To jedna z najważniejszych kwestii postawionych w książce "O tyranii". Pierwsze polskie wydanie tej klasycznej już pozycji zawiera nie tylko tytułowe studium Leo Straussa z roku 1948, poprzedzone dialogiem Ksenofonta "Hieron, albo Tyrannikos", lecz także debatę Straussa z Alexandre’em Kojève’em oraz prywatną korespondencję obu myślicieli (podstawą przekładu jest amerykańskie rozszerzone wydanie z roku 2000). Ich spór wydaje się dziś szczególnie aktualny i przywołuje skojarzenia z rozmaitymi toczonymi współcześnie dyskusjami.

Strauss i Kojeve mieli dwie, całkiem odmienne, wizje roli filozofa w nowoczesnym świecie. Zdaniem Straussa filozof powinien zachowywać dystans wobec polityki, ponieważ w imię poszukiwania prawdy zajmuje się kwestionowaniem zastanej rzeczywistości, w tym zastanego porządku politycznego. Porządek ów opiera się na innych fundamentach aniżeli spekulacje filozoficzne. Kojeve zajmował stanowisko przeciwne. Dla niego filozof to mędrzec, którego powinnością jest przechodzenie od myślenia do działania i aktywna realizacja zamysłów ducha dziejów, jakimi są powstanie "uniwersalnego, homogenicznego państwa" oraz "koniec historii". Historia jednak się nie kończy i zdaje się przyznawać rację Straussowi. Ludzkość zaś wciąż wymyka się wszelkim glajszachtującym ją, utopijnym projektom.

p

Filip Memches: Tyrania jest formą rządów znaną od starożytności. Jednak nowoczesność wytworzyła jej szczególną wersję. Chodzi o tyranię sprawowaną nie dla utrwalania władzy, lecz dla realizacji jakiejś szczytnej idei, także w imieniu mas. Co skłoniło Leo Straussa do podjęcia tego właśnie problemu?
Piotr Nowak*: Strauss dorastał w mocno rozluźnionej atmosferze Berlina lat 20. i początku 30. ubiegłego wieku. W tamtych czasach weimarskie Niemcy były bardzo słabym państwem, w którym komuniści do spółki z nazistami parli do rewolucji (odmiennie wyobrażając sobie, rzecz jasna, jej przebieg i cele), a rząd nie robił nic, by się temu przeciwstawić.


Strauss zwątpił więc w sens demokracji, bo w Niemczech wyniosła ona do władzy Hitlera?
Był nieufny wobec jakiegokolwiek porządku politycznego - uważał, że w polityce często decyduje czynnik irracjonalny. Pamięta pan scenę linczu w "Juliuszu Cezarze" Szekspira? Tłum ściga niejakiego Cynnę. Dopada wreszcie Bogu ducha winnego poetę, który mówi, że nie jest tym, za którego go biorą. Ale tłum krzyczy: "Wszystko jedno, rozerwać go za złe wiersze!". Strauss obawiał się, że w polityce namiętności mogą wziąć górę nad rozsądkiem.

Dlaczego sięgał do dzieła Ksenofonta i generalnie do dorobku antycznej filozofii greckiej? Czy wyrażał w ten sposób swoje rozczarowanie nowożytnością?
Strauss poszedł drogą, którą wcześniej podążyli jego dwaj mistrzowie: Nietzsche i Heidegger - w stronę Greków. Dlaczego akurat tam? Ponieważ Grecy nie uznawali kompromisów w myśleniu. Podam przykład: w I księdze "Polityki" Arystotelesa jest napisane, że wspólnota społeczna składa się z kobiet, dzieci, niewolników i ludzi wolnych, co znaczy, że nie każda żyjąca istota zasługuje na to, by można ją było uznać za człowieka. A teraz niech pan spróbuje tę samą myśl wypowiedzieć w języku nowoczesnej polityki - nie da się!

To rodzi podejrzenie, że Strauss uprawiał jakiś rodzaj ezoterycznej refleksji. W rozważaniach nad Grekami łatwo przecież można ukryć ów bezkompromisowy, aczkolwiek antydemokratyczny przekaz...
Strauss był wynalazcą pewnego rodzaju sztuki interpretacji popartej silnymi newrozami i podejrzliwością. W książce "Persecution and the Art of Writing" rozwinął strategię interpretacyjną, którą można określić jako pisanie (i czytanie) między wierszami. Z grubsza rzecz przedstawiając, chodzi o to, że trzeba zawsze brać pod uwagę, kto pisze, w jakim miejscu to robi oraz do kogo adresuje swój przekaz. Dotyczy to zwłaszcza czasów przed rewolucją francuską, kiedy filozofowie musieli pisać tak, by nie narazić się na szykany ze strony władzy. Ale jest w tym coś jeszcze. Otóż autorzy "wielkich ksiąg" przekazywali w nich - takie jest mocne przekonanie Straussa - sekretny komunikat zaadresowany do wybranych, do tych nielicznych, którzy zdolni są rozumieć filozofa dokładnie tak samo, jak on sam rozumiał siebie. Dla niektórych Straussowska szkoła ezoterycznej lektury tekstu to jednak hucpa. Dla mnie ona hucpą nie jest, jeśli ograniczyć jej przesłanie do postulatu uważnego czytania książek - ale też do niczego więcej. Jeśli zaś chodzi o zarzut antydemokratyzmu, to swego czasu na łamach "New York Timesa", przybrana córka Straussa, Jeny Clay Strauss, przypomniała, że jej ojciec popierał liberalną demokrację, dostrzegał jednak minusy tego porządku i optował za jego korektą.


Czy taką korektą miałoby być otwarcie się liberalnej demokracji na religię?
Jest coś, co Strauss określał jako "teologiczno-polityczny problem" epoki nowożytnej: jak układać na płaszczyźnie politycznej stosunki z narodem, który zdaniem jednych bezzasadnie rości sobie tytuł do wybraństwa, a zdaniem drugich rzeczywiście został wybrany przez Boga i tym samym wyróżniony na tle innych narodów? Strauss miał tu na myśli rzecz jasna tak zwaną "kwestię żydowską". Ale dziś, jak wiemy, do rangi "teologiczno-politycznego problemu" urastają żądania prezydenta Ahmadineżada. Otóż liberalizm - twierdzi Strauss - dość dobrze radzi sobie z pragmatyką władzy, pozwalając ujawnić się ludzkim namiętnościom w granicach prawa. Nie potrafi natomiast znaleźć dobrych odpowiedzi na pytania metafizyczne, z których najważniejszym jest pytanie o stosunek rzeczywistości politycznej do Objawienia.

p

*Piotr Nowak, ur. 1966, filozof, wykładowca na Uniwersytecie w Białymstoku, zastępca redaktora naczelnego kwartalnika "Kronos", autor książki "Ontologia sukcesu. Esej przy filozofii Alexandre’a Kojeve’a" (2006).