Dziennik Gazeta Prawana logo

Wolałem myć kufle w kuchni, niż nalewać piwo

24 listopada 2007, 00:22
Ten tekst przeczytasz w 16 minut
Polityk nie musi być skrzyżowaniem aktora i dyplomaty: pusto w głowie, ale opalony i dobrze ubrany. Czekają nas cztery lata w opozycji i taki przewodniczący jak Gosiewski nie pozwoli nam popaść w lenistwo - mówi w wywiadzie dla DZIENNIKA Jan Ołdakowski, dyrektor Muzeum Powstania Warszawskiego i poseł PiS.


Niedawno dostałem SMS-a, że w roku 2045 dziennikarka "Gazety Wyborczej" Katarzyna Ołdakowska wyda książkę "Noszę jego nazwisko z podtytułem: "Mój ojciec był w PiS". "W domu był miły. Mojemu bratu kupił gekona, a mnie sadzał na kolanach i głaskał po głowie" - tak będzie się zaczynała. Bardzo śmieszne, wiem, ale zupełnie nie pasuje do rzeczywistości.


Jasne, że czasami trudno mi wytłumaczyć swoje wybory polityczne pewnym znajomym i na spotkaniach towarzyskich czuję się jak syjonista na zjeździe stowarzyszenia Grunwald, ale trudno.


Pyta mnie pan, czy marszałek Putra jest lepszy z wąsami czy bez? Lepszy jest bez, bo jest młodszy i sympatyczniejszy, ale cenię go i tak. Polityk nie musi być skrzyżowaniem aktora i dyplomaty: pusto w głowie, ale opalony i dobrze ubrany. Czekają nas cztery lata w opozycji i taki przewodniczący jak Gosiewski nie pozwoli nam popaść w lenistwo.


Szef klubu nie ma występować na billboardach, tylko organizować pracę dla ponad 160 osób. Ale ma pan rację, musimy zastanowić się, jak przyciągnąć młodych. Tym bardziej, że za cztery lata odejdą cztery roczniki naszych wyborców, a pojawią się cztery roczniki następne.


Ze wszystkich badań wynika, że znaczna część młodzieży jest na swój sposób konserwatywna, religijna i ceniąca tradycję. Jestem przekonany, że PiS może przygotować dla nich atrakcyjną ofertę polityczną.


Raczej sprawiedliwości. Rozumiem, że pana zdaniem ludzie, którzy coś osiągnęli, nie powinni iść do polityki?


W Warszawie wszyscy prócz Tuska i Kaczyńskiego mieli słabe wyniki, ta polaryzacja nas zabiła. Przez dwa lata w Sejmie doprowadziłem do tego, że Ossolineum przejęło swoje wydawnictwo, a kombatanci mają ustawę, tylko że to dziennikarzy nie interesuje. Gdybym brał udział w pyskówkach z PO, byłbym na pierwszych stronach, a że pisałem ustawy, to nikogo nie obchodziło.


Zajmowałem się sprawami kultury, ale to nikogo nie obchodzi, prawda? Lepszy jestem w budowaniu niż w politycznych bójkach i krytykowaniu, ale wezmę to pod uwagę i zaniosę się w przyszłości szlochem nad upadkiem tego i owego.


Tam, gdzie robiono krzywdę konkretnym ludziom, na przykład zwalniając ich z radia, tam ich broniłem, ale nie mogę się zgodzić na bezrefleksyjne powtarzanie, że "PiS rzuciło się na media", bo w ramach tego "rzutu" prezesem TVP został Bronisław Wildstein, człowiek wyrazisty, ale absolutnie niezależny i kompetentny.


To prawda.


Hm… to prawda.


Najpierw zostałem dyrektorem departamentu, a przez ostatnie pół roku byłem szefem jego gabinetu politycznego. Tam poznałem Lenę Cichocką i Pawła Kowala, z którymi się zaprzyjaźniłem i z którymi później pracowałem przy muzeum. Miałem poczucie robienia czegoś strasznie ważnego. Wydawało mi się, że zmieniamy Polskę. Imponowało mi, że tacy ludzie jak Hanuszkiewicz, Zanussi, Jarzyna czekają na mnie w sekretariacie, ja załatwiam ważne sprawy, potem ich przyjmuję, decydujemy o ważnych sprawach… Władza ogromnie zafałszowuje obraz rzeczywistości, także samoocenę. Myślałem wtedy, że jestem genialny.


Ogromnie! Miałem 28 lat i jeździłem służbową granatową lancią: może bez trzylitrowego silnika i zmieniarki płyt kompaktowych, ale to było coś i uważałem, że mi się należy. Chadzałem na przyjęcia, rauty, reprezentowałem Polskę za granicą, poznałem dziennikarzy, wszyscy mnie lubili. Było super!


Rano zadzwonił do mnie Kazimierz Ujazdowski, mówiąc, że premier Buzek odwołał Lecha Kaczyńskiego i musimy podać się do dymisji. Chciałem go przekonywać, że musimy dokończyć jakieś sprawy, jeszcze trochę porządzić, ale wszystko już było skończone. Wieczorem byłem jeszcze na urodzinach pewnego znanego dziennikarza, a następnego dnia okazało się, że nie mam dokąd iść.


Nagle okazało się, że ludzie, którzy zapewniali mnie, jaki jestem fajny, przestali odbierać moje telefony! Nie przyjeżdżała lancia, kończyły się pieniądze, telefon zamilkł. Budowaliśmy dom, żona, która była w ciąży z drugim dzieckiem, powiedziała mi, że chciała mnie wtedy zostawić, bo byłem nieobecny, nic mnie nie obchodziło. Ja tego nie pamiętam, byłem kompletnie zakręcony.


Właśnie o tym mówię. Pamiętam, jak poszedłem żalić się ojcu, że nie mam roboty, zabrali mi lancię, a on na mnie nawrzeszczał, że chyba mam gorączkę, wygaduję głupoty, bo przecież wiedziałem, że ta praca się kiedyś tak skończy, że to nie dziedziczny tron. Oczywiście strasznie się na niego obraziłem, bo miał rację, a ja byłem mazgajem.


Do dziś ludzie, którzy wtedy pozostali moimi przyjaciółmi, mają w moim sercu szczególne miejsce, pewnie dlatego, że nie było ich wielu. Dobry znajomy, którego żonie znalazłem pracę kilka dni wcześniej, podszedł do mnie na imprezie, klepnął w plecy i powiedział: "Janek, nie możesz mieć takiej posępnej miny, bo nigdy nie znajdziesz pracy!", klepnął jeszcze raz i uciekł. Pewnie bał się, że mogę go prosić o pracę.


Razem z Pawłem Kowalem czytaliśmy wtedy "Ziemię obiecaną" i postanowiliśmy założyć coś swojego, jakiś biznes, naszą "fabrykę". Dowiedzieliśmy się, że koło Teatru Nowego jest sala do wynajęcia. Była mała i dość paskudna, zupełnie nie pasowała do naszych wizji, ale uznaliśmy, że prawdziwy lodzermensch może zacząć się od czegoś małego. I tak powstała Galeria Off.


Ja.


(śmiech) Ale chwytliwa. Do dzisiaj pamiętana przez ludzi. Swego czasu prowadziła w rankingach najmodniejszych knajp.


Nie, ale przyszła do nas Zuza Ziomecka i powiedziała, że zna się na tym świetnie, więc ją zrobiliśmy kaowcem. Później się okazało, że trochę nas oszukała, bo nigdy wcześniej nie pracowała w knajpie.


Paweł rzeczywiście słynął z pewnego nieprzystosowania do miejsca. Kiedyś spytano go o jego ulubiony zespół muzyczny. Odpowiedział, że Wanda i Banda oraz Ewa Bem.


