18 marca w specjalnym piśmie pułk lotniczy wożący najważniejsze osoby w Polsce poprosił o wyznaczenie nawigatora na oba loty - 7 i 10 kwietnia. Informacje "Rzeczpospolitej" potwierdza ppłk Robert Kupracz, rzecznik prasowy Dowództwa Sił Powietrznych. Oprócz prośby o rosyjskiego specjalistę, w piśmie znalazła się też prośba o dane lotniska w Smoleńsku. Według gazety, dokument trafił m.in. do polskiej ambasady w Moskwie i do resortu kierowanego przez Radosława Sikorskiego.

Reklama

Jednak rosyjskiego nawigatora nie było na pokładzie tupolewa, który zawiózł Donalda Tuska do Katynia 7 kwietnia, ani w maszynie, która z 96 osobami na pokładzie, w tym z prezydentem Lechem Kaczyńskim, rozbiła się koło Smoleńska 10 kwietnia.

Dlaczego? "Strona rosyjska nie potwierdziła gotowości do zabezpieczenia lotów przez lidera" - odpowiada ppłk Kupracz.

"Rzeczpospolita" nie doczekała się od rzecznika MSZ odpowiedzi na pytania, czy strona rosyjska odmówiła polskiej prośbie, czy też resort zbyt późno przesłał prośbę i czy w ogóle ją przesłała Rosjanom.

Właśnie dlatego oba samoloty pilotował Arkadiusz Protasiuk. Bo znał język rosyjski i mógł po rosyjsku rozmawiać z kontrolerami lotu w Smoleńsku.

Nawigator, o którego pomoc prosili Polacy, nazywa się w lotniczym slangu liderem. Byli lotnicy 36. pułku mówią gazecie, że dawniej latanie na Wschód z rosyjskim liderem było niemal regułą. "Szczególnie gdy podróżowało się na lotniska położone w głębi kraju. Lider osobiście w tajemnicy przed nami wprowadzał dane nawigacyjne i rozmawiał z kontrolą lotów" - wspomina doświadczony pilot Tu-154.