Dziennik.plKraj

Poniedziałek, 28 maja 2012

Imieniny: Augustyna, Jaromira, Wilhelma

Może będziemy szczęśliwi jak Szwedzi

2007-11-05 | Ostatnia aktualizacja: 13:10 | Komentarze: 0 | skomentuj

Dziś zostanie ogłoszona Diagnoza Społeczna 2007 - czwarta edycja największego w naszym kraju badania warunków i jakości życia Polaków. Zespół naukowców z różnych polskich uczelni i instytutów badawczych prześwietlił 5532 gospodarstwa domowe, a w nich 18 021 osób. Jeden z tematów tych badań to nasza ocena życia. I - to chyba najlepsza wiadomość płynąca z Diagnozy - okazuje się, że jesteśmy szczęśliwi - czytamy w DZIENNIKU.

Pogoda

POLSKA

Poniedziałek 2012-05-28

temp. min 2°C max. 25°C
opady: niewielkie opady

Twoje miasto:

Program TV

Sprawdź program swojej ulubionej stacji:

Opinie Polaków na temat jakości życiaOcena całego naszego dotychczasowego życia jest najwyższa od czasu, kiedy Polska stała się wolnym krajem. Aż 76 proc. Polaków uważa, że są szczęśliwi. Tak wielu zadowolonych ludzi w naszym kraju jeszcze nie było.

KATARZYNA SKRZYDŁOWSKA-KALUKIN: Z pańskich badań wynika, że nasze poczucie szczęścia stale rośnie od 1989 r., jednak teraz jesteśmy najbardziej szczęśliwi w historii. Jak to się stało?
JANUSZ CZAPIŃSKI*: Każdy człowiek, każda nacja ma swój potencjał szczęścia. Swój sufit, ponad który nie wyskoczy. Jednak nie każdy ten potencjał osiąga. Żeby tak się stało, trzeba spełnić trzy warunki.

Pierwszy - to dobre relacje z ludźmi. Drugi - to dobry materialny standard życia: nie głodujemy, nie liczymy każdego grosza, nie martwimy się, co włożyć do garnka, czyli mamy przyzwoite dochody. I trzeci warunek - to brak zagrożeń. Nie tylko fizycznych, tych, które stwarzają przestępcy.

Chodzi tu też o poczucie bezpiecznej przyszłości. Nie martwimy się, że nasza kariera się zawali, że zachorujemy, że zbiedniejemy. Pracując nad Diagnozą Społeczną sprawdziliśmy, jak w Polsce spełniają się te warunki. I okazało się, że najbardziej wzrosło zadowolenie Polaków z perspektyw na przyszłość.

To było najważniejsze. Mniej więcej w takim samym tempie rosło zadowolenie z sytuacji materialnej, z zasobów, jakie ludzie mają. Wzrosło też zadowolenie ze stanu bezpieczeństwa w miejscu zamieszkania. Spełniły się więc dwa warunki. Bylibyśmy jeszcze bardziej szczęśliwi, jednak pogarszają się nasze relacje z przyjaciółmi oraz ocena małżeństwa i kontaktów z dziećmi.

Dlaczego tak się stało?
Jeśli chodzi o małżeństwa, to odpowiedź jest prosta. Wprawdzie GUS ogłosił, że w tym roku ma być największa liczba ślubów (ponad 250 tys. - przyp. red.), jednak pamiętajmy, że duży odsetek tych ludzi się rozwiedzie, bo rośnie też stale liczba rozwodów. Mamy coraz większe wymagania wobec partnera, nie pielęgnujemy relacji małżeńskich, nie dbamy o nie, nie chuchamy na nie. I łatwo jest podjąć decyzję o rozstaniu.

Z dziećmi jest inaczej. Stają się coraz pewniejsze siebie, coraz bardziej krnąbrne, mniej się liczą z rodzicami. Jednocześnie pojawiło się więcej pokus, które ściągają je na złą drogę: alkohol, narkotyki i agresja jako sposób na zdobywanie pozycji w środowisku. A ponieważ nie panujemy nad tym, nie potrafimy tego okiełznać, pogarszają się relacje rodziców z dziećmi.

Gdyby więc te dwa elementy się poprawiły, osiągnęlibyśmy sufit?
Na to pytanie trudno odpowiedzieć. Różne populacje mają odmienny garnitur genów szczęścia. W Polsce 76 proc. ludzi deklaruje, że są szczęśliwi. Gdyby związki społeczne były na odpowiednim poziomie, być może osiągnęlibyśmy wskaźnik 80 proc., być może to jest nasz sufit. W USA szczęśliwe jest 85 - 88 proc. obywateli. W Europie najwyższe wskaźniki mają kraje nordyckie.

Skandynawowie? Ci sami, u których pół roku panują ciemności i śniegi?
Właśnie dlatego. To jest zgodne z genetyczną teorią ewolucji. Te narody przetrwały w niezwykle trudnych warunkach, przeszły ostrą selekcję naturalną. Mazgaje i marudy odpadły. Szanse na wychowanie potomstwa mieli tylko ci, którzy się nie załamywali. I ci przetrwali.

My też jesteśmy zahartowani. Żyliśmy w komunizmie.
Czas komunizmu to za krótki okres w wymiarze ewolucyjnym. Jednak miał wpływ na poczucie szczęścia: dopóki żyliśmy pod kuratelą ZSRR, mieliśmy niski wskaźnik zadowolenia. Po wyjściu spod tej kurateli zaczął rosnąć. I teraz rośnie tak dynamicznie, że już dogoniliśmy tych, którzy mieli w Europie najniższy wskaźnik, czyli mieszkańców basenu Morza Śródziemnego.

Ci radośni, uśmiechnięci, roztańczeni południowcy są najmniej szczęśliwi?
Mają cieplarniane warunki, nie są zahartowani. My jesteśmy. Gdy więc jeszcze nam się poprawią warunki życia i zaczniemy dbać o relacje z przyjaciółmi i rodziną, oddalimy się od Włochów, a zbliżymy do nordyków.

Czy jednak warto dążyć do sufitu? Co będzie, kiedy osiągniemy pełen potencjał? Nasze poczucie szczęśliwości zacznie spadać?
Nie zacznie spadać, będzie trwać. Chyba że nastąpi jakaś klęska, na przykład duże powodzie, które odbiorą nam nasz potencjał materialny. Albo kiedy zła polityka odbierze nam pieniądze. Wtedy możemy się stać narodem smutnym.

Ale z Diagnozy wynika, że politycy z naszym poczuciem szczęścia nie mają nic wspólnego. Że mają na nie znikomy wpływ.
Że mają znikomy wpływ na nasze powodzenie, a to w badaniach oznacza co innego niż szczęście. Szczęście to bilans wszystkiego, całego życia. Badając poziom zadowolenia, pytaliśmy, czy miniony rok należał do udanych, czy udało się zrealizować marzenia. A jak się kogoś pyta, czy mu sie dobrze powodzi, to on ma przed oczami pieniądze. "Dobrze się powodzi" i "pieniądze" to są synonimy.

Więc wzrost gospodarczy, który jest w jakiejś mierze zasługą polityków ma wpływ na nasze poczucie zadowolenia. Jednak my te sukcesy przypisujemy sobie. Władzy w tym nie widzimy, nie dzielimy się z nią naszym powodzeniem. Odwrotnie jest, kiedy nam się nie wiedzie. To jest wina władzy. Tłumaczy to prosty mechanizm psychologiczny: kiedy jest nam źle, nie będziemy jeszcze sobie dowalać i obniżać jeszcze bardziej swojej samooceny, obarczając się poczuciem odpowiedzialności za zły los. Władza jest do tego najlepszym obiektem.

Jakie grupy społeczne są szczęśliwe, a jakie nie?
Rolnicy są mniej szczęśliwi niż inne grupy, bo ich perspektywy na przyszłość nie są takie pewne. Jednak ich sytuacja też się zaczęła poprawiać, bo w związku z dopłatami unijnymi wzrosło ich poczucie bezpieczeństwa ekonomicznego. Nie boją się suszy czy pomoru świń tak jak kiedyś, bo teraz mają zabezpieczenie z pieniędzy unijnych. Nie są tak już zależni od losu, podnosi im się status materialny. Jednak 20 proc. najbogatszych rodzin już osiągnęło sufit dochodowy. Jeśli chodzi o ten warunek szczęścia, więcej nic nie zrobią.

Tylko tych dobrych relacji z rodziną pewnie im brakuje?
Pani myśli, że ubodzy mają lepsze relacje? Kiedy jest bieda w domu, awantury są o wszystko. Bieda sprzyja konfliktom, nie układa relacji. Jednak pewne znaczenie w poczuciu szczęścia ma wiek. Najmłodsi, poniżej trzydziestki, mają mechanizm samoistnego odnawiania optymizmu. Ten mechanizm z czasem się zużywa i wraz z człowiekiem się starzeje. U młodych jest efektywny. Pozwala różowo widzieć przyszłość, nawet kiedy jest się biednym. Po drugie, młodzi mają kumpli, czyli mają relacje z przyjaciółmi. Nie mają jeszcze jędzowatej żony i zepsutych dzieci. A starsi nie mają czasu na przyjaciół, mają za to obowiązki rodzinne i kłopoty z dziećmi.

Co mówi o społeczeństwie ocena poczucia szczęścia? Dlaczego w Diagnozie bada się takie sprawy?
To jest dobry wskaźnik w badaniach porównawczych. Mówi, jaka jest kondycja społeczeństwa. Czy osiągnęło stabilny poziom rozwoju. Jeśli chodzi o poziom materialny, to pułap szczęścia ocenia się na podstawie wielkości produktu krajowego.

Na świecie wynosi on 10 tys. dolarów na osobę rocznie, czyli ok. 27 tys. zł. Im od niego dalej, tym społeczeństwo mniej szczęśliwe. Jednak powyżej tego pułapu nic się nie zmienia, nie ma znaczenia, czy to jest 10 tys. dolarów, czy 20 tys., jeśli chodzi o poczucie szczęścia. My ten pułap osiągnęliśmy: nasz produkt, według różnych szacunków, wynosi 10 - 12 tys. dolarów. Nam dalsze bogacenie się do szczęścia już nie jest potrzebne.

Teraz musimy zadbać o relacje. Nie tylko małżeńskie i z dziećmi, ale ze współpracownikami, ludźmi, których mijamy na ulicy. Dlaczego negocjacje biznesowe zaczyna się od braku zaufania? Dlaczego z takim trudem robimy coś wspólnie? Teraz powinniśmy zająć się tym, a nie tylko indywidualnym rozwojem. Jesteśmy w połowie drogi między okresem transformacji, a stabilności. Jeszcze jednego miliona szczęśliwych Polaków do tej stabilności nam brakuje.

*Janusz Czapiński jest profesorem na Wydziale Psychologii Uniwersytetu Warszawskiego i prorektorem Wyższej Szkoły Finansów i Zarządzania w Warszawie, jednym z autorw Diagnozy Społecznej 2007

Źródło: dziennik.pl
12następna »

Uwaga, Twój komentarz może pojawić się z opóźnieniem do 10 minut.
Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Polecane galerie:

Wiadomości z Kraju

    «