Dorota Kalinowska: Oburzeniem czy wzruszeniem ramion zbywa Pan kampanię "Nie zdążyłam"? 

Dr Tomasz Grzyb: Jestem gdzieś miedzy tymi dwoma skrajnościami. Oburzony być nie powinienem, bo taka jest rola kampanii społecznej: ona powinna wzbudzać silne emocje i burzliwe dyskusje oraz bazować na stereotypach.

Trudno jednak przypomnieć sobie w ostatnim czasie inną kampanię, której odbiór byłby tak silny. 

Bo w tym przypadku stereotypy są dwa, a nie jak zazwyczaj jedna. Kobieta, która odniosła sukces zawodowy i majątkowy - a tak wynika z przekazu - musiała go okupi brakiem szczęścia w życiu osobistym. I drugi: jedyną formą szczęścia jest posiadania męża i dzieci.

Z drugiej strony przy pewniej dozie złej woli można powiedzieć, że utrwala i trzeci stereotyp: rodzicielstwo to kwestia decyzji kobiety…

… i to jest rzecz, która mi tutaj zgrzyta. Brakuje obrazu ojca, choćby stereotypowego. Kampania "Nie zdążyłam" skupia się tylko na stronie kobiecej i pokazuje prosty mechanizm: to rolą kobiety jest zastanowić się nad relacjami miedzy karierą zawodową i używaniem życia a macierzyństwem. A przecież fundacja nazwa się Mamy i Taty, więc dobrze byłoby pamiętać i o tej innej perspektywie.

Nie wiem, być może będzie kolejny spot, w którym padnie np. "Zdążyłem zostać senior account managerem, skoczyć na bungee, zobaczyć Neapol, ale nie zdążyłem zostać tatą". Albo "Zdążyłem zostać tatą, ale nie pamiętam, kiedy są urodziny mojego dziecka, jakie zabawki lubi najbardziej, bo jestem w domu tylko gościem".

Polaków do macierzyństwa w ogóle trzeba przekonywać? 

Nie, a nawet nie powinno się tego robić. Powiem więcej, błędem jest myślenie, że taki jest cel akcji. Przekaz miał trafiać przede wszystkim do kobiet, które myśl o macierzyństwie w sobie tłumią. To nie są te, które mają problem z karierą, ale te które mają problem z podziałem obowiązków czy np. brakiem wsparcia w mężczyźnie. To też widać po memach, które pojawiły się natychmiast po rozpoczęciu akcji. Wśród nich jest jeden, pokazujący mężczyznę sukcesu, który mówi "Zdążyłem zostać wybitnym managerem, zwiedzić fantastyczne kraje, zbić majątek, bo całą robotę w domu odwaliła za mnie kobieta".

Polska jest w środku stawki, jeśli mowa o prowokacji w reklamie? 

Trudno stwierdzić, bo tych zagranic trochę jest. Ale też i kampania, o której teraz mówimy, jest stosunkowo niewinna. Nie ma w niej w prowokacyjnych rzeczy. Jestem w stanie - i to na poczekaniu - wymyślić bardziej obrazoburcze. Starsza pani zagląda np. do lodówki i widzi pustkę. Potem patrzy przez okno tęsknym wzrokiem na kompletnie pusty parking przed jej domem. Na koniec mówi: "Gdybym się kiedyś zdecydowała na dzieci, to nie byłabym taka samotna". Albo jeszcze bardziej skrajny przekaz: zaangażowanie duchownego w koloratce albo habicie, który żałuje, że nie ma dzieci. Oni muszą żałować. Ty nie, bo możesz się zdecydować się na dziecko, bez żadnych konsekwencji społecznych", mówi głos z offu. 

Ale przecież już teraz na forach można poczytać komentarze: za ostra, oderwana od rzeczywistości…

To tylko pokazuje temperaturę dyskusji i wcale nie świadczy o tym, że akcja jest prowokacyjna. Poza tym w Polsce wszystkie rozmowy muszą być silnie nacechowane emocjami i oparte na przekonaniu, że druga strona nie może mieć racji, z definicji. Że moim obowiązkiem jest wykrzyczeć to, co mam do powiedzenia. A posłuchać innego, to już nie koniecznie. Na to nie mam ochoty. 

Także zarzut, że kampania jest oderwana od rzeczywistości jest dla mnie chybiony. Przecież w reklamie tak jest od zawsze. Jak się promuje cukierki z orzechowym nadzieniem, że nie wspomnę marki, to pokazuje się np. przyjęcie u ambasadora. Kto z na był na takim spotkaniu? Nikt. Podobnie i tutaj - nikt z nas nie zarabia 13 średnich krajowych, nie stać go na chałupę za kilka milionów złotych, nie wspominając już o tym, że jest ona sterylnie czysta.

Dr Tomasz Grzyb jest psychologiem społecznym Uniwersytetu SWPS, oddział we Wrocławiu