Nietknięte ludzką ręką fiordy, lodowce i niezmierzone równiny - z takim krajobrazem na ogół kojarzy nam się Grenlandia. Jednak do 2015 roku koncern aluminiowy Alcoa planuje wybudować tam fabrykę, która wytwarzać będzie około 360 tys. ton aluminium rocznie.

Obiekt ma stanąć w mieście Maniitsoq na północnym zachodzie wyspy. "Cieszę się, że to nie ja decyduję o jej budowie" - przyznaje "Le Monde" Ellen Christophers, były deputowany do lokalnego parlamentu, obecnie rzecznik komórki rządowej, która koordynuje rozmowy z Alcoa.

Grenlandia została zapędzona w kozi róg. Zdaniem ministra finansów, Pera Berthenlsena ocieplający się klimat sprawił, że rybołówstwo, które jest podstawą lokalnej gospodarki, stało się sektorem niepewnym. Z drugiej jednak strony produkcja aluminium jest bardzo szkodliwa dla środowiska, a Grenlandia już w tej chwili nie dotrzymuje ustalonego w Kioto 8-procentowego progu redukcji emitowania gazów cieplarnianych. Do tego zyskująca coraz większą autonomię wyspa wciąż nie ma własnej polityki klimatycznej. Przewiduje się, że w skali krajowej inwestycja podwyższy emisję gazów o 75 procent.

"Na sprawę trzeba patrzeć bardziej globalnie" - tłumaczy szef gabinetu premiera Kaj Kleist. "Wszędzie na świecie do produkcji aluminium wykorzystuje się węgiel lub gaz ziemny. Nasza fabryka napędzana będzie energią wodną" - członkowie rządu są zgodni: zobowiązania z Kioto nie mogą odebrać Grenlandii prawa do rozwoju