Autentycznie (śmiech). Dano to na stronie redakcyjnej w "Aktiviście", uważając, że ten gość jest już tak odjechany, że po prostu najlepszy. Któż inny mógłby wymienić Bandę i Wandę?! Byli wniebowzięci. Tylko wąskie grono wtajemniczonych wiedziało, że Paweł właśnie opowiedział o swoim ostatnim kontakcie z muzyką popularną. Myślę, że po takim wyznaniu współwłaściciela Galerii Off z obrotu antykwarycznego zniknęły wszystkie płyty Wandy i Bandy (śmiech).


Był absolutnym frontmenem, był nowatorski! Całkowicie nieświadomie, ale jednak. Ja miałem ze starych czasów jakieś bojówki, martensy, ale Kowal przychodził do klubu w tweedowej marynarce z łatami na rękawach, co uznawano za szczyt odjazdu, bo wszyscy myśleli, że on jest tak zakręcony, że aż pojechał w tę stronę i sobie kpi. Choć niektórzy chyba rozumieli, bo raz podsłuchałem, jak jeden gość mówi do drugiego: "Ty, a wiesz, że tę knajpę prowadzi dwóch p..ch krawaciarzy?".


Bardzo pilnowaliśmy, by nie palono trawy, więc występujący u nas muzycy uważali, że musimy w tajemnicy przed nimi coś brać, bo nikt przy zdrowych zmysłach nie wyglądałby tak jak my. Kiedyś od jednego z nich dostałem brudnawą fiolkę z dwustoma ususzonymi grzybkami halucynogennymi w miodzie. Dla niego to był rarytas, więc się chciał podzielić, a ja byłem przerażony i odmówiłem.


Mieliśmy wystawy plastyczne i czasem na ścianach wisiały gołe baby. Bałem się, że przyjdą znajomi, a tu takie rzeczy. Nie zapomnę, jak poprosiliśmy Grupę Twożywo, by nie dawała jakiegoś antyklerykalnego plakatu. Znieśli to ze spokojem, czym nam zaimponowali, zaprzyjaźniliśmy się.


Opowiedziałem im wtedy historię, jak na otwarciu muzeum spotkałem znajomego z Galerii Off. Bardzo widowiskowy punk w koszulce zwalczającej kapitalizm przyjechał rowerem, przechadzał się między VIP-ami i powstańcami. Pytam: "Marcin, co ty tu robisz?!". "No Janek, ja wiem, impreza strasznie prawicowa, ale ja uwielbiam tych powstańców. Oni tak jak my walczyli z tym systemem".


Serio tak mi powiedział! Ale to nie koniec, bo opowiedziałem to chłopakom z Twożywa, myślałem, że to będzie śmieszne, a oni popatrzyli na mnie i powiedzieli: "Wiesz, my uważamy tak samo"… Ale i tak ich lubię.


Pamiętam sylwestra 2001, kiedy do późna malowałem stoły, bo ruszaliśmy 2 stycznia. Wylądowałem z żoną na imprezie dosłownie 10 minut przed północą. Potem też stałem za barem, nalewałem piwo, ale tego nie lubiłem, bo się wstydziłem. Wolałem zmywać kufle na zapleczu.


Słaby. Zarabialiśmy jakiś tysiąc, dwa tysiące na rękę miesięcznie. Można jednak powiedzieć, że się tego spodziewaliśmy, bo Paweł rozmawiał z człowiekiem, który pod koniec lat 80. prowadził Hybrydy i on prorokował, że "pieniędzy pan na tym nie zrobi, ale bardzo wiele się pan nauczy". I rzeczywiście. Myślę, że gdyby nie Galeria Off, nie powstałoby Muzeum Powstania Warszawskiego, bo tam nauczyliśmy się, jak oddziaływać na ludzi komunikatem emocjonalnym, tam poznaliśmy, co publiczność chwyta, co ją bierze.


Zupełnie nie. Byłem autentyczny w klubie i jestem sobą teraz. Tu nie ma udawania.


Nie, pewnie zapomnieli. Upieraliśmy się, by działać legalnie, co doprowadzało urzędników do wściekłości, bo nie chcieliśmy dawać łapówek. Składam kiedyś dokumenty w urzędzie dzielnicy Mokotów, a pani nawet ich nie przejrzała i mówi mi bezczelnie: "Są niekompletne".


Nie miałem twardego dowodu. Bo cóż, może się pomyliła, żądając niepotrzebnych kwitków? Na szczęście przy reformie urzędu i tak straciła pracę.


Kazik Ujazdowski namówił nas w 2002 roku do startu w wyborach z list PiS-u. Nie należeliśmy do partii, ale całą trójką wystartowaliśmy. Ja razem z Leną Cichocką znaleźliśmy się na Mokotowie.


Przewodniczącym rady, ale to naprawdę nie była żadna funkcja. Dali mi wtedy miejsce parkingowe. Spytałem, które to, i powiedziano mi: "Obok tego daewoo chairmana". To była taka limuzyna za jakieś sto tysięcy. Zdziwiłem się, że ktoś ma taki samochód i pytam, czyj on jest. "A, jednego urzędnika". "I urzędnik jeździ takim autem?" - nie mogłem się nadziwić. Usłyszałem, że ma daewoo, bo mu dwa razy skradziono mercedesa 600, więc się przesiadł na coś tańszego.


Prawda? Rekordzista. Żył pewnie za 3,20 złotego dziennie, bo resztę przeznaczał na spłatę kredytu i ubezpieczenia na samochód.


Żadnej. Nie powiem nic więcej, bo resztę życia spędziłbym w sądzie.


Przyszedłem do Lecha Kaczyńskiego, prosząc o patronat nad konkursem o powstaniu dla szkół, który wymyśliliśmy jako radni. Zamiast kwadransa rozmawialiśmy ponad godzinę i Lech Kaczyński, którego spotkałem po raz pierwszy w życiu, spytał, czy nie zajęlibyśmy się budową muzeum.


To dla mnie zagadka. Czemu człowiek, o którego nieufności cały czas słyszałem legendy, proponuje realizację swojego najważniejszego zadania młodym ludziom, którzy prowadzili jakąś odjazdową knajpę?!


Nie, najpierw napisaliśmy projekt, bo inaczej po każdej wizycie tworzylibyśmy zupełnie nową koncepcję. Tymczasem zarys pomysłu był, a po wizytach tylko go uzupełnialiśmy. Ważne były nie tylko wizje artystyczne. Dyrektorka Domu Terroru w Budapeszcie opowiadała nam, jak się buduje muzeum w rok, bo ona też miała tyle czasu. Tylko że ona nie miała ustawy o zamówieniach publicznych, ale to inna sprawa.


Muzeum Holokaustu w Waszyngtonie, oba Yad Vashem, zwłaszcza nowe, które jest tak nowoczesne, że aż tradycyjne. Byłem też w najdroższym muzeum świata - Muzeum Indian w Waszyngtonie, które kosztowało 150 milionów dolarów, czyli jakieś osiem razy więcej niż nasze. I w efekcie jest strasznie nudne i ideologiczne.


Pewnie nie ma doświadczenia Galerii Off, zrobienia czegoś autentycznego dla ludzi: bez udawania, ale i bez natrętnej dydaktyki.


Zaczęliśmy od zakazu używania zbitek typu: "zryw narodowo-wyzwoleńczy" czy "lud Warszawy, który powstał", bo one były żywcem przeniesione z poprzedniej epoki. Nie eksponowaliśmy cierpienia i ruin, tylko twarze młodych ludzi, ich bohaterstwo. Wie pan, my w końcu pracowaliśmy dwa lata z młodzieżą…


Ale jednocześnie robiąc pokazy slajdów i wystawy sztuki.


Oczywiście. Prezydent sam miał dość konserwatywną wizję muzeum, ale dał się przekonać.


Bo tradycyjny muzealnik stoi tyłem do widza, a przodem do gabloty, to eksponat jest dla niego najważniejszy, a jeśli widz czegoś nie rozumie, to jest kretynem i tym gorzej dla niego. Nic dziwnego, że taki muzealnik na widok naszego muzeum krzywi się i mówi, że to park tematyczny. Bo co to za chamskie podlizywanie się widzowi? Opis powinien być nudny i encyklopedyczny: kaliber, liczba pocisków na minutę, stop, z jakiego jest wykonany pistolet, nazwisko konstruktora - o, to się liczy!


Pierwsza książka, którą wydaliśmy, była o tym!


Pokazujemy młodych, fantastycznych ludzi, a zaraz potem groby i zniszczone miasto. Przecież widz musi sobie zadać pytanie, czy powstanie miało sens. Poza tym nie da się opowiedzieć o wszystkim.


Odpowiem przewrotnie: tego nie było w kontrakcie. Mieliśmy zrobić muzeum powstania, a nie sporów o historię najnowszą Polski.


Przyznaję, że należy się nad tym zastanowić. To muzeum jest żywe, zmienia się, niewykluczone, że i te elementy się w nim pojawią. Jeśli teraz ludzie mówią, że im czegoś brakuje albo że jakieś miejsce jest słabe, to my je zmieniamy. Myśleliśmy, że militarną klęskę powstania pokazaliśmy najdosłowniej, jak tylko się da, ale może to trzeba wzmocnić.


Na początku działalności muzeum zadzwoniła do mnie koleżanka i powiedziała, że jej syn z drugiej klasy podstawówki jako jedyny twierdził, że powstanie przegrało, więc koledzy urządzili mu kocówę za sianie defetyzmu, bo oni byli pewni, że zwyciężyliśmy.


Wytłumaczenie dzieciakom, że czciliśmy potęgę ducha powstańców, a nie ich militarny sukces, jest bardzo trudne. My pod wpływem takich głosów cały czas zmieniamy ekspozycję.


Więc obiecuję, że zbadamy to i być może wprowadzimy zmiany. Bo w wydawanych przez nas książkach ten spór się toczy, ale może trzeba dać mu czytelniejszy wyraz w ekspozycji.


Powtarzam, że my tego obrazka nie lukrujemy, nie cenzurujemy dyskusji o powstaniu. Jeśli coś zrobiliśmy niedoskonale, spróbujemy to poprawić. Obiecuję to panu.


Niczego nie przehandlowałem, niczego nie zostawiłem. Muzeum dalej funkcjonuje, rozwija się i moje posłowanie w tym zupełnie nie przeszkadza, a wręcz przeciwnie. W tym roku po raz pierwszy 1 sierpnia o 17.00 syreny zawyły w całym kraju, nie tylko w Warszawie.

To pan redaktor przysłał mi SMS-a znad morza, że w Koszalinie też wyje syrena, prawda? Nad Warszawą latał samolot i zrzucał ulotki, zorganizowaliśmy obchody rocznicy, ale też mnóstwo fajnych imprez kulturalnych. Nie zdradziłem muzeum dla polityki.


Korci mnie bardzo, ale prawdę mówiąc nie dostałem żadnej poważnej propozycji, a gdybym taką dostał, to pewnie bym zbudował. W przyszłym roku chciałbym urządzić Paradę Warszawską - nie męczeński pochód ku czci poległych, tylko radosny marsz żywej stolicy, wszystkich: policyjnej orkiestry, młodych akrobatów, zespołów ludowych, dzieci niepełnosprawnych, tancerzy. Po prostu chciałbym pokazać kolorowy, wielobarwny tłum dumnych z siebie i swego miasta warszawiaków.


(śmiech) To zróbmy to razem. Dla Warszawy, dla warszawiaków, nie dla polityki, nie dla PiS-u.

Jan Ołdakowski, od 2004 roku dyrektor Muzeum Powstania Warszawskiego, wcześniej pełnomocnik prezydenta Warszawy ds. Muzeum, współautor koncepcji i programu działalności Muzeum; poseł PiS

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj