Lata okupacji, zniszczenia i grabieże wojenne oraz obowiązkowe dostawy dla wojska doprowadziły do tego, że stan polskiej gospodarki przedstawiał się tragicznie.W kraju brakowało wszystkiego. Komunistyczne władze, aby zapewnić obywatelom minimum życiowe, w 1944 roku utrzymały wprowadzoną przez niemieckiego okupanta reglamentację wielu artykułów pierwszej potrzeby, takich jak: chleb, mąka, kasza, ziemniaki i warzywa, mleko, sól, słodycze, opał, zapałki, mydło... Istniał rynek oficjalny tych artykułów, ale to dzięki drugiemu "podziemnemu" obiegowi gospodarczemu rzesze zwykłych obywateli zaopatrywały się w niezbędne, a deficytowe artykuły. Dopiero 1 stycznia 1949 roku zniesiono kartki. Krok ten był podyktowany nie tyle sytuacją gospodarczą, ile względami propagandowymi - po utworzeniu PZPR w grudniu 1948 roku należało udokumentować sukces gospodarczy.

p



Na kradzionym materiale

Gdy w kraju brakowało artykułów pierwszej potrzeby, kwitł czarny rynek. Wypełniał on lukę zaopatrzeniową, której nie likwidował oficjalny system dystrybucji. Szczególnie trudną sytuację mieli przedsiębiorcy prywatni zależni od państwowych przydziałów towarów i materiałów niezbędnych do pracy. Problem rósł w miarę, jak władze starały się za wszelką cenę zwiększać obciążenia i redukować przydziały, ograniczając aktywność "prywaciarzy". Potwierdzają to wspomnienia osób, które prowadziły działalność gospodarczą w pierwszych latach po wojnie.

Ojciec Andrzeja Bartowskiego kierował rodzinną piekarnią w Poznaniu nawet podczas okupacji niemieckiej. Kłopoty zaczęły się od wyzwolenia miasta przez czerwonoarmistów, którzy próbowali skonfiskować cały wypiek. Potem szybko się okazało, że nowe władze po macoszemu traktują prywatnych przedsiębiorców. Urzędnicy zmniejszali przydziały mąki i opału, podwyższali podatki. Tak wspominał ten okres syn właściciela: "Wszyscy prywaciarze - już tylko drobni prywaciarze - za przydziałami surowców niezbędnych do produkcji musieli wyczekiwać godzinami. Czas przyjęć w urzędach dla <obcoklasowych> był tak złośliwie pomyślany, że w jednym urzędzie można było załatwić tylko jedną sprawę. Zwykle kolejki wiły się z drugiego piętra na parter. Po kilku godzinach czekania bardzo często można było usłyszeć <Limit przydziałów się skończył, proszę przyjść jutro>". Po kilku latach piekarnia splajtowała. Podobne wspomnienia miała młoda warszawianka, która próbowała utrzymać rodzinę, szyjąc swetry, szaliki i apaszki. Główny problem stanowiło zdobycie potrzebnego do produkcji surowca. Towar trzeba było "zorganizować": Karagan [gatunek wełny] był reglamentowany, a więc mogłam go dostać wyłącznie "na lewo". Dostarczali go pośrednicy, którzy kupowali towar od robotników z fabryk w Łodzi i Żyrardowie. Jeden z nich opowiadał, w jaki sposób się go kradło. "Nitkę ze szpuli w fabryce przeciągano przez okno do sąsiedniego domu, a ponieważ była cienka, nie było jej w ogóle widać. Ściągano w ten sposób setki kilogramów wełny. Wszystkie prywatne warsztaty tkackie praco-wały wówczas na tak kradzionym materiale. Ja również." Właścicielka także większość pracowników musiała zatrudniać "na czarno", ponieważ nie stać jej było na płacenie ubezpieczeń. Obawiając się nieoczekiwanej kontroli, wymyśliła "tajny" system ostrzegawczy. Przy dzwonku do drzwi, w lokalu, w którym mieściła się firma, napisała, że należy dzwonić dwa razy. Wtajemniczeni dzwonili trzy razy.

"Nie kradnąc, ale za to popierając złodziejstwo mogłam utrzymać tę część rodziny, która ode mnie zależała. Cały ustrój stał na złodziejstwie. Żadna <prywatna inicjatywa> nie mogła istnieć na legalnych surowcach, bo ich nie było. Właśnie dlatego została później zniszczona. A tymczasem ten ustrój był przez nas uznawany za następną okupację."

"Reakcja w Polsce poprzez propagandę i podtrzymywanie złodziejstwa, łapownictwa i spekulacji [...] chce pogłębić nasze trudności, chce wygłodzić miasta celem wywołania szerokiego niezadowolenia mas pracujących, aby [...] ponownie pokusić się o opanowanie władzy, o zapędzenie mas pracujących w niewolę kapitalisty i obszarnika, aby na nowo uprawiać politykę wyzysku, terroru, zdrady narodowej i wojny. Na szubienicę złodziei mienia narodowego i publicznego!" - głosiła uchwała Komitetu Centralnego Związków Zawodowych w sprawie walki z korupcją, łapownictwem i niecną robotą reakcji z 1945 roku.

Wyzysk człowieka przez człowieka

Równie bolesne doświadczenia miał były żołnierz AK, który po wojnie dzierżawił tartak w pobliżu Żnina. Firma przynosiła dochody, płaciła pracownikom pensje wyższe niż w państwowych zakładach. Skończyło się to, gdy do zakładu wkroczyli kontrolerzy skarbowi, podejrzewający właściciela o nielegalny handel dewizami. Przez tydzień "prześwietlali" firmę: "Wyniki kontroli były negatywne, gdyż niczego nie znaleziono i nie stwierdzono żadnych uchybień w przedsiębiorstwie - pozostawał jedyny zarzut, tj. że będąc <inicjatywą prywatną> zatrudniałem około trzydziestu ludzi, co w gospodarce socjalistycznej było wysoce karygodne, gdyż był to <wyzysk człowieka przez człowieka>. To że ludzie zarabiali dużo więcej niż w państwowych przedsiębiorstwach, było nieistotne, a może i karygodne. W konsekwencji musiała nastąpić likwidacja tartaku, jego majątek został skonfiskowany, a ja jako była <prywatna inicjatywa> przez rok nie miałem prawa być zatrudnionym w żadnym zakładzie uspołecznionym (a prywatnych praktycznie nie było). Dopiero po roku znalazłem pracę jako bramkarz tartaczny [...] z pensją 400 złotych miesięcznie, podczas gdy stróż w tartaku miał 500 złotych. Ale i tak miałem szczęście, bo gdyby podczas rewizji znaleziono jakieś dewizy, otrzymałbym 15 lat, a może i karę śmierci." Doniesienia prasowe nie pozostawiają złudzeń, że łatwo można było otrzymać etykietkę spekulanta. Za spekulację nawet niewyszukanymi towarami, podobnie jak za kradzieże, groziły surowe kary.

niebezpieczny wstręt do pracy

Administracyjne środki walki z prywatnymi przedsiębiorcami utożsamianymi w propagandzie z "wyzyskiwaczami" i "spekulantami" okazały się zdaniem władz niewystarczające. KC Związków Zawodowych 16 listopada 1945 roku powołał więc Komisję Specjalną do Walki z Nadużyciami i Szkodnictwem Gospodarczym w celu wykrywania i ścigania przestępstw godzących w interesy życia gospodarczego lub społecznego Państwa [...], grabieży mienia publicznego albo będącego pod zarządem publicznym, korupcji, łapownictwa, spekulacji i tzw. szabrownictwa. Członkowie komisji mieli uprawnienia podobne do sędziowskich i prokuratorskich. Mogli kierować sprawy do sądów powszechnych lub samodzielnie wydawać wyroki. Procesy odbywały się bez oskarżonego i obrońcy. Postanowienia karne komisji były ostateczne. Na podstawie wyroków komisji można było trafić nawet na dwa lata do obozu pracy. Skazany mógł liczyć na zmniejszenie kary, choć w praktyce zdarzało się to rzadko. Często skazanych karano wysoką grzywną pieniężną. Zgodnie z artykułem 10 uchwały podstawą wyroku skazującego mógł być już sam wstręt do pracy lub stwarzanie niebezpieczeństwa popełnienia nadużyć lub dopuszczenia się szkodnictwa gospodarczego. Do końca lutego 1946 roku, a więc niecałe cztery miesiące od powołania tej instytucji, na podstawie wyroków skazujących wysłano do obozów tylko 23 osoby. Jednak w prasie ukazywały się doniesienia o sukcesach komisji w walce z przestępcami gospodarczymi. "Trybuna Ludu" z 26 grudnia 1948 roku donosiła o mistrzu wędliniarskim, przyłapanym przez Społeczną Komisję Kontroli Cen na sprzedaży mięsa zwierząt pochodzącego z nielegalnego uboju. Próbował uniknąć kary, proponując urzędniczce łapówkę. Został skazany na karę wysokiej grzywny, a jego protektorka trafiła na dwa lata do obozu pracy.

Wychowanie przez pracę

Obozy pracy podlegały także MBP, MON, a nawet Centralnemu Zarządowi Przemysłu Węglowego. Jeden z obozów pracy z pierwszych lat istnienia Polski Ludowej znajdował się w Milęcinie koło Włocławka, inny w Jaworznie z podobozem w Chrustach. Obóz w Milęcinie był otoczony podwójną siecią drutów kolczastych, a w narożach znajdowały się wieżyczki strażnicze. Załogi były uzbrojone w karabiny maszynowe. W myśl założeń władz skazaniec, który trafił do obozu, miał nie tylko ponieść karę za swoje winy, lecz również przejść przemianę ideologiczną. Zakładano, że praca pozwoli przekształcić skazańców w praworządnych socjalistycznych obywateli. "Uświadomiona" grupa więźniów miała wpływać na postawę innych, mniej "wyrobionych" ideologicznie. Warunki socjalne były ciężkie. Niektóre baraki przez pewien okres nie miały ogrzewania, chorym nie wydawano leków i odmawiano wizyt u lekarza. Największe racje żywnościowe, według wzorów zaczerpniętych z radzieckich łagrów, otrzymywali skazańcy, którzy wyrabiali największe normy. Więźniowie musieli pracować w warsztatach na terenie obozu lub przy wyrębie lasu. Niektóre wykonywane przez nich czynności miały charakter kary, a nie pracy. Kazano np. przenosić ciężkie kamienne bloki z jednego końca placu na drugi. Zdarzało się, że komendant i strażnicy szykanowali i straszyli więźniów. W sumie do obozów pracy do 1954 roku, czyli do końca funkcjonowania Komisji Specjalnej do Walki z Nadużyciami i Szkodnictwem Gospodarczym, wysłano ponad 84 tysiące osób.

p