W 20-milionowym Stambule protest, w którym nie bierze udziału wielotysięczny tłum, nie przyciąga większej uwagi. Może dlatego setny tydzień strajku rodziców szkoły Ismail Tarman przeszedł niemalże niezauważenie. A hasło demonstrantów – „Będziemy tu, dopóki sprawiedliwości nie stanie się zadość” – brzmi raczej jak akt desperacji niż pogróżka pod adresem władz. – Chcę, żeby moje dziecko uczyło się religii. Nie chcę, by to rząd jej uczył – mówi Bengu Bozkurt, jedna z sygnatariuszek pozwu w sprawie szkoły, który złożono w lokalnym sądzie.

Dwa lata temu Ismail Tarman była jedną z najbardziej prestiżowych świeckich szkół w mieście. Właściwie powinniśmy mówić o gimnazjum, bo do placówki przyjmuje się dziesięciolatki – na cztery kolejne lata. Jak twierdzą rodzice, w czerwcu 2016 r. bez ich wiedzy placówka stała się szkołą religijną. Ta decyzja ich podzieliła. – Nie rozumiem, dlaczego niektórzy odwracają się plecami od religii. Turcja jest w 99 proc. muzułmańska – mówiła dziennikarzowi „Financial Times” Hatice Badem, której córka „marzy, by zostać pilotką”. Badem nie przeszkadza, że dwa młodsze roczniki w szkole uczą się już według programu szkoły religijnej, z segregacją płciową w klasach, a dwa starsze – jeszcze według świeckiego. Uważa, że jeśli komuś to nie odpowiada, to może przenieść dziecko do innej placówki, a protest już dawno temu powinien zostać zakazany.

Adwersarze twierdzą, że zmiana w Ismail Tarman to przejaw niedopuszczalnej „islamizacji szkolnictwa”. Ale ich stronnictwo stopniowo się wykrusza – w 2016 r. pod petycją o odwrócenie zmiany podpisało się 970 osób – około połowy rodziców. Z pozwem do sądu poszło jednak ledwie 14 osób.

Władze – szkolne, lokalne, państwowe – najwyraźniej chcą ich „przeczekać”. Jeszcze dwa lata i problem niemal rozwiąże się sam, wraz z odejściem ze szkoły ostatnich roczników przyjmowanych w czasach sprzed zmiany. Zresztą, kto by chciał kruszyć kopie o jedną placówkę, gdy na horyzoncie majaczy znacznie szerzej zakrojony cel.