Maria Kiszczak z całą stanowczością stwierdza, że Lech Wałęsa nie zostałby uhonorowany Pokojową Nagroda Nobla, gdyby nie jej mąż, Czesław Kiszczak. - Gdyby te dokumenty były, no to... - odpowiada wdowa po generale.

Stwierdza również, że nie tyle zgłosiła się do Instytutu Pamięci Narodowej z ofertą sprzedaży dokumentów, co zostało jej to zaproponowane. - Sami panowie mnie tam pytali o warunki finansowe. Powiedziałam: czemu nie? - wyjaśnia w rozmowie z RMF FM. Dodaje, że przyszła do Instytutu, ponieważ dokumenty prezesowi tej instytucji kazał jej oddać mąż. Pytana, dlaczego teraz, odpowiedziała: mój mąż był nastawiony na ochronę polskiego bohatera.

Tymczasem IPN twierdzi, że wdowa po szefie komunistycznych służb bezpieczeństwa za materiały SB zgromadzone przez Czesława Kiszczaka chciała otrzymać 90 tysięcy złotych. Rzeczniczka IPN Agnieszka Sopińska-Jaremczak mówiła dziennikarzom, że Maria Kiszczak pojawiła się w Instytucie, mówiąc, że koniecznie chce spotkać się z prezesem IPN. Do rozmowy doszło w większym gronie. Wtedy też pokazała kartkę, która ma być informacją ze spotkania z tajnym współpracownikiem SB pseudonim Bolek.