Ton spotkania w Luksemburgu nadawał szef słoweńskiego MSZ Dimitrij Rupel, którego kraj jeszcze przez dwa tygodnie będzie przewodził Wspólnocie. "Byłoby ryzykowne upierać się, że zdołamy reanimować traktat w sytuacji, gdy mamy pełną blokadę" - oświadczył, wchodząc do budynku Rady UE.

Zaraz po ogłoszeniu wyników irlandzkiego referendum prezydent Sarkozy i niemiecka kanclerz Angela Merkel zaapelowali o szybką kontynuację ratyfikacji traktatu, tak aby Irlandia znalazła się w izolacji i przez to stała się bardziej skłonna do przeprowadzenia ponownego głosowania. Jednak na samej Zielonej Wyspie taki scenariusz staje się coraz mniej prawdopodobny.

"Irlandczycy masowo poszli do urn i zdecydowanie odrzucili traktat. Zrobili tak nie z jednego, ale z wielu powodów. Powtórzenie głosowanie wydaje się więc bardzo mało prawdopodobne" - mówi DZIENNIKOWI Hugo Brady, ekspert londyńskiego Center for European Reform.

Szefowie europejskiej dyplomacji mieli nadzieję, że w Luksemburgu usłyszą od swojego irlandzkiego kolegi, w jaki sposób jego kraj może odwrócić wyniki głosowania. Analitycy nie mają jednak złudzeń: grubo się zawiedli.

W tej sytuacji Niemcy skłonni są sięgnąć po radykalne metody. "Irlandia powinna zrobić sobie "przerwę" w członkostwie w Unii Europejskiej. Jeśli na jakiś czas wycofa się z procesu integracji, otworzy drogę dla wprowadzenia w życie traktatu lizbońskiego w pozostałych 26 krajach" - oświadczył wyraźnie wzburzony szef niemieckiej dyplomacji Frank Walter Steinmeier.

Niemcom zależy na ratowaniu dokumentu, bo wzmacnia on pozycję Berlina w Radzie UE. Jednak za Irlandią murem stanęło wczoraj kilku ministrów Unii. "Nie może być mowy o rozjechaniu czy przeczołganiu Irlandii. Traktat wejdzie w życie tylko wtedy, jeśli zatwierdzą go wszystkie kraje członkowskie. W tym punkcie dokument jest zupełnie jasny" - zapewnił szef brytyjskiej dyplomacji David Miliband. Za Irlandczykami ujęło się też szereg mniejszych państw Wspólnoty. Ich zdaniem marginalizacja Dublina może się okazać precedensem i pomóc w sprowadzaniu w przyszłości do podrzędnej roli również innych niepokornych małych państw Unii. "Musimy być solidarni z naszymi przyjaciółmi, a nie prowadzić do ich izolacji. Znajdziemy rozwiązanie dla Irlandii" - oświadczył szef fińskiego MSZ Alexander Stubb.

Wczoraj - by namawiać sceptycznych wobec Lizbony Czechów - do Pragi specjalnie poleciał Nicolasa Sarkozy. Błyskotliwego sukcesu jednak nie odniósł. Co prawda premier Mirek Topolanek obiecuje, że zrobi wiele, aby jego kraj nie blokował rozwoju Unii. Jednak eurosceptyczny prezydent Valcav Klaus, który w miniony piątek oświadczył, że traktat jest martwy trafił do szpitala i z francuskim przywódcą się nie spotkał. Zaś wicepremier Alexandr Vondra oświadczył, że Francuzi nie powinni wywierać presji na Czechów.

"Nie wyobrażam sobie, jak ten traktat miałby zostać zatwierdzony przez nasz Senat. Jak wytłumaczyć to, że po odrzuceniu unijnej Konstytucji przez Francuzów i Holendrów ratyfikację przerwano, a po odrzuceniu traktatu przez Irlandczyków proces miałby zostać przyspieszony" - pytał retorycznie czeski polityk.

Dla wielu sprawa jest jasna: traktat lizboński wraz z irlandzkim głosowaniem przechodzi do lamusa.

Todd: Unijni przywódcy będą próbowali ominąć irlandzkie "nie"

EMILIA WEBER: Co dalej z Lizboną? Czy traktat jest martwy?

EMANUEL TODD*: W 2005 r. sam głosowałem za traktatem konstytucyjnym. Francuzi i Holendrzy odrzucili dokument. Lizbona była próbą podważeniem tej decyzji. Trzeba znaleźć inną formułę, która określi przyszłość Unii. Europejczycy są po prostu konsekwentni w swoim stanowisku na temat dokumentów, takich jak eurokonstytucja czy traktat lizboński. Mimo to pojawiają się sygnały, że przywódcy Europejscy będą próbowali ominąć irlandzkie "nie". Tymczasem widać wyraźnie, że zapał społeczeństwa do takich rozwiązań się wypalił.

Chce pan powiedzieć, że Europa nie spełnia już oczekiwań swoich obywateli?

Mieliśmy stworzyć społeczeństwo konsumpcyjne, cieszące się wysokim poziomem życia, które byłoby przeciwwagą dla Stanów Zjednoczonych. I stworzyliśmy je. Bardzo łatwo jest zdefiniować model Europy jako wspólnoty gospodarczej, która chroni społeczeństwo przed globalizacją i konkurencją krajów rozwijających się. Budowanie wspólnoty politycznej wyszło trochę gorzej.

Mówi pan o wyzwaniach gospodarczych. Ale paradoksalnie kraj taki jak Irlandia najwięcej korzysta na globalizacji. Mówi się wręcz o cudzie irlandzkim. Dlaczego zatem Dublin odrzuca dokument?

Przypadek Irlandii jest dosyć specyficzny. Kraj znajduje się na peryferiach Unii. Jeśli chodzi o kraje założycielskie: Francję, Niemcy czy nawet Hiszpanię, odnotowują one widoczny zastój gospodarczy. Nowe kraje członkowskie odczuwają coś wręcz przeciwnego - wyraźny wzrost. Właśnie dlatego Unia - "zła" dla Francji i Niemiec i "dobra" dla Irlandii - rozpoczęła absurdalną debatę wokół tematów zastępczych. Zaczęto zajmować się definiowaniem wspólnych wartości, kultury, chrześcijańskich korzeni itd., które miałyby leżeć u postaw integracji. Niezależnie od korzyści gospodarczych pojawiły się tematy zastępcze, które hamują integrację.

Tematy zastępcze tematami zastępczymi. W przypadku Polski fiasko w Dublinie ma konkretny wymiar: nie będzie wspólnej polityki zagranicznej, na której nam zależy. Choćby w stosunku do Rosji.

To prawda. Wystarczająco dobrze znam historię dawnych demokracji ludowych, by zdawać sobie sprawę z obsesji, jaką Polacy mają względem Rosji.

W lipcu Francja obejmie prezydencję w Unii i to ona będzie borykać się z konsekwencjami odrzucenia traktatu. Jak pan sądzi, jakiej polityki Nicolasa Sarkozy’ego możemy się spodziewać?

Jeśli chodzi o Sarkozy’ego, to jego polityka jest absolutnie nieprzewidywalna. Myślę, że Unia pod francuską prezydencją będzie jak "statek pijany". Spodziewam się jednak, że Paryż znajdzie sposób by podważyć wyniki referendum. Jeżeli wykluczymy Irlandię z założeń Lizbony, kolejne kraje będą chciały tego samego. Wystarczy spojrzeć na Włochy! To pierwszy kraj, który zacznie rewizję dokumentu.

*Emmanuel Todd, francuski historyk, demograf, antropolog