- Ten antysemityzm, który został ostatnio zauważony przez media, funkcjonował już w RFN od jakiegoś czasu. Chodzi o antysyjonistyczny antysemityzm skierowany przeciwko Izraelowi, który należy do kultury islamskiej w krajach arabskich. Migranci z tych krajów, którzy przyjeżdżają do Europy, przywożą ten swój antysemityzm. W Niemczech na to przymyka się oczy, właściwie teraz dopiero (po masowych demonstracjach przeciwko Izraelowi wskutek nowej odsłony konfliktu między państwem żydowskim a islamskimi bojownikami w Strefie Gazy-PAP) zaczęła się dyskusja na ten temat - wskazuje prof. Musiał.

Reklama

Krytyka Izraela tylko pretekstem?

I dodaje, że "ten islamski antysemityzm tu, na miejscu w Niemczech, połączył się z lewicowym antysemityzmem, który skierowany jest przeciwko państwu Izrael". Musiał zwraca uwagę, że szef współrządzącej w Niemczech frakcji SPD w Bundestagu Rolf Muetzenich stwierdził ostatnio, że źródeł tego antysemityzmu należy szukać w polityce Izraela. - Można krytykować postępowanie Izraela wobec Palestyńczyków, tylko nie można tego używać jako pretekstu do antysemityzmu. Jeżeli w Niemczech atakuje się synagogi, to co to ma wspólnego z polityką Izraela? - pyta.

W ocenie rozmówcy PAP "niemieckie władze temat ten pomijały do tego stopnia, że nawet są fałszowane statystyki". - Na przykład podaje się w statystykach liczbę ataków antysemickich i z tego wynika, że w ponad 90 proc. są one spowodowane przez radykalnych prawicowców, w tym neofaszystów, neonazistów - wskazuje. Powołuje się tu na niedawny artykuł w dzienniku "Frankfurter Allgemeine Zeitung", z którego wynika, że "jeżeli policja nie ma informacji, kto jest sprawcą danego ataku, to automatycznie podciąga to pod radykalną prawicę". - I w ten sposób zafałszowuje się rzeczywistość i tak ten islamski antysemityzm jest pomijany - dodaje.

Według statystyk niemieckiej policji skala przestępstw na tle antysemickim w 2020 r. wzrosła do 15,7 proc., z czego 94,6 proc. ma być popełniane z rąk prawicowych ekstremistów. Jednak według "FAZ" liczby te są zawyżone, ponieważ nie bierze się pod uwagę sprawców muzułmańskich bądź o pochodzeniu arabskim.

Ataki w szkołach i na ulicach

Prof. Musiał zwraca uwagę, że "w szkołach w Niemczech żydowskie dzieci są obiektem mobbingu, a szkoły w ogóle na to nie reagują". - Dzieci są przenoszone przez rodziców do szkoły, gdzie nie ma takiego dużego skupiska islamskich dzieci. A państwo niemieckie kompletnie z tym nic nie robi, np. na kursach języka niemieckiego dla obcokrajowców w ogóle nie ma tematu antysemityzmu. A w szkołach przecież ten problem jest, ale prawdopodobnie z powodu poprawności politycznej jest on pomijany, ponieważ istnieje przekonanie, że nie biali nie mogą być rasistami i antysemitami - mówi rozmówca PAP.

- Wystarczy pójść w Berlinie do dzielnicy Neukoelln. Proszę założyć sobie jarmułkę, to pani nie przejdzie - podkreśla historyk, który od lat mieszka w Niemczech. - To w jakim kraju my żyjemy? Na jakiej płaszczyźnie to jest, że w szkołach uczniowie żydowscy nie mogą być w tych samach klasach co dzieci arabskie? Szkoły żydowskie są chronione przez policję na okrągło, bo są ataki. O czymś to świadczy - wskazuje. I zaznacza, że nie jest to nowe zjawisko, "tylko w niemieckiej polityce udawało się je dotąd przykryć, odwrócić od tego uwagę".

Jak zauważa historyk, antysemityzm w Niemczech się zmieniał. - Ten z lat 20. i 30. XX w., propagowany przez narodowy socjalizm, był zbrodniczy i wyniszczający. To była religia państwowa. Później działalność radykalnych partii prawicowych została w Niemczech zakazana. (...). W latach 70. powstała nowa forma antysemityzmu - radykalny lewicowy, który miał antyizraelską i antyimperialną wymowę w myśl tego, że Izrael był produktem imperializmu, "jeżeli zwalczamy Izrael, zwalczamy imperializm" - wskazał.

Kluczowa rola internetu

Zwrócił uwagę na znaczącą obecnie rolę internetu w rozprzestrzenianiu antysemickich treści. - Ta rola jest kluczowa, bo te środowiska mogą się łączyć, czego wcześniej nie było. Przepływ informacji i organizacja była trudniejsza, a dzięki internetowi dzieje się to bardzo szybko, jak np. przed kilku laty w Kolonii na Sylwestra, gdzie ofiarami byli nie Żydzi, a Niemcy - wskazał.

W noc sylwestrową na przełomie 2015 i 2016 roku przed katedrą w Kolonii zebrał się tłum ludzi. W tłoku wiele kobiet było molestowanych seksualnie, dochodziło też do rabunków i kradzieży. Według prokuratury w Kolonii większość oskarżonych o napaści pochodziła z Algierii i Maroka. Wydarzenia w Kolonii trafiły na pierwsze strony gazet w wielu krajach.

Pytany o to, co władze robią z nowym przejawem antysemityzmu, odpowiada: Na razie nic, bo oficjalnie nie zdiagnozowały problemu. Dopiero teraz jest próba dyskusji na ten temat i być może zaczną coś z tym robić. Rząd niemiecki od lat chowa głowę w piasek i koncentruje się na AfD (partii Alternatywa dla Niemiec), przeciwniku politycznym, i zarzuca jej antysemityzm. Ale zostawia w spokoju muzułmanów (...). Musieliby zacząć od szkół. Nie ma diagnozy, nie ma problemu, nie można zwalczać - zaznacza.

I dodaje, że na początku, gdy w sieci pojawiły się nagrania z antyizraelskich demonstracji, "przez media przetoczyła się informacja, że nie wiadomo, kto za tym stoi, niewykluczone że radykalna prawica, a wszyscy widzieli, że byli tam migranci z krajów Maghrebu, z krajów arabskich, było widać tureckie i palestyńskie flagi i hasła były klasycznie antysemickie".

Na koniec ekspert zwraca uwagę, że bardzo ważną rolę w informowaniu odgrywa nienależący do mediów publicznych dziennik "Die Welt". - W gazecie tej toczyła się debata na temat wybuchu antysemityzmu. To były ostre artykuły wskazujące, że to nie jest tylko problem migrantów z krajów arabskich, ale też problem niemieckiej lewicy - zauważa.

Reklama

Profesor Bogdan Musiał to historyk specjalizujący się w badaniu dziejów Niemiec, Polski i Rosji w XX wieku, szczególnie w okresie II wojny światowej i w latach międzywojennych. Jest autorem wielu książek m.in.: "Kto dopomoże Żydowi...", "Rozstrzelać elementy kontrrewolucyjne", "Na Zachód po trupie Polski", pracował m.in. na uniwersytecie UKSW, w IPN, czy Niemieckim Instytucie Historycznym w Warszawie. Mieszka w Niemczech, gdzie w latach 80. uzyskał azyl polityczny.