Nie dziwi też fakt, że Prawo i Sprawiedliwość nie zamierza wyciągać z tego daleko idących wniosków. "Nie nasi wyborcy, nie ich sprawa" - mają prawo powiedzieć liderzy tej partii. Jednak wynik sondażu powinien dać do myślenