Dyrektywa tytoniowa to cios w branżę. Ale plany resortu zdrowia, które mają być zrealizowane przy implementacji unijnego prawa, to nokaut dla producentów i dystrybutorów e-papierosów.

Ciśnienie po stronie nowych władz resortu na ograniczenie palenia wśród Polaków jest tak ogromne, że prędzej nie wejdzie program bezpłatnych leków dla seniorów, niż minister Radziwiłł ugnie się pod naciskami koncernów papierosowych – mówi nam jeden z wysoko postawionych urzędników resortu.

Sam Konstanty Radziwiłł to zresztą potwierdza. Apeluje bowiem do mediów, aby w swoim przekazie wsparły jasną stronę mocy, czyli jego resort. Twarde stanowisko ministerstwa znajduje odzwierciedlenie także w dokumencie wskazującym kwestie do rozwiązania. A wśród nich: „wyeliminowanie problemu palenia tytoniu”.

To nie przypadek, że mowa o wyeliminowaniu, a nie o ograniczeniu. W resorcie panuje przekonanie, że najlepiej by się stało, gdyby papierosy były w Polsce całkowicie zakazane – wskazuje urzędnik z MZ.

Polska ustawa musi wejść w życie najdalej do 20 maja 2016 r. A to dlatego, że wiele przepisów stanowi implementację dyrektywy 2014/40/UE mającej na celu zbliżenie przepisów państw członkowskich w zakresie produkcji, prezentowania i sprzedaży wyrobów tytoniowych, popularnie zwanej dyrektywą tytoniową.

Unijne regulacje wprowadzają m.in. zakaz stosowania polepszających smak aromatów. To zaś dla wielu producentów może być problem, gdyż znaczącą część ich oferty stanowią właśnie papierosy wzbogacane. Przedsiębiorcy będą też dokładniej kontrolowani przez krajowych urzędników.

Co istotne, w Polsce przepisy te wejdą w ramach nowelizacji ustawy o ochronie zdrowia przed następstwami używania tytoniu i wyrobów tytoniowych. Za tę zaś odpowiada Ministerstwo Zdrowia. Biznes zaś uważa, że to błąd, gdyż tak naprawdę chodzi o przepisy dla przedsiębiorców branży tytoniowej. Dlatego odpowiadać za to powinien resort rozwoju (a wcześniej gospodarki). Tak się jednak nie stało. I efekty tego widać.

Opracowany i opublikowany projekt ustawy jest wadliwy, wprowadza wiele dodatkowych zmian niewymaganych przez UE, co dodatkowo stawia branżę pod presją – uważa prezes Związku Przedsiębiorców i Pracodawców Cezary Kaźmierczak. Winą za to obarcza poprzedni rząd, który przygotował regulacje. Apeluje więc do nowego: ograniczcie restrykcje dla firm do minimum wymaganego dyrektywą.

Zgodnie z polskimi planami rzeczywiście branża zostanie objęta znacznie większą liczbą wymogów, niżeli wymaga od nas tego Unia. Projektodawca przede wszystkim skupił się na problemie e-papierosów, które stają się coraz popularniejsze, a nadal wymykają się polskiemu prawu. Na przykład importerzy i producenci papierosów elektronicznych będą musieli poinformować o zamiarze wprowadzenia nowego produktu na rynek właściwe służby na co najmniej sześć miesięcy wcześniej. W praktyce uniemożliwi to przedsiębiorcom oferowanie nowych produktów, gdyż mało kto w tej branży planuje z aż takim wyprzedzeniem.

Ponadto przepisy mają zakazać sprzedawania elektronicznych papierosów na odległość, czyli przede wszystkim przez internet.

Kłopot będą mieli również sami e-palacze. Nie będą już mogli wciągać dymu w miejscach publicznych. Dla wielu to była przewaga e-papierosów nad tradycyjnymi. I wreszcie zabronione będzie informowanie o wyrobach tytoniowych w punktach sprzedaży. Może się więc okazać, że ze sklepów będą musiały zniknąć nie tylko płachty reklamujące e-papierosy, lecz także np. podstawki pod bilon z logo producenta szkodliwych produktów.

Przedstawiciele branży unikają kategorycznych wypowiedzi w mediach. Wolą pozostawać w cieniu organizacji reprezentujących ogół przedsiębiorców. Słyszymy jednak od dwóch osób to samo: że w efekcie Polacy nie będą mniej palili, lecz zaczną kupować papierosy z nielegalnych źródeł. Już teraz wartość szarej strefy sięga nawet 5 mld zł.

W Ministerstwie Zdrowia panuje jednak przekonanie, że i tak uda się ograniczyć liczbę palaczy. A to korzyść zarówno dla ich zdrowia, jak i dla budżetu państwa, z którego rokrocznie miliardy są przeznaczane na leczenie chorób związanych z paleniem.