Dana Zoladz z ojcem chciał zagłosować w piątek w Columbus w stanie Ohio. Ale kiedy zobaczyli, że w kolejce do punktu wyborczego musieliby czekać sześć godzin, zrezygnowali. Kilkusetmetrowy ogonek chętnych do głosowania nie był w Columbus niczym niezwykłym. Podobnie było w innych miastach całego kraju.

>>>Ciotka Obamy nie zagłosuje, bo jest w USA nielegalnie

Aż 31 z 51 amerykańskich stanów organizuje wcześniejsze wybory. Żeby zagłosować na elektorów wybierających potem amerykańskiego prezydenta, nie trzeba czekać do wtorku. W niektórych, jak na przykład na Florydzie, nie trzeba nawet wychodzić z domu. Wystarczy wysłać kartę do głosowania pocztą. Z takiej możliwości skorzystały już, według informacji z 25 stanów, ponad 23 miliony Amerykanów.

Takiego zainteresowania wcześniejszym głosowaniem nikt się nie spodziewał. Dlatego nieliczne punkty wyborcze pękają w szwach. Od telefonów urywa się także specjalna linia, gdzie Amerykanie zgłaszają problemy z głosowaniem. Wielu skarży się na ogromne kolejki.

Ale w kolejkach czuć też ogromną ekscytację wyborami. "Wszyscy po prostu pragnęli zagłosować" - opowiadał telewizji CNN Cesar Jimenez, który w kolejce do jednego z punktów wyborczych na Florydzie spędził cztery godziny.