Test na czarownice, kulanie jajec, śmigurt, babasik, a także np. przywoływki dyngusowe – wielkanocnym grom znanym z dawien dawna nie ma końca, jak przekonuje Barbara Ogrodowska w książce "Polskie obyczaje i zwyczaje doroczne". I szczegółowo opisuje też m.in. galopadę stu koni i siude baby.

Jajem w brzydotę i chorobę

Najwięcej zwyczajów wielkanocnych dotyczy – czemu trudno się dziwić – jajek. "Wierzono powszechnie, że (…) mogą odwracać wielkie nieszczęścia i niweczyć zło".

"Dlatego też jaja przed rozpoczęciem prac wiosennych kładziono w bruzdy zagonów, w polu i ogrodzie. Wierzono, że kto umyje się wodą z miski, na dni której leżała pisanka, zachowa zdrowie i urodę. Wierzono, że skorupki pisanek położone pod drzewami owocowymi zapewnią obfitość jabłek, gruszek i śliwek, a zmieszane z karmą dla drobiu, sprawią, że kury będą się dobrze niosły, a kaczęta i gęsięta dobrze i zdrowo chowały. (…) Toczona jajka po grzbietach i bokach krów oraz koni, aby były zdrowe, gładkie i okrągłe jak jajko”.

Przy pomocy jajek leczono też – nie tylko w Wielkanoc – wszelkiej maści choroby, a nawet rany po kulach. Jak? Sposobów było kilka. Albo "toczono je po ciele chorego". Albo np. proszono o trzymanie go w dłoniach i wpatrywanie się w nie bardzo intensywnie – w ten sposób niemoc miała przejść na jajo. Te koniecznie trzeba było potem porzucić na skraju wsi lub rozstaju dróg. I pod żadnym pozorem nie wolno ich było podnosić i przynosić do obejść.

Od kulania jajec do zajączka

Nie brakowało też w czasie wielkanocnym gier i zabaw z jajkami – ich odmian i modyfikacji nie sposób zliczyć. Bo były to walatka, zwana też wybitką – polegała na toczeniu jajek po stole albo stukaniu się nimi z bliskimi (wygrywał ten, kto miał jajo najbardziej odporne na uderzenia), jak i np. kulania walec (jajec) z górki. To już zwyczaj rozpowszechniony głównie na Śląsku. "W grze tej toczono jajko po deszczułce, starając się, żeby wpadło do zagłębienia zwanego ducką".

Ale były też np. wiosenne zajączki lub prezenty od zajączka – myli się ten, kto sądzi, że zwyczaj obdarowywania dzieci niespodziankami jest nowy. Znany był od dawien dawna na Śląsku i Pomorzu, a stał za tym niemiecki obyczaj. Od wczesnych godzin pociechy szukały więc w zakamarkach domu czy ogrodu koszyczków z jajami, słodyczami lub innymi prezentami. Z czasem zwyczaj ten rozpowszechnił się i w innych regionach Polski.

Test na czarownice

Ten organizowany był w Niedzielę Wielkanocną, której obowiązkowym elementem była nie tylko Msza Święta, ale też procesja. Odbywała się zwykle wokół kościoła, który należało obejść trzy razy. Jeśli ktoś przysiadał w tym czasie na stopniach, zaczynał się słaniać na nogach albo symulował nagłą chorobę lub złe samopoczucie, wszystko stawało się jasne. Czarownica zdemaskowana!

Chrzan jak szklanka wody

Stół nakryty, potrawy naszykowane, ale zanim rozpocznie się uroczyste śniadanie, trzeba będzie jeszcze zjeść laskę chrzanu. I to całą. Bez wyjątku – dzieci też, gdyby ktoś pytał. Na ziemi sądeckiej, na pogórzu rzeszowskim i Gorlicach – jak pisze Barbara Ogrodowska – wierzono, że to dokonały sposób na odegnanie wszelkich chorób, z bólem zęba włącznie.

Galopada stu koni

To już obyczaj typowy dla Pietrowic Śląskich. Organizowano tam konny objazd okolicznych ziem – najpierw uroczysty z miejscowym proboszczem na czele, krucyfiksem i figurą Chrystusa, a potem (czytaj: w drodze powrotnej) spontaniczny. Wierzono, że kto pierwszy dotrze do wsi, ten będzie piękniejszy i/albo bogatszy.

Śmigus-Dyngus po nowemu

Początkowo – o czym wie niewielu – "były to nazwy dwóch odrębnych i bardzo starych obrzędów. Śmigusem zwano zwyczaj oblewania wodą, głównie dziewcząt na wydaniu i młodych kobiet, a także smaganie się zielonymi gałęziami i witkami lub uplecionymi z nich batami – był to tzw. śmigus zielony lub suchy. (…) Natomiast śmigusem zwano pochody młodzieży męskiej, często w przebraniach i z różnymi rekwizytami, połączone zawsze z wesołą kwestą świąteczną – z wypraszaniem darów, przede wszystkim jaj wielkanocnych i świątecznego jadła. Z czasem obrzędy te zostały połączone pod wspólną nazwą śmigusa-dyngusa (zwanego także śmigurtem lub śmigustem) i zdominowane przez polewanie wodą. Bezskutecznie zwalczali je duchowni uważając, że jest to praktyka pogańska, bezbożna, nieobyczajna i grzeszna".

 "Śmigus w wolnym przekładzie oznacza smaganie, a dyngus – wykupywanie"

Co też ciekawe, w Poniedziałek Wielkanocny to mężczyźni oblewali kobiety, a w kolejne dni – kobiety mężczyzn. I tak aż do Zielonych Świątek (zgodnie z powiedzeniem: Aż do Zielonych Świątek – można lać się w każdy piątek). Na ziemi krakowskiej, dokładnie w okolicach Bochni i Wieliczki, obyczaj ten zwany był pod nazwą babaskik lub babasik.

Przywoływki dyngusowe

Na Kujawach chłopcy ze Stowarzyszenia Klubu Kawalerów – tak, jest takie, a jego tradycje sięgają XIX wieku – mają inny osobliwy zwyczaj. Najpierw zbierają się na największym placu we wsi lub miasteczku, po czym wchodzą na podwyższenie (drzewo, dach karczmy, podest) i zaczynają wygłaszać wiersze o miejscowych dziewczynach. Dom po domu. Wychwalając je (np. "Piękna panienuchna ma na imię Martuchna") lub oczerniając (np. "Na tę zgrzebło, na tę dużo wody, na tę haftowany ręcznik…")."„Dziewczyna przywołana ładnie mogła więc – i może dotychczas spać spokojnie" – następnego dnia zostanie tylko skropiona wodą, najpierw komitecką, czyli zwykłą, a potem pachnącą – perfumami. Dla przywołanej szpetnie szykowano z kolei wiadro wody.

"W okolicach Bochni i Wieliczki w Poniedziałek Wielkanocny chodzi siuda baba zaczepiająca przechodniów, polewająca ich wodą, czerniąca im twarze i ubrania sadzą i natarczywie dopraszająca się datków"

przy pisaniu materiału korzystałam z książki Barbary Ogrodowskiej pt. "Polskie obyczaje i zwyczaje doroczne"