Zabytkowy Pawilon A to – nie licząc kuchni i sali widzeń – najmniejszy budynek Zakładu Karnego nr 2 w Strzelcach Opolskich. Może pomieścić 60 osób. To niewiele, bo w całym więzieniu przebywa ponad 600 osadzonych – wszyscy to recydywiści. Z zewnątrz niepozorny, nie wyróżnia się na tle pozostałych zabudowań koncepcją architektoniczną ani systemem zabezpieczeń. Ale to nie gabaryty ani zapach niedrożnej kanalizacji, który atakuje nozdrza, przesądzają o specyfice tego miejsca. – Kanalizacja jest wiekowa, czasem dostają się do środka szczury, widać jeden niedawno padł – słyszę od jednego z pracowników.

Osobliwością „Jedynki” jest nietypowa galeria. Posępne ściany XIX-wiecznego budynku zdobią bowiem obrazy. Pod jedną z cel podziwiać można przykurzoną reprodukcję „Babiego lata” Józefa Chełmońskiego, pod inną scenę batalistyczną w drewnopodobnej ramce.

Portret blondwłosego chłopca o niewinnej twarzy na korytarzu wygląda niemal równie karykaturalnie co wystawa z dziełami skazańców w jednej z sal terapeutycznych. Wykrzywione w demonicznych uśmiechach wizerunki kobiet i tandetne pejzaże wiszą tu obok misternie sklejonego z kawałków papieru kolorowego parowozu zabawki i płaskorzeźb z wizerunkami aniołów. Klimat jak z groteskowej szkolnej sali plastycznej. Nie pasują tylko kraty w oknach.

„Jedynka” jest oddziałem terapeutycznym dla osób z niepsychotycznymi zaburzeniami psychicznymi lub upośledzonych umysłowo – czyli dla dewiantów, debili i cweli – mówią bez ogródek więźniowie z sąsiednich oddziałów. Tutaj trafiają gwałciciele, osoby upośledzone umysłowo, po przebytych psychozach albo nerwicy, narkomani, alkoholicy i pedofile. Tutaj przez ponad 20 lat siedział Mariusz Trynkiewicz, pedofil, zabójca czterech chłopców z Piotrkowa Trybunalskiego, a obecnie ucieleśnienie największych społecznych lęków w naszym kraju.

Siedział i malował, bo arteterapia była jedyną formą zajęć, jaką tolerował. Gdy inni współwięźniowie uczestniczyli w treningach zastępowania agresji czy treningu relaksacji, uczyli się kontrolowania emocji, empatii czy walczyli z nałogiem, on nie rozstawał się z pędzlem – malował w pracowni, na świetlicy, pod celą i w celi. To jego pejzaże przez lata wisiały na ścianach. Dziś wiele z nich zdobi zupełnie inne ściany – w mieszkaniach nieświadomych niczego donatorów, którzy kupowali obrazy Trynkiewicza na aukcjach charytatywnych czy licytacjach WOŚP. Trynkiewiczowi włos z głowy w Strzelcach nie spadł, choć popełnił czyn w więziennej popkulturze uznany za najgorszą zbrodnię, który z miejsca spychał go na samo dno tutejszej hierarchii. Pedofil, niczym karaluch, budzi za kratami największe obrzydzenie. Jest bity, gwałcony, poniżany i wykorzystywany na wszelkie możliwe sposoby. Jeśli tylko nadarzy się ku temu okazja.

Ale pracownicy strzeleckiego zakładu dbają, by takich okazji było jak najmniej. Mieszkańcy Pawilonu A na spacery wychodzą w wyselekcjonowanych grupach i w określonych porach, w więziennych imprezach rzadko uczestniczą, mają własne. Jeśli chcą, żyją w izolacji od reszty skazanych.

Cichy, rzadko się skarży

O ich bezpieczeństwo dba też liczebniejsza kadra. W „Jedynce” pracuje dwa razy więcej oddziałowych, do tego dochodzą wychowawcy, psychologowie, pielęgniarka i psychiatra. Pedofil z Piotrkowa był więc więźniem specjalnej troski, nie musiał się obawiać, że stanie się łatwą ofiarą. Dodatkowo sam unikał kontaktów z osadzonymi. Nie dlatego, że się bał, ale dlatego, że czuł się od nich lepszy, mądrzejszy, sprytniejszy. Na oddziale terapeutycznym – nie licząc osadzonych szczególnie agresywnych, których trzyma się w specjalnych celach z meblami przykręconymi do podłogi – Trynkiewicz był jedną z silniejszych jednostek. Szybko dochrapał się wysokiej pozycji. Nie biedował, miał nawet wpływ na to, kogo przydzielą mu do celi.

Ale nie wszyscy pedofile mogą tu liczyć na takie przywileje. Na oddział terapeutyczny trafiają tylko przestępcy z potwierdzonymi zaburzeniami preferencji seksualnych. Większa część skazanych za wykorzystywanie małoletnich albo pornografię dziecięcą to nie są zdiagnozowani pedofile. Kieruje się ich na zwykłe oddziały. Czasem na własne życzenie. W zakładzie w Strzelcach pedofilów jest około 20, terapię odbywa zaledwie kilku. W całym kraju za kratami siedzi ich obecnie 933.

Pedofil to więzień niemal idealny. Nie grypsuje – bo żaden szanujący się „git” by mu na to nie pozwolił – nie kombinuje, nie wszczyna burd, jest cichy, rzadko się skarży, bo donos w więzieniu może być jego gwoździem do trumny. Ogólnie stara się nie rzucać w oczy.

Krzysztof* był do niedawna idealnym tego przykładem. Przez lata nie wysłał żadnej skargi, nie otrzymał żadnej nagany. Nie jest pewien, kto powiedział współosadzonym o ciążącym na nim wyroku. W celi wiedzieli właściwie od początku, choć dobiegającego czterdziestki bruneta trudno byłoby wyłowić z tłumu. Krzysztof nie wyróżnia się wzrostem, posturą ani zachowaniem. Nie spuszcza wzroku, nie drży mu głos. Tylko ręce woli trzymać pod stołem albo zakrywać dłuższymi rękawami. Widać na nich ślady przypalania papierosem. W niewielkiej jednostce w Hajnówce na Podlasiu takie ślady każdy zauważy, wieści szybko się rozchodzą. Krzysztofa skazano za gwałt na 14-latce.

Przespał się z nią, ale ta smarkula wszystko zaplanowała. Znam ją, bo mieszka w naszej klatce, przeklinała, papierosy tliła. Z 6 przedmiotów była zagrożona – próbuje go bronić matka. Przekonuje, że dziewczyna chciała wyłudzić pieniądze, czego dowodem miał być SMS, który ponoć wysłała do przyjaciółki, miała się chwalić, że wyciągnie z tego 15 tys. zł. Ale w dokumentach dowodowych o SMS-ie nie ma słowa. Mężczyzna został skazany na 8 lat pozbawienia wolności. Za kratami spędził już ponad połowę wyroku. Z łatką pedofila i gwałciciela. W jednym z listów do matki syn zasugerował, że w celi jest traktowany jak żona.

– Z tą różnicą, że ja swojej nigdy nie biłem – napisał. Ale gdy matka zapytała wprost o to, czy jest wykorzystywany seksualnie, zaprzeczył. W celi ma jeszcze czterech współwięźniów, żaden nie grypsuje, więc tolerują sąsiada ze stygmatyzującym paragrafem. Ale Krzysztof nie ma prawa usiąść z nimi przy jednym stole. Posiłki spożywa na stojąco albo na sedesie. Jest bity i okradany. – Gdy powiedziałam wychowawcy, odparł, że dopóki krew się nie poleje, to on nie będzie interweniował – żali się kobieta. W listach Krzysztof pisze, że ani na więźniów, ani na funkcjonariuszy poskarżyć się nie może. Pierwsi w najlepszym wypadku obiją mu mordę, drudzy zawsze mogą przenieść go do celi grypsujących.

Cela pod nadzorem

Każdy nowy przestępca seksualny, który ma na koncie nieletnią ofiarę, to dla dyrekcji więzienia kłopot. Zwłaszcza jeśli jego zbrodnią przez kilka tygodni żyły media, a nazwisko i twarz zwyrodnialca nie schodziły z czołówek gazet. Tak było z Trynkiewiczem czy słynnym psychoterapeutą Andrzejem S. Więźniowie doskonale wiedzieli, z kim mają do czynienia, od pierwszego dnia ich odsiadki. Wieść o nowym sąsiedzie rozchodziła się po zakładzie lotem błyskawicy. Aby uniknąć linczu w celi czy na spacerniaku, trzeba takim przestępcom znaleźć odpowiednie towarzystwo. I dodatkową ochronę. Ryzyko wpadki, którą rozdmuchają media, jest zbyt duże.

Przydzielając odpowiednią celę, dyrekcja bierze pod uwagę nie tylko względy osobowościowe i konfliktowość delikwenta, stopień demoralizacji, ale chociażby to, czy pali papierosy. Skazany po raz pierwszy nie powinien siedzieć z recydywistami, palący z niepalącymi, a pedofil z grypsującymi. Można go za to wsadzić do alimenciarzy, drobnych oszustów czy gwałcicieli, bo o ile na górze więziennej stratyfikacji ewoluują kodeksy i wewnętrzne podziały, to na dole od lat jest bez zmian.

W sumie jednym z nielicznych elementów niezmiennych jest dno więziennej stratyfikacji. Pedofile byli, są i będą wykluczani – potwierdza dr Mariusz Snopek z Uniwersytetu Opolskiego, który od kilku lat bada sytuację poszkodowanych w polskich zakładach karnych. Jego ostatnie badania objęły ponad 220 skazanych z grupy poszkodowanych. Snopek wskazuje, że więzienna społeczność ewoluuje. Dla przykładu jeszcze do niedawna dla grypsujących liczyły się przede wszystkim muskuły, dziś ważniejsze są spryt i pieniądze. Obecnie osadzonych można podzielić na grypsujących, niegrypsujących, cwaniaków (którzy mają dość władzy charakterniaków) i poszkodowanych. Do tej ostatniej grupy trafić można nie tylko za paragraf, ale za długi, donoszenie, współpracę z klawiszami czy po prostu słaby charakter.

Nie wszyscy pedofile proszą o ochronę i bezpieczną celę. Wychowawca każdego uprzednio informuje o zagrożeniu, dlatego rzadko zdarza się, że przestępca seksualny decyduje się iść na zwykły oddział. Są jednak jednostki, które czują się silne i radzą sobie bez dodatkowego wsparcia. Maskują się, wymyślają rzekomo popełnione przestępstwa, a nawet – jeśli mają na koncie inne wyroki – zabierają do celi stosowne dokumenty. Ale często na nic to się zdaje.

Wchodzi się do celi i cię taksują. Najpierw – wiadomo – patrzą na gabaryty, większym łatwiej budzić respekt. Potem pytają, skąd jesteś i kogo znasz, a na końcu, za co cię posadzili. Można skłamać, wozić się przez jakiś czas, ale prędzej czy później pękniesz – mówi niespełna czterdziestoletni Marek, szef strzeleckiego radiowęzła, który odsiaduje w strzeleckim Pawilonie B wyrok za zabójstwo. On sam nie grypsuje, ale cieszy się tu szczególnymi względami – może swobodnie poruszać się po oddziale, celę dzieli tylko z jednym współwięźniem, no i gra w tutejszym zespole na perkusji.

– Pedofila da się wyczuć. Zdradza go strach – mówi Marek i zaraz dodaje, że tutaj jest inaczej. Strzelecka „Dwójka” to zakład karny dla recydywistów, więzienni wyjadacze rzadziej dają „się podpalić”, lepiej kontrolują emocje. – Jak człowiek liczy na warunkowe zwolnienie, to nie chce sobie ściągnąć na głowę kłopotów – odpowiada, gdy pytam o więzienną podkulturę i jej stosunek do pedofilów.

Lista tortur, jakie mogą im zaserwować sąsiedzi za kratami, jest długa. W zakładach krążą historie o pojeniu zboczeńców uryną, kręceniu wora (czyli miażdżeniu jąder), gwałtach, podpalaniu penisa nasmarowanego wcześniej maścią na spirytusie. Z badań Snopka wynika, że największa grupa więźniów boi się przemocy fizycznej – pobicia, a nawet śmierci. Co trzeci z przebadanych przez niego poszkodowanych obawiał się ośmieszenia i upokorzenia, co czwarty – wyzwisk. Od 13 do 15 proc. więźniów wspominało o strachu przed okradnięciem i gwałtem.


Nie wystarczy więc dobrze ulokować skazanego. Na znalezieniu odpowiedniego towarzystwa do celi rola służby więziennej się nie kończy. Potem trzeba go jeszcze pilnować i patrzeć – czy siniaków mu nie przybywa, czy trzyma pion i ma siłę wstać, żeby odebrać talerz.

W społeczności poszkodowanych, w tym pedofilów, nie istnieje pojęcie solidarności. – Są bardziej skonfliktowani niż inne grupy. Wydawać by się mogło, że siebie traktują gorzej niż grypsujący poszkodowanych – mówi Snopek. Zasada jest prosta: znęcali się nad tobą, to prędzej czy później szukasz kogoś, abyś ty mógł się znęcać. Dlatego izolowanie poszkodowanych od innych skazanych wcale nie jest słuszne, bo oni sami są wrogo nastawieni wobec siebie i sami się dzielą, tworząc dno w dnie. Zakłady karne powinny unikać tworzenia gett.

Pieniądze dają spokój

Los pedofila w celi najbardziej sugestywnie pokazał Konrad Niewolski w swojej „Symetrii”. – Uwal się, kurwa, na pizdę i nawet nie mruknij – syczy na powitanie do nowego współwięźnia filmowy „Kosior”. Dalej obserwujemy, jak znienawidzony zboczeniec jest bity, okradany, poniżany, a w końcu powieszony przez współwięźniów „na tygrysie”. Pod nosem klawisza.

– Ale czasy „Symetrii” są bardzo odległe – mówi dyrektor więzienia w Strzelcach Opolskich, ppłk Andrzej Tesarewicz. Zapewnia, że w interesie służby więziennej jest zapewnienie bezpieczeństwa wszystkim osadzonym. Także pedofilom. Tu nikt nie ryzykuje, wedle zasady: lepiej dmuchać na zimne, ale zdaniem Tesarewicza ostracyzm w stosunku do pedofilów ma dziś coraz bardziej symboliczny wymiar. – Kodeks kultury przestępczej złagodniał. Poważaniem wśród osadzonych cieszą się ci skazani, którzy mają pieniądze i pomoc materialną z domu – dodaje.

Potwierdza to Maciej Lisowski z Fundacji Lex Nostra. Podkreśla, że dziś wykorzystywanie przestępców seksualnych w subkulturze więziennej wynika bardziej z kiepskiej sytuacji ekonomicznej osadzonych niż jakichkolwiek kodeksów. Powody są prozaiczne. – Paragraf to wygodny pretekst, choćby do tego, by okradać współwięźnia. Wielu osadzonych to osoby z marginesu, ścigane przez komornika, kosztem współosadzonych zdobywają środki na papierosy, żywność – wyjaśnia Lisowski.

– Prędzej dochodzi do konfliktów na tle niezgodności charakterów czy z bardziej prozaicznych powodów związanych z codzienną egzystencją w celi mieszkalnej – wtóruje mu dyrektor Tesarewicz. Choćby z powodu telewizora.

Za jego kadencji w Strzelcach nie odnotowano żadnego przypadku napaści czy pobicia wynikającego z tego, jak podkulturowy kod każe traktować skazanych za wykorzystywanie nieletnich. – Nie podaje się takiemu ręki, nie akceptuje się go w jednej celi czy pracy, ale do rękoczynów w więziennej Polsce na tym tle dochodzi rzadko – zapewnia Tesarewicz. Ze statystyk w całym kraju wynika, że w 2012 roku odnotowano zaledwie dwa przypadki samoagresji z powodu presji podkultury więziennej. Rok wcześniej tylko jeden. Liczbom trudno wierzyć, bo większość poszkodowanych boi się skarżyć. Innych danych nie ma.

W przeszłości głośno było jednak o zabójstwach w celi. Trzy lata temu wyrok dożywocia za zabicie współwięźnia usłyszał Sebastian L. ze Zgierza. Odsiadywał wyrok za rozbój i pobicie ze skutkiem śmiertelnym w jednej celi z pedofilem. Pewnego dnia zakatował go taboretem. 10 lat temu podobna historia miała miejsce w Toruniu. Zresztą pedofilów trzeba chronić w każdym więzieniu. Także za granicą. W amerykańskim zakładzie w hrabstwie Fremont w stanie Kolorado przestępców seksualnych, którzy skrzywdzili dzieci, określa się wulgarnym pseudonimem KFC (ang. Kiddy-Fucking Cunt). Na Wyspach kilka lat temu gwałciciel 13-letniej dziewczynki został wypatroszony przez współwięźniów za pomocą prowizorycznej broni z żyletek przyczepionych do uchwytów od szczoteczek do zębów.

Tajemnicą poliszynela jest też to, że funkcjonariusze niechętnie wtrącają się w więzienne porachunki. Przymykają oko, a nawet po cichu kibicują dręczycielom, wierząc, że dla zwyrodnialca, który skrzywdził dziecko, kara pozbawienia wolności to za mało. Nie różnią się tym od większości społeczeństwa.

– Ludzie domagają się linczu, ale nie zdają sobie sprawy, że większość więźniów zgnębionych za murami kiedyś wyjdzie na wolność. Akcja rodzi reakcję – ostrzega Lisowski. Jego zdaniem system powinien dążyć do resocjalizacji bez względu na rodzaj przestępstwa i nie tolerować dodatkowych sankcji wymierzanych przez podkulturę więzienną. – Od tego, co działo się za murami, zależeć będzie późniejsze zachowanie skazańca. Albo zrozumie swój błąd, albo będzie pałał żądzą odwetu za swoje krzywdy – tłumaczy Lisowski. Plan zemsty zrealizuje na wolności.

Chyba że po odsiadce trafi do zamkniętego ośrodka. Taką możliwość daje uchwalona specjalnie dla Trynkiewicza i jemu podobnych ustawa. Wkrótce okaże się, czy ostatecznie trafi tam „szatan z Piotrkowa”. W kolejce już czekają następni. Tylko w samych Strzelcach bierze się pod uwagę trzech zwyrodnialców.

Gdy będą wychodzić, pożegna ich widniejący przy drzwiach Pawilonu A cytat z kardynała Stefana Wyszyńskiego. „Przebaczenie jest przywróceniem sobie wolności, jest kluczem w naszym ręku od własnej celi więziennej”.