Od 16 lat na początku października ogromna sala wykładowa prestiżowego amerykańskiego Uniwersytetu Harvarda jest sceną gorszącego widowiska. Grono podstarzałych facetów w krótkich spodenkach słucha wykładów o fascynujących zagadnieniach - na przykład o lewitowaniu żab w polu magnetycznym czy podobieństwie zapachu sera limburger do woni ludzkich stóp. Audytorium rzuca na scenę papierowe samoloty, a na dodatek - jeśli wykład nie wzbudza zainteresowania publiczności - mała dziewczynka krzyczy piskliwym, lecz donośnym głosem: skończ juuuż, nuuuuudzi mi się!

Tak wygląda sceneria wręczania Nagród IgNobel, które - niezbyt słusznie - zwane są czasem parodią Nagrody Nobla. Niesłusznie, bo choć tematy wykładów brzmią mało poważnie, a towarzystwo na Sali zachowuje się poniżej wszelkiej krytyki, impreza jest organizowana przez bardzo szacowny zespół naukowy. Dowód? Przez 14 lat rok po roku po scenie chodził ten sam facet, Roy Glauber, przebrany w strój przypominający teletubisia i zbierał papierowe samoloty. W 2005 roku nie mógł jednak tego robić, był bowiem w drodze do Szwecji. Musiał odebrać swoją Nagrodę Nobla z fizyki. Prawdziwą.

Lewitacja żab
Co więcej - dyplomy IgNobli wręczają laureaci prawdziwych Nagród Nobla. To najlepszy dowód na to, że naukowcy, nawet ci najbardziej utytułowani, mają poczucie humoru i to w najlepszym wydaniu: potrafią śmiać się sami z siebie. Wyróżnienia przyznawane są za to, że badania prowadzone przez naukowców "najpierw powodują, że ludzie się śmieją, a później zmuszają ich do myślenia".

Nie ma też jasnej reguły przyznawania IgNobli, wszystko zaczyna się jednak od przejrzenia przez stosowny komitet publikacji naukowych z ostatniego roku. Tak wyszukują kandydatów do nagrody. Czasem są to tak niedorzeczne badania jak wspomniane już lewitowanie żab (fizyka 1997) albo porównanie odorów sera i stóp (biologia 1996). Czasem jednak tytuły prac naukowych brzmi bardzo poważne, jak na przykład: "Fragmentacja sztywnych prętów przez kaskadowe pęknięcia" (fizyka 2005), w której podtytule znajdziemy wytłumaczenie istoty zagadnienia: "Dlaczego spaghetti pęka na kilka kawałków".

Nie zawsze jednak naukowcy pomagają Komitetowi IgNoblowskiemu podtytułem pracy. Bywa, że przedstawiciele komitetu muszą przestudiować pracę, która na pierwszy rzut oka wcale nie wydaje się śmieszna. Na przykład nagrodę pokojową w 1992 roku zdobyli Brytyjczycy Claire Rind i Peter Simmons za pracę "Neurony DCMD prostoskrzydłych: ponowna ocena odpowiedzi na poruszające się obiekty. Selektywna reakcja na poruszające się przedmioty." Tytuł mało obiecujący, ale metodologia rewelacyjna, bowiem naukowcy z Newcastle badali aktywność elektryczną neuronów w mózgu konika polnego pokazując mu fragmenty… "Gwiezdnych Wojen".

Ślizganie owcy i walizka dolarów
Bywa też, że to tytuł pracy naukowej budzi uśmiech politowania, w rodzaju "no, że też nie mają się czym zajmować", jak w przypadku artykułu siedmiu Australijczyków, którego tytuł brzmiał "Badanie sił potrzebnych do ciągnięcia owcy po różnych powierzchniach" (fizyka 2003). Uśmiech politowania niknie, gdy dowiadujemy się, że publikacja powstała na zlecenie przedstawicieli australijskich hodowców owiec. Chcieli się oni dowiedzieć jak zbudować zagrodę, w której owce są strzyżone, by zwierzętom oszczędzić niepotrzebnego cierpienia, a ludziom pomóc w pracy. W ogromnych hodowlach liczących dziesiątki tysięcy zwierząt dobry materiał na podłogę zagrody pozwala oszczędzić dziesiątki tysięcy dolarów - jest o co walczyć, nie ma się więc z czego śmiać.

IgNoble przyznawane są we wszystkich kategoriach Nagród Nobla, ale w przewrotny sposób. Na przykład zeszłoroczną nagrodę z ekonomii zdobył inżynier z prestiżowego MIT Gauri Nanda, który wynalazł budzik uciekający przed rozespanym człowiekiem i wymuszający w ten sposób wstanie z łóżka. Komitet uzasadnił przyznanie tego wyróżnienia stwierdzeniem, że wczesne wstawanie sprawia, iż ludzie wcześniej idą do pracy, a to napędza ekonomię.

Komitet IgNoblowski nie ogranicza się tylko do przyznawania nagród w kategoriach noblowskich, ale także sięga po dziedziny nauki, które Komitet Noblowski omija. Dwa lata temu przyznano nagrodę z akustyki za wynalezienie dzwonka do komórek, który słyszą tylko nastolatki, a matematycy dostali nagrodę za oszacowanie liczby zdjęć, które trzeba zrobić grupie ludzi, by mieć pewność, że nikt z fotografowanych nie będzie miał zamkniętych oczu (odpowiedź: około 30). W zeszłym roku w dziedzinie akustyki przyznano nagrodę za badania prowadzące do wyjaśnienia, dlaczego nikt nie lubi dźwięku paznokci drapiących po szkolnej tablicy.

Ciasteczkowy triumf Brytyjczyków
Niektórzy badacze nie potrafią jednak z dystansem i humorem odnieść się do swej pracy. W 1995 roku Lord May, główny doradca rządu brytyjskiego do spraw naukowych (nota bene znakomity fizyk) zażądał, by Komitet IgNoblowski powstrzymał się od wręczania nagród brytyjskim naukowcom, by poważne badania nie były ośmieszane. Na szczęście brytyjskie środowisko naukowe nie składa się wyłącznie ze sztywniaków. Jego przedstawiciele skrytykowali postawę rządowego doradcy. Także sam Komitet IgNoblowski nie przejął się sugestią Lorda Maya i w 1999 roku dr Len Fisher z brytyjskiego University of Bristol zdobył nagrodę za obliczenie optymalnego sposobu zanurzania ciasteczka w filiżance z herbatą. Trzeba je zanurzać tak, by nasiąkała tylko jego dolna powierzchnia.

Ceremonia wręczania nagród, która zakończyła się dziś nad ranem naszego czasu odbyła się jak zwykle w harvardzkiej auli Sandersa. Laureaci i nominowani usłyszeli od prowadzącego: "jeśli nie wygraliście w tym roku - a zwłaszcza jeśli wygraliście - życzymy więcej szczęścia w przyszłym". I kto powiedział, że profesor Uniwersytetu Harvarda musi być sztywniakiem?