"W imieniu Ukrainy raz jeszcze pragnę oświadczyć, że Ukraina realizowała, realizuje i będzie realizować wysokie gwarancje tranzytu rosyjskiego gazu dla konsumentów europejskich. Jest to dla nas jednym z podstawowych zobowiązań międzynarodowych" - oświadczył w noworoczne popołudnie prezydent Wiktor Juszczenko. Także Gazprom zapewniał, że do Unii gaz jest dostarczany tranzytem przez Ukrainę w zakontraktowanej ilości 300 mln metrów sześciennych na dobę.

Ale nie minęło kilka godzin, a wyjaśniło się, że część gazu płynącego do Europy nie mieści się w ukraińskich gwarancjach. Prezes ukraińskiego Naftohazu Ołeh Dubyna oświadczył, że dostawy ograniczono o 21 milionów metrów sześciennych na dobę. Co to za gaz? To tak zwany gaz techniczny, który powinien być dostarczany przez Rosję. Ukraińcy potrzebują go do podtrzymywania odpowiedniego ciśnienia w rurociągu. Tylko tak można zapewnić nieprzerwane dostawy.

Na taki krok szybko odpowiedział Gazprom. Rzecznik rosyjskiego koncernu Siergiej Kuprijanow oświadczył, że dostawy gazu dla europejskich odbiorców przez terytorium Ukrainy zwiększono o 20 mln metrów sześciennych do 326 mln metrów.

>>>232-procentowa podwyżka od Gazpromu

Jeszcze przed zakręceniem kurka Naftohaz przypominał, że tranzyt europejskiego gazu wymaga technicznego surowca do podtrzymywania ciśnienia. "Oni (Gazprom) powinni dostarczać ten gaz; jest on włączony w bilans ich dostaw (niezbędnych) dla tłoczenia gazu" - oświadczył prezes Ołeh Dubyna na konferencji prasowej w Kijowie. "Z bieżących dostaw wykluczono 21 milionów metrów sześciennych, niezbędnych dla przesyłania gazu" - powiedział.

Dybuna zaznaczył, że brak dostaw z Rosji zmusiłby Ukrainę do wykorzystania swojego gazu z magazynów dla utrzymania tranzytu. "Ja nie mam kontraktu, dotyczącego zapewnienia gazu odbiorcom europejskich. Mam kontrakt na zapewnienie tranzytu gazu z Rosji" - powiedział szef ukraińskiej spółki paliwowej.

Pełnomocnik prezydenta Wiktora Juszczenki ds. bezpieczeństwa energetycznego Bohdan Sokołowski nie chciał oceniać kroku Naftohazu. Zastrzegł, że należy poczekać do piątku, żeby wyjaśnić sytuację.