Pędzi Plan Sześcioletni, wali w przyszłość sztormem,
Zmiecie śmiecie i z waszą rozprawi się zgrają:
Przyjdą wnuki, prawnuki i szczęście poznają
Dzięki tym, którzy dzisiaj przekraczają normę


Reklama

Tak pisał Jan Brzechwa o słynnej sześciolatce. Podczas kongresu zjednoczeniowego PPR i PPS w 1948 roku minister Hilary Minc przedstawił wstępne założenia nowego planu gospodarczego. Wprawdzie z dużymi sukcesami realizowano właśnie plan trzyletni, lecz jego założenia i efekty nie zadowalały ideowych komunistów. Wskazywali na zbyt wolne przemiany w polskim życiu społeczno-gospodarczym, za mały radykalizm w działaniach zmierzających do likwidacji sektora prywatnego, a także nastawienie odbudowywanego po wojnie przemysłu i całej infrastruktury głównie na zaspokajanie bytowych potrzeb ludności, a nie na tworzenie zrębów potęgi socjalistycznego państwa.

Fascynującą kolekcję o czasach PRL-u znajdziesz w sklepie LITERIA.pl >>>

Wpatrzeni w Wielkiego Brata

Ekonomiści skupieni wokół Minca doprowadzili do usunięcia ze stanowiska profesora Czesława Bobrowskiego, błyskotliwego autora planu trzyletniego, szefa Centralnego Urzędu Planowania, i postanowili sami zająć się porządkowaniem polskiej gospodarki. Byli ortodoksyjnymi marksistami, ślepo wpatrzonymi w gospodarcze sukcesy Związku Radzieckiego, zachwyconymi tamtejszymi statystykami wzrostu produkcji stali, wydobycia węgla, zatrudnienia w przemyśle i liczby kolektywnych gospodarstw rolnych, które w latach 20. i 30. rosły po kilkadziesiąt procent rocznie. Statystyk ofiar radzieckiej industrializacji - ludzi zmarłych w kolejnych klęskach głodu lub na skutek niewolniczej pracy, nikt wtedy nie prowadził. Były to zresztą, jak uważano, oczywiste koszty wielkiej społecznej przemiany.

Minc wskazywał na rzeczywiste problemy przedwojennej Polski, takie jak przeludnienie i niewydolność gospodarcza wsi, bezrobocie i zależność od obcego kapitału, a także duże rozdrobnienie produkcji i handlu. Uważał, że należy się z nimi rozprawić szybko i bezwzględnie, oczywiście metodami wzorowanymi na radzieckich. Plan uzyskał akceptację najwyższych władz nowo powstałej PZPR. Minc przez dwa lata pracował nad jego szczegółowymi założeniami, wielokrotnie przeprowadzał korekty spodziewanych efektów wprowadzanych zmian, kilkakrotnie podnosił także statystyczne założenia planu. Wydarzenia w polityce zagranicznej - wojna w Korei, zaostrzenie stosunków między ZSRR i jego satelitami a Zachodem, realna groźba wybuchu III wojny światowej - powodowały, że w kolejnych szkicach planu przewidywano coraz większe nakłady na przemysł ciężki i zbrojeniowy. Po utworzeniu w 1949 roku Rady Wzajemnej Pomocy Gospodarczej (RWPG) było wiadomo, że gospodarki krajów Europy Wschodniej stracą jakąkolwiek suwerenność, będą całkowicie zależne od dostaw surowców z ZSRR, a produkcja przemysłowa i rolna będzie nastawiona na zaspokajanie potrzeb Wielkiego Brata - muszą więc przyjąć kalkę rozwiązań radzieckich.

Reklama

Niech żyje industrializacja!

Sejm uroczyście uchwalił 21 lipca 1950 roku ostateczną wersję planu sześcioletniego. Zakładano w niej całkowitą likwidację wolnego rynku na rzecz systemu gospodarki nakazowo-rozdzielczej. Państwo stało się rodzajem centralnie sterowanego przedsiębiorstwa, a wszystkie siły wytwórcze miały służyć wyłącznie realizacji planu. Bezwzględne pierwszeństwo w gospodarce oddano przemysłowi, a inne gałęzie - rolnictwo, handel i usługi - miały pełnić funkcję pomocniczą. Utworzono Państwową Komisję Planowania Gospodarczego (na jej czele stanął sam Minc), która zajmowała się planowaniem i kontrolą realizacji planu. Powołano nowe ministerstwa gospodarcze (ich liczba wciąż się zwiększała, w 1955 roku było ich 12) i podległe im centralne zarządy poszczególnych gałęzi gospodarki.

Pierwszy rok planu sześcioletniego zakończył się sukcesem, produkcja przemysłowa wzrosła o 30,8 procent, a rolna o 13 procent. Władze partyjne wyciągnęły wniosek, że widocznie szacunki planu były zbyt niskie i na VI Plenum KC PZPR podniosły wskaźniki na 1951 rok. Komuniści nie wzięli pod uwagę tego, że wysoki wzrost produkcji przemysłowej wynikał z bardzo niskiego jej początkowego poziomu. Również w rolnictwie wzrost był raczej wynikiem świetnego urodzaju, a nie wprowadzenia nowych form gospodarowania i postępów w kolektywizacji. Dlatego w 1951 roku zaczęło się pojawiać coraz więcej trudności w realizacji wyśrubowanych planów. Jednak presja kół partyjnych zafascynowanych rosnącymi statystykami oraz przede wszystkim armii szykującej się do wielkiej wojny i na gwałt potrzebującej uzbrojenia była tak silna, że również w planie na rok 1952 podniesiono wskaźniki wzrostu, głównie w przemyśle ciężkim.

Gigantyczna skala zmian powodowała gigantyczne problemy. Odczuwano wielki niedobór wykwalifikowanej siły roboczej. Wielkie budowy planu sześcioletniego (Nowa Huta, Huta Częstochowa, Stocznia Gdańska i Szczecińska, Fabryka Łożysk Tocznych w Kraśniku i wiele innych) oraz nowo powstające zakłady przemysłowe obsługiwane były głównie przez robotników pochodzących ze wsi, doraźnie przyuczonych do nowego zawodu. Kadra inżynieryjno-techniczna pochodziła w dużej mierze z "awansu społecznego", była kształcona na błyskawicznych kursach wieczorowych. Powodowało to niską wydajność, a przede wszystkim fatalną jakość pracy. Zdarzało się, że dopiero co wybudowane hale produkcyjne waliły się, bo źle dobrano proporcje składników zaprawy murarskiej, a sprowadzone, głównie z ZSRR, maszyny niszczały, bo nikt nie umiał ich obsługiwać.

Kijem i marchewką

Na wszelkie niepowodzenia w realizacji planu władze miały dwie recepty: budzenie entuzjazmu i brutalne represje. Bohaterem nowych czasów stał się przodownik pracy stający do wyścigu produkcyjnego z kolegami i przekraczający normę o kilkaset procent. O przodownikach kręcono filmy, wystawiano sztuki teatralne, ich fotografie zdobiły pierwsze strony gazet. Z radia i umieszczonych w miejscach publicznych głośników (ochrzczonych przez Polaków "kołchoźnikami") nadawano pieśni masowe zagrzewające do jeszcze intensywniejszej pracy.

Negatywnym bohaterem został bumelant, ociągający się w pracy i niewyrabiający normy. Uchybienia w dyscyplinie były traktowane jak sabotaż, za spóźnienia, nieobecności czy pijaństwo w pracy robotników aresztowano lub wcielano do wojska. Wypadki w wytwórni trotylu w Łęgnowie 11 listopada 1952 roku i w zakładach chemicznych w Krupskim Młynie 9 marca 1953 roku zostały przez władze i paranoiczny aparat bezpieczeństwa odebrane jako akty sabotażu (pierwszy wypadek miał miejsce w dniu Święta Niepodległości, zakazanego w Polsce Ludowej, co miało być dowodem na działanie sił reakcji) i spowodowały eskalację represji i działalności agenturalnej w zakładach pracy. W rzeczywistości ich przyczyną najprawdopodobniej była nieostrożność słabo wyszkolonych pracowników. O obsesji wrogich działań przeszkadzających w realizacji planu świadczą słowa ministra Radkiewicza, który na odprawie w Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego 6 lutego 1953 roku w sprawie ochrony gospodarki narodowej mówił do podwładnych: przy żadnej awarii nie możemy zadowolić się oceną komisji [badającej jej przyczyny] - musimy wiedzieć agenturalnie, co mówią inżynierowie, musimy mieć poważną, głęboką agenturę na obiektach przemysłowych.

Najokrutniej traktowano chłopów, którzy opierali się kolektywizacji. W ramach tzw. akcji rozkułaczania obłożono ich ogromnymi podatkami i obowiązkiem dostaw żywności po cenach znacznie niższych od rynkowych. Opornych bito, aresztowano i wcielano do wojska, a bojówki zetempowców lub oddziały milicji rabowały z gospodarstw wszystko, co nadawało się do jedzenia, łącznie z ziarnem na zasiew. Mimo tych represji rolnictwo indywidualne przez cały czas obowiązywania planu miało wyższą wydajność niż spółdzielcze czy upaństwowione, co władze przypisywały działalności sabotażystów. Tak samo tłumaczyła propaganda braki w zaopatrzeniu w żywność.

Kiedy w 1955 roku plan sześcioletni został zamknięty, jego wyniki były bardzo zróżnicowane. Najważniejszy wskaźnik - dochód narodowy - wzrósł zaledwie o 73,5 procent (wobec zakładanych 112), jednak w produkcji przemysłowej plan przekroczono (172 procent wzrostu zamiast zakładanych 158). Industrializacja w zasadzie się udała, choć stworzono przemysł strukturalnie nierentowny, uzależniony od dotacji państwowych, nastawiony na zaspokajanie potrzeb wojska, a nie obywateli, energochłonny i pracochłonny. Spadła wydajność rolnictwa, nawet w porównaniu do statystyk przedwojennych. Odczuwalny poziom życia Polaków się nie poprawił, dramatycznie brakowało mieszkań. Władze oczywiście starały się przedstawić propagandowo plan jako swój sukces. Pod koniec 1955 roku dawała się już odczuć odwilż. Wielkimi krokami nadchodziły zmiany, które miały zmieść Bieruta, Minca i ekipę twórców słynnej sześciolatki.

Księgowość kreatywna

Ponieważ za przekraczanie norm pracownicy otrzymywali premie, dyrekcje zaniżały możliwości swoich zakładów, jak tylko mogły, aby w statystykach i sprawozdaniach zwykłą produkcję można było przedstawić jako heroiczny wyczyn. Zdarzało się, że zakłady wytwarzały artykuły, które potem niszczały w magazynach, bo w planie zapomniano uwzględnić ich odbiorców. Nikt się tym jednak zbytnio nie przejmował. Najważniejsze było, by przekroczyć normę produkcji i wysłać do centrali zaszczytne statystyki. Za ogromnym wzrostem produkcji towarowej nie nadążała produkcja energii, transport bazujący wciąż na przedwojennej infrastrukturze, budownictwo mieszkań dla robotników czy zaopatrzenie w żywność oraz artykuły konsumpcyjne. Już od 1952 roku plan zaczął pękać w szwach.

p