To właśnie małe dziewczynki są głównymi bohaterkami większości przełomowych wydarzeń w historii emancypacji czarnoskórych mieszkańców USA.

Jest rok 1960. Sześcioletnią czarnoskórą Ruby Bridges pierwszego dnia do szkoły odwieźli uzbrojeni policjanci. "Powiedzieli nam, że gdy wysiądziemy z samochodu, dwóch będzie szło przede mną i mamą, a dwóch za nami, żeby chronić nas z obu stron" - wspomina Bridges. Mała Ruby potrzebowała ich do ochrony przed rodzicami białych kolegów szkolnych, którzy nie chcieli, by ich dzieci siedziały w jednej klasie z Murzynką. "Ludzie krzyczeli i wygrażali nam pięściami. Nie zaczęłam lekcji tego dnia. Gdy następnego dnia znów przyszłam do szkoły, biała miła nauczycielka zaprowadziła mnie do pustej klasy i poprosiła, żebym wybrała sobie ławkę" - pisze 54-letnia dziś kobieta.

Obrazek małej czarnej dziewczynki z warkoczykami, w białej sukience, która w asyście policji próbuje wejść do szkolnego budynku otoczonego przez biały wrogi tłum, znają chyba wszyscy Amerykanie. Ruby była pierwszym czarnym dzieckiem, które zaczęło uczęszczać do szkoły dla białych na Południu, w Nowym Orleanie. Jej rodziców zwerbowała organizacja emancypacyjna "National Association for the Advancement of Colored People", by uczestniczyli w próbie integracji rasowej amerykańskiego systemu szkolnictwa. Aktowi temu towarzyszyły jednak nieustanne protesty rodziców białych uczniów, którzy zabierali swoje dzieci z lekcji. Dziewczynkę znieważano, straszono czarną lalką w trumnie i grożono otruciem, więc dla bezpieczeństwa na drugie śniadanie jeść mogła pod nadzorem policji tylko kanapki przyniesione z domu. Za uczestnictwo w inicjatywie NAACP zapłaciła cała rodzina: ojciec i dziadkowie stracili pracę.

Dantejskie sceny towarzyszyły również próbie wejścia do szkoły tzw. dziewiątki z Little Rock, czyli dziewięciorgu czarnych licealistów, którzy zostali wybrani, by jako pierwsi zapisać się do szkoły tylko dla białych.

Za radą grona pedagogicznego dziewiątka nie pojawiła się na rozpoczęciu roku. Drugiego dnia licealiści przyszli wspierani przez dwóch białych i dwóch czarnych pastorów, jednak szkołę zablokowało 270 żołnierzy Gwardii Narodowej wezwanych przez przeciwnego integracji rasowej gubernatora stanu Arkansas Orvala Faubusa. Sceny pokazujące, jak trzech chłopców i sześć dziewcząt żegnają obraźliwe okrzyki białych uczniów i ich rodziców w asyście wojska, obiegły cały świat.

W negocjacje w sprawie losu uczniów z gubernatorem stanu i burmistrzem miasta włączył się nawet osobiście ówczesny prezydent USA Dwight Eisenhower. Gdy dziewiątka w kilkanaście dni później ponownie próbowała wejść do szkoły, w całym mieście wybuchły zamieszki rasowe, w których atakowano czarnych mieszkańców i reporterów gazet z północnych stanów. Uczniów przemycono ze szkoły w obawie o ich zdrowie i życie. Sytuację uspokoiło dopiero 1100 spadochroniarzy przysłanych przez Eisenhowera z sąsiedniego stanu. Dziewiątka nastolatków przez cały rok uczęszczała do liceum, lecz w następnym roku gubernator Baubus nakazał po prostu zamknięcie wszystkich szkół w Little Rock, by nie dopuścić do desegregacji. Nagrodzono go czterokrotnym ponownym wyborem na gubernatora Arkansas.

Wszystko to działo się już kilka lat po tym, jak w 1954 r. Sąd Najwyższy USA uznał, że zasada rządząca współżyciem ras "oddzieleni, ale równi" jest niezgodna z konstytucją. Ten przełomowy dla równouprawnienia wyrok w sprawie znanej jako "Brown kontra kuratorium w Topeka w Kansas", zapadł również ze względu na małą czarnoskórą dziewczynkę - Lindę Brown, która do podstawówki musiała iść przez całe miasto, mimo że szkoła dla białych dzieci znajdowała się kilka przecznic obok jej domu. Jej ojciec przekonywał, że szkoły tylko dla kolorowych nie zapewniają jej córce takiego samego poziomu jak placówki dla białych. W tym czasie na edukację każdego białego dziecka przeznaczano 150 dol., a czarnego tylko 50 dol., budynki szkolne były przeważnie zrujnowane, źle wyposażone i zbyt ciasne. Mimo tego wcześniej sądy ani kuratoria nie godziły się na desegregację, argumentując, że segregacja jest powszechna we wszelkich sferach życia, szkoła po prostu przygotowuje dzieci do rzeczywistości, w której będą żyć jako dorośli. Rzeczywiście do lat 60. na Południu i wielu stanach Północy obowiązywała ścisła segregacja ras, która obejmowała miejsca zamieszkania i większość miejsc publicznych. Czarni i biali korzystali z oddzielnych hoteli, muzeów, poczekalni, toalet, muzeów, publicznych kranów do picia. Kina, teatry, autobusy czy pociągi miały oddzielne wejścia i specjalnie wydzielone miejsca dla czarnych. Obowiązywał także zakaz małżeństw międzyrasowych.

Opór wobec prób desegregacji, jakie nastąpiły pod wpływem działalności aktywistów ruchu praw obywatelskich i decyzji Sądu Najwyższego oraz Kongresu, który w 1957 r. uchwalił ustawę, która miała zapewnić czarnym obywatelom USA pełne prawo głosowania, był jednak ogromny.

O 10.22 15 września 1963 r. miasteczkiem Birmingham w Alabamie wstrząsnął potężny wybuch. W powietrze wyleciał trzypiętrowy budynek Kościoła Baptystów na 16 ulicy, pod który podłożono 19 lasek dynamitu z opóźnionym zapłonem, które zniszczyły większą część budynku, zaparkowane samochody i pralnię po drugiej stronie ulicy. Kościół ten był ważnym punktem spotkań czarnych aktywistów na rzecz równouprawnienia. W chwili eksplozji 26 czarnoskórych dzieci modliło się w piwnicy kościoła. Cztery dziewczynki zginęły na miejscu, a 22 inne osoby zostały ranne. W zamieszkach, które wybuchły po tragedii, policja zastrzeliła dwóch czarnych nastolatków.

Dopiero rok później, w lipcu 1964 r. uchwalono ustawę zakazującą segregacji rasowej w szkołach, miejscu zatrudnienia i wszystkich miejscach publicznych, jednak tzw. redlining, czyli praktyka odmawiania lub zwiększania kosztów usług, takich jak bankowość, ubezpieczenia, opieka zdrowotna, dla czarnych mieszkańców utrzymywała się jeszcze długo, a zdaniem wielu kolorowych trwa do dziś.