W mediach społecznościowych popularny jest złożony z kilku obrazków mem: jego bohater – stawiając coraz mocniej weryfikowane przez rzeczywistość tezy, i mając poczucie, że się ośmiesza – przywdziewa kolejne atrybuty clowna. Czy właśnie w ten sposób możemy opisać bankructwo czeskiego rządu, który wpierw zarzekał się, że nie kolaboruje z III Rzeszą, a potem wznosił ręce w nazistowskim pozdrowieniu?

Reklama
Żeby było ciekawiej, czeskie władze myślały o sobie – i mówiły o tym publicznie – że robią to wszystko dla dobra narodu.
„Ktoś musiał się poświęcić, zatem poświęciłem się ja. Kiedy nie mogłem już uratować państwa, uratowałem przynajmniej naród” – cytuje pan w książce Emila Háchę, najpierw prezydenta Czechosłowacji, a potem prezydenta Protektoratu Czech i Moraw.
Czeski rząd twierdził wręcz, że złożył z siebie ofiarę dla dobra obywateli. Wygląda na to, że żaden z wysokich rangą polityków nie zauważył momentu, w którym staje się kolaborantem i robi rzeczy, dla których nie ma usprawiedliwienia. Przecież niemal od razu po ustanowieniu Protektoratu czeskie władze wydały Niemcom współobywateli narodowości żydowskiej. Sprzeniewierzały się również niepisanemu kodeksowi, który obowiązywał w praktycznie każdym okupowanym kraju: że władze nie korzą się przed nazistowskimi dygnitarzami. Przecież przeciętny Czech nie chciał, aby jego władze witały Niemców hitlerowskim pozdrowieniem.
Piotr M. Majewski, „Niech sobie nie myślą, że jesteśmy kolaborantami. Protektorat Czech i Moraw 1939–1945”, Wydawnictwo Krytyki Politycznej 2021