedłużają się) głowice nie trafiłyby w ręce jednej ze stron i nie posłużyły do wypracowania przewagi w konflikcie? Takie pytania zadają sobie również autorzy opracowania „B61 Life Extension Program. Costs and Policy Considerations” z amerykańskiego ośrodka analitycznego Stimson Center.

Właśnie dlatego program Nuclear Sharing, na podstawie którego B61 składowane są w Incirlik, miałby zostać poszerzony o Rumunię. Przypomnijmy, że w kontekście tego samego programu wiceszef MON Tomasz Szatkowski na antenie Polsat News 2 pytany przez Witolda Jurasza, czy rząd jest zainteresowany bardziej aktywną współpracą w ramach „Nuclear Sharing”, powiedział, że „jest to jedna z opcji, którą na pewno należy analizować”. Te słowa wywołały burzę. MON oświadczył później, że „nie trwają prace nad przystąpieniem Polski do programu »Nuclear Sharing«”.

Rumunia pozostaje najważniejszym partnerem USA i NATO nad Morzem Czarnym. Od maja tego roku w bazie Deveselu działają elementy amerykańskiej tarczy antyrakietowej (pociski SM-3 i stacje radiolokacyjne AN/SPY 1, które wykrywają pociski balistyczne). W 2005 r. Bukareszt podpisał z Amerykanami porozumienie o stałej obecności ich żołnierzy w Rumunii. Mają oni do dyspozycji bazę lotniczą Mihail Kogălniceanu niedaleko Konstancy i trzy inne miejsca: poligon w Babadag niedaleko delty Dunaju, poligon w Smârdan i poligon piechoty w Cincu. Amerykanie ćwiczyli również z Rumunami w bazach Feteşti i Câmpia Turzii. Na długo przed szczytem NATO w Warszawie przenieśli na stałe do Rumunii 100 żołnierzy z 34. brygady zmechanizowanej. Baza niedaleko Konstancy była kluczowa dla przerzutu wojsk amerykańskich podczas operacji w Iraku i Afganistanie.

Po 11 września 2001 r. Rumuni podjęli również zakrojoną na szeroką skalę współpracę wywiadów. Rumuński SRI był zaangażowany w program tajnych lotów prowadzonych przez CIA. Jak twierdzą media rumuńskie, w czasie tzw. wojny z terroryzmem doszło do zawiązania realnej unii między służbami specjalnymi USA i Rumunii. Ścisła współpraca trwa zresztą do dziś. Zaledwie kilka dni temu (12 sierpnia) w Bukareszcie gościł najwyższy rangą przedstawiciel służb specjalnych USA James Clapper. Prasa wiąże jego wizytę z informacjami o przeniesieniu głowic z Turcji do Rumunii.

Według analityka cytowanego przez dziennik „România Liberă” przeciek na temat głowic w Rumunii może być szkodliwy i dla Bukaresztu, i dla Amerykanów. Zdaniem Hariego Bucura-Marcu beneficjentami informacji będą przede wszystkim Rosjanie, którzy wykorzystają zamieszanie wokół Deveselu do uzasadnienia tezy o ofensywnym charakterze tarczy antyrakietowej USA w Europie, której elementy mają się również pojawić w polskim Redzikowie.