Do tych informacji trzeba jednak podchodzić - przynajmniej na razie - z dużą ostrożnością. Wcześniej bowiem indyjskie służby specjalne kilka razy chwaliły się oczyszczeniem zaatakowanych hoteli w Bombaju z terrorystów. Później okazywało się, że akcja cały czas trwa.

Indyjscy dowódcy jednak nie mają wątpliwości. "Taj Mahal jest pod naszą kontrolą" - powiedział komendant bombajskiej policji Hassan Gafoor. "Wszystkie działania się skończyły" - podkreślił.

Z kolei szef indyjskiej Gwardii Narodowej J.K. Dutt dodał, że w budynku było trzech terrorystów, którzy zostali zabici przez komandosów. "Chodzimy od pokoju do pokoju, aby sprawdzić, że sytuacja jest pewna" - dodał J.K. Dutt.

Zobacz infografikę w powiększeniu

Według agencji France Press, strzelanina w luksusowym hotelu Taj Mahal wybuchła około godziny 4.00 rano czasu miejscowego. Okolicą wstrząsały bardzo silne eksplozje. W pewnym momencie w hotelu znowu wybuchł pożar, a gęste kłęby dymu zaczęły się wydobywać z jego okien. Na szczęście teraz sytuacja jest już opanowana.

Ostatnie doniesienia z Indii mówią, że w zaatakowanych w środę przez terrorystów dziewięciu miejscach w Bombaju zginęło 155 ludzi, a rannych zostało 327 osób. W zamachach zginęło co najmniej 15 cudzoziemców, a kilkudziesięciu odniosło obrażenia. Wśród zabitych obcokrajowców jest m.in. dwoje Amerykanów, Włoch, Brytyjczyk, dwóch Francuzów i pięciu obywateli Izraela.

"W ciągu tych trzech dni przekonaliśmy się, że tutejszym antyterrorystom brak strategii, a działania paraliżuje strach przed przypadkowymi ofiarami" - mówi w DZIENNIKU Rahul Bedi z londyńskiego instytutu analitycznego Jane’s.

Komandosi najwyraźniej nie potrafili do końca opanować sytuacji w miejscach, nad którymi "przejęli kontrolę”. Również akcja odbijania centrum żydowskiego prowadzona była chaotycznie: kolejni komandosi byli przewożeni jednym helikopterem na dach budynku i próbowali się przebijać przez kolejne kondygnacje. Z kolei na dworcu kolejowym Chhatrapati Shivaji Terminus panikę wywołały strzały, które padły przypadkowo z broni policjantów - pisze DZIENNIK.

Nie pierwszy raz jednak indyjskie służby udowadniają, że w obliczu terrorystów są niemal bezbronne. W ostatnich latach nie udało im się zapobiec właściwie żadnemu większemu atakowi.

Największą dotychczas porażką była akcja kaszmirskich separatystów przeprowadzona w grudniu 2001 r., kiedy to komando bojowników wjechało na teren parlamentu Indii elegancką limuzyną marki ambasador - taką samą, jakiej używają indyjscy dygnitarze. Ochroniarze przy bramie automatycznie przepuścili napastników, nie próbując nawet sprawdzać ich tożsamości. Terroryści wtargnęli wówczas do parlamentu i zaczęli strzelać do kolejnych napotkanych osób. Kanonada trwała wiele godzin - zginęło wówczas 12 osób.

Wydawało się, że trudno o większy blamaż i indyjskie służby powinny jak najszybciej odrobić zadaną im siedem lat temu lekcję. Ataki w Bombaju dowodzą, że stało się inaczej.

p

MARIUSZ JANIK: Czy ataki w Bombaju, przypominające miejską partyzantkę, to początek nowej strategii terroryzmu w Indiach? Przywykliśmy do takich scen w Afganistanie czy Iraku, ale tym razem mówimy o kraju nazywanym największą demokracją świata.
THOMAS M. SANDERSON*: Rzeczywiście, w skali Indii to zupełnie coś nowego. Choć mieliśmy tu już do czynienia z atakami bombowymi na wielką skalę, takimi jak zamachy na bombajskie pociągi w lipcu 2006 r., to jednak po raz pierwszy terroryści zaatakowali tak otwarcie i na taką skalę. Wszyscy zadajemy sobie pytanie, jak było to możliwe.

Czy Al-Kaida próbuje otworzyć nowy front w wojnie z terroryzmem?
Przede wszystkim nie zostało jeszcze potwierdzone, że mamy do czynienia z atakiem Al-Kaidy. Jeżeli tak, to też nie oznacza początku fali ataków w Indiach. Terroryści uderzyli, jak wielokrotnie wcześniej, bo udało im się stworzyć sobie warunki do ataku.

Większość ekspertów ocenia, że za atakiem stoi Lashkar-e-Toiba, stworzona w Afganistanie w latach 90. grupa muzułmańskich ekstremistów domagających się niepodległości Kaszmiru. Nie jest tajemnicą, że Lashkar-e-Toiba była finansowana wówczas przez Osamę bin Ladena i do dziś zachowała związki z Al-Kaidą.
Ale najważniejszym partnerem tego ugrupowania pozostają pakistańskie służby wywiadowcze, owiane złą legendą ISI (Inter-Services Intelligence). Nie jest jasne, czy bez ich pozwolenia terroryści z Lashkar-e-Toiba poważyliby się na tak spektakularny i brutalny atak.

Niedawno mianowany szef ISI, generał Ahmed Shujaa Pasha, zapowiedział już swój rychły przyjazd do Indii i pomoc dla indyjskiego wywiadu. Czy to próba zamydlenia oczu Hindusom?
Nie sposób tego ocenić. Jak pan zauważył, to nowy szef tych służb, który być może nie w pełni panuje nad podwładnymi i nie jest w stanie kontrolować układów, które funkcjonują od lat. Może mieć dobre intencje.

Eksperci uważają, że ataki mogą być też wymierzone w pakistański rząd Asifa Alego Zardariego, który od kilku tygodni próbuje nadać przyspieszenie procesowi pojednania między Pakistanem a Indiami. Czy takie podłoże zamachów jest prawdopodobne?
Oczywiście, zwłaszcza jeżeli za atakami stoi Lashkar-e-Toiba lub inne ugrupowanie z Kaszmiru. Wysiłki Zardariego są przez takie grupy postrzegane jako zagrożenie. Podobnie widzi je wielu funkcjonariuszy służb i armii w Pakistanie. To może być pewne wytłumaczenie.

Terroryści szukali jednak cudzoziemców, zwłaszcza Amerykanów i Brytyjczyków, zaatakowali centrum żydowskie w Bombaju. Czy to oznacza, że chcą odstraszyć ludzi Zachodu od wyjazdów do krajów Orientu?
Nie byłby to pierwszy przypadek, kiedy próbują oni wysłać Zachodowi sygnał: nie przyjeżdżajcie tu, nigdy nie będziecie tu bezpieczni, nie jesteście u siebie. To zdarzało się wcześniej - na Bali czy w Egipcie. Ale na dłuższą metę nikt się tym nie przejął. Tak będzie i tym razem.

*Thomas M. Sanderson jest analitykiem waszyngtońskiego Center for Strategic and International Studies