Dajcie mu spokój. On śpi - odparł kiedyś Marek Edelman na pytanie pewnego chłopca, czy wierzy w Boga.

Reklama

W getcie żaden z moich kolegów i znajomych, nikt z mojego otoczenia nie szukał Boga, a wszyscy tylko nienawidzili Hitlera - przyznawał w rozmowie z Witoldem Beresiem i Krzysztofem Burnetko w książce "Bóg śpi". - Co to za Bóg? On nie istnieje, bo gdzie by był? Jeżeli Bóg każe zabijać ludzi, to nie ma Boga. Kto to się oglądał na takie rzeczy? Widziałeś, że jak strzelają, to trzeba uciekać, żeby cię nie trafili. Co to ma z Bogiem wspólnego? - oburzał się Edelman.

W reportażu Hanny Kral "Zdążyć przed Panem Bogiem" ostatni przywódca powstania w getcie tak oceniał zryw zbrojny z 1943 roku, uciekając przy tym od wielkich słów: - Czy to w ogóle można nazwać powstaniem? Chodziło przecież o to, żeby się nie dać zarżnąć, kiedy po nas przyszli. (...) Chodziło tylko o wybór sposobu umierania - dodawał. Z kolei w książce "I była miłość w getcie" wspominał, że wobec przejmującego głodu i ciągłego strachu przed śmiercią tylko miłość pozwala przetrwać. Innym razem mówił o tym, co działo się w głowach umierających z głodu mieszkańców getta:

Wy nie wiecie, co to jest głód. Jak ktoś nie wie, co to jest głód... Taki głód, że wielki chłop nie ma co zjeść i jak mu dają jeść, to oczywiście, że ma nadzieję. Rozumuje jak logiczny człowiek: że jak dostanie jedzenie, to znaczy, że jest potrzebny, że idzie do pracy, a nie na śmierć, bo jakby miał iść na śmierć, to by mu nie dawali jedzenia.

Nigdy też nie wstydził się opowiadać, jak jego organizacja, czyli Bund, zdobywała w czasie wojny pieniądze na przygotowania do walki.

Chodziło się do bogatych Żydów, do przemytników czy do żydowskich policjantów, terroryzowało się ich i zabierało forsę. Kasę Judenratu ograbiliśmy na setki tysięcy złotych, obrabowaliśmy też przedsiębiorstwo aprowizacyjne. Posunęliśmy się nawet do porwania. Lichtenbaum, przewodniczący Judenratu po Czerniakowie, odmówił pieniędzy. Uwięziliśmy więc jego syna. Trzymaliśmy go przez 12 godzin. Do Lichtenbauma napisaliśmy, że trzymamy chłopca z nogami zanurzonymi w cebrzyku z lodowatą wodą, tak że na pewno nabawi się choroby. Przyszli z pieniędzmi. Innym razem żydowski policjant, zresztą skurwysyn, nie chciał dać nam pieniędzy. Przyszliśmy do niego około czwartej, gdy termin ultimatum upływał. - Nie chcesz dać? - spytaliśmy i zastrzeliliśmy go. Po tym zdarzeniu wszyscy płacili. W sumie pieniędzy nam nie brakowało. To my byliśmy prawdziwą władzą w getcie. To my decydowaliśmy, jak mają żyć ludzie, którzy pozostali w getcie. Nazywali nas "partią". Gdy partia coś kazała, było to wykonywane - mówił w książce "Strażnik Marek Edelman opowiada". - Tylko w marcu 1943 roku wykonaliśmy trzy wyroki śmierci na kolaborantach - dodawał.

W zasadzie najważniejsze jest samo życie. A jak jest już życie, to najważniejsza jest wolność. A potem oddaje się życia za wolność. I już nie wiadomo, co jest najważniejsze - podkreślał Marek Edelman w książce "Bóg śpi".

Jak się przyglądasz złu i odwracasz głowę albo nie pomagasz, kiedy możesz pomóc, to stajesz się współodpowiedzialny. Bo twoje odwrócenie głowy pomaga tym, którzy dopuszczają się zła. A takich wypadków było dziesiątki. O wiele wygodniej i przyjemniej jest pójść do kawiarni i delektować się ciastkiem, niż patrzeć, jak się ludzi rozstrzeliwuje - przypominał przywódca powstania w getcie.