Ale wobec metryki i biologii jest bezsilny; także wobec ekonomii.

Choć lekarze odradzają mu dalekie zagraniczne podróże, a księgowi załamują ręce, że z powodu pustek w skarbie państwa od miesięcy zalegają z wypłatami dla urzędników, a co gorsza policjantów i żołnierzy, we wrześniu Mugabe pojechał do Wenezueli na naradę szefów państw zapomnianego już Ruchu Państw Niezaangażowanych, a potem do Nowego Jorku na sesję Zgromadzenia Ogólnego ONZ. Poza żoną Grace i zwykłą świtą ministrów, Mugabe zabrał do Ameryki syna, 22-letniego Roberta-juniora, fanatycznego kibica koszykówki, którego marzenia o karierze sportowej w jednej z amerykańskich uczelni udaremniły sankcje i ostracyzm, jakim Zachód postanowił ukarać jego ojca za dyktatorskie rządy; wizowe sankcje dotknęły też rodzinę Mugabego.

Kiedy w przemówieniu w Nowym Jorku Mugabe piętnował zachodni imperializm, prezydent sąsiedniej Botswany, 63-letni Ian Khama, wyłamując się ze świętego w Afryce obowiązku prezydenckiej lojalności, oznajmił, że przywódca Zimbabwe już dawno powinien złożyć urząd, bo w tak zaawansowanym wieku nie jest już w stanie rządzić krajem, przeżywającym w dodatku nową gospodarczą zapaść.

"Synonim upadku"

Po pięciu latach względnej stabilizacji i spokoju, Zimbabwe znów zaczyna pogrążać się w podobnym gospodarczym kryzysie, jaki dziesięć lat temu sprawił, że ten niegdyś jeden z najbogatszych krajów w Afryce, stał się synonimem upadku oraz bił światowe rekordy hiperinflacji. Od całkowitego bankructwa uratowało Zimbabwe zastąpienie własnej waluty amerykańskim dolarem i południowoafrykańskim randem, a także zachodnia pomoc gospodarcza, udzielona w zamian za polityczne ustępstwa starzejącego się dyktatora.

Po oszukanych wyborach w 2008 roku i krwawych pogromach zwolenników opozycji, pod naciskiem Zachodu Mugabe został zmuszony do podzielania się władzą z opozycyjnym przywódcą Morganem Tsvangiraiem, którego zrobił swoim premierem. Ugoda z Tsvangiraiem okazała się mistrzowskim wybiegiem Mugabego. Zachował prezydenturę, a wspierany przez Zachód Tsvangirai zapewniał zachodnie pożyczki, a żyrując politykę zimbabweńskich władz, tracił wiarygodność w oczach rodaków. W kolejnych wyborach w 2013 roku Mugabe pokonał Tsvangiraia bez pomocy bojówek, tak jak wcześniej ogrywał swoich wszystkich rywali.

Mugabe nie potrafi jednak oszukać wieku i odzyskać dawnej witalności, ani naprawić gospodarki, która znów zaczęła się staczać. Fatalne rządy, korupcja, a w dodatku trwająca o kilku lat klęska suszy sprawiły, że w kasie państwa zabrakło dolarów i randów, a rządowi pieniędzy na wypłatę pensji. Znów stanęły szkoły i szpitale, a przed bankami ustawiły się kolejki klientów, usiłujących pobrać własne pieniądze. We wrześniu władze ogłosiły, że z powodu braku dolarów i randów, od października zaczną drukować i wprowadzać na rynek specjalne bony, które zastąpią walutę i pozwolą wypłacić zaległe pensje. Krążące od wiosny plotki o bonach i lęk przed nawrotem hiperinflacji sprawił, że od czerwca zdesperowani Zimbabweńczycy wychodzą na ulice Harare, by protestować przeciwko polityce władz.

Pierwsze od lat uliczne protesty wywołał pastor Evan Mawarire, który w mediach społecznościowych opublikował orędzie, odwołujące się do narodowej flagi i zarzucającej władzom prywatę i zdradę interesu społecznego. W lipcu, w obawie przed prześladowaniami, pastor wyjechał najpierw do RPA, a potem do USA. Po pastorze rolę przywódców protestu przejęli przywódcy młodzieżowego ruchu „Tajamuka – Mamy dość” oraz szefowie opozycyjnych partii – podzielonego schizmami Ruchu na Rzecz Demokratycznej Zmiany Tsvangiraia oraz rozłamowcy z rządzącej partii ZANU-PF, kierowani przez zdymisjonowaną w 2014 roku wiceprezydent Joyce Mujuru. Przeciwko Mugabemu wystąpili nawet jego najwierniejsi do niedawna towarzysze – weterani wojny partyzanckiej z lat 70. przeciwko białym władzom ówczesnej Rodezji.

Od sekretarki do sukcesorki?

Najważniejsza walka o schedę po starzejącym się Mugabem trwa jednak w szeregach rządzącej partii ZANU-PF. Jedną z frakcji kieruje wiceprezydent, 70-letni Emmerson Mnangagwa. Odpowiedzialny jeszcze z czasów wojny partyzanckiej za wojsko, wywiad, a potem policję i służby bezpieczeństwa od lat uważany jest za szarą eminencję we władzach Mugabego i strażnika wszystkich sekretów przywódcy i jego otoczenia.

Drugiej frakcji szefuje żona Mugabego, 51-letnia Grace, która z prezydenckiej sekretarki i kochanki stała się w ostatnim czasie bardzo poważną pretendentką do sukcesji. To ona przed dwoma laty pozbyła się z partii konkurentki Joyce Mujuru, a dziś występując przeciwko Mnangagwie i jego zwolennikom z wojska i służb bezpieczeństwa, kreuje się na przywódczynię młodszego pokolenia polityków ZANU-PF, wychowanego już w czasach Zimbabwe.

W obawie, że sukcesyjna wojna zrujnuje doszczętnie gospodarkę 13-milionowego Zimbabwe, wywoła nową falę uchodźców (z kraju za chlebem wyjechało już 3-4 mln ludzi) i zdestabilizuje całe południe Afryki, z ratunkiem zamierzają spieszyć zachodnie banki. Prywatne banki od wiosny szykują pakiet pożyczek dla Zimbabwe, by mogło ono spłacić swój dług wobec Banku Światowego (ok. 2 mld dolarów) i Międzynarodowego Funduszu Walutowego, a potem liczyć na nowe kredyty i pomoc.

Zachód ma nadzieję, że Zimbabwe uniknie w ten sposób krachu, a następca Mugabego uporządkuje sprawy kraju i pospłaca nowe długi. Zachodni bankierzy nie wierzą, że mimo buńczucznych zapowiedzi Mugabe, w następnych wyborach w 2018 roku blisko stuletni przywódca już nie wystartuje. Grace Mugabe, wykorzystująca we frakcyjnych wojnach swoją uprzywilejowaną sytuację prezydenckiej żony, zapowiada jednak, że jej mąż będzie rządził nawet z inwalidzkiego fotela, a ona sama będzie go pchać.

Autor: Wojciech Jagielski