Dziennikarz przyznaje, że po rozmowie miał mnóstwo telefonów. - Dzwonili znajomi, zdziwieni, że coś takiego miało miejsce. Ale nikt nie mówił, że zgłupiałem, po co to robię. Raczej mówili: Byłeś w trudnej sytuacji, ale trudno zarzucić ci, żebyś był w tej rozmowie nieprofesjonalny. W radiu też są uśmieszki. "No daj tę rękę namaszczoną" – żartowali dziś koledzy – opowiada w rozmowie z naTemat.

Przyznaje jednak, że od początku wiedział, że występ prezesa PiS w "Pytaniu na śniadanie", nie jest dobrym pomysłem i nie był jego entuzjastą.

- Znając cechy prezesa Kaczyńskiego, wydawało mi się, że pomysł jego PR-owców na to, by w ten sposób ocieplać jego wizerunek, nie jest do końca trafiony. I nie będzie to dla niego łatwa sytuacja – mówi.

O tym, że to on i Zamachowska poprowadzą tę rozmowę dowiedział się w sobotę. Dodaje, że skoro kierownictwo programu miało taką wizję, to z jego strony powiedzenie, że tego nie zrobi, oznaczałoby jednoznacznie przerwanie współpracy. - A ponieważ jestem dodatkowo dziennikarzem prowadzącym Magazyn Ekspres Reporterów w telewizji publicznej, podjąłem taką a nie inną decyzję – powiedział.

Pytany o to, czy zagadnienia, które pojawiły się w rozmowie m.in. gusta kulinarne Jarosława Kaczyńskiego, jego kontakty towarzyskie i zamiłowanie do kotów, były ustalane wcześniej, odpowiada, że owszem - schemat był opracowany. - To nie było tak, że mieliśmy narzucone pytania – zaznaczył jednak dziennikarz. Przyznaje, że chciał zapytać prezesa PiS o jego samotność, o to czy była to kwestia jego wyboru, ale na to zabrakło czasu.

- Uważam, że rozmowa została zakończona w złym momencie, ale na to nie mieliśmy wpływu. Akurat wtedy dostaliśmy informację, że już musimy kończyć – stwierdza Olszański.

Przyznaje jednak, że z jego punktu widzenia, rozmowa ta dla samego Kaczyńskiego, nie miała specjalnie sensu. - Może tylko ta druga część rozmowy spełniła swoje zadanie. Mówił o kotach tak, że było widać, że to są jego ulubione zwierzaki – zauważa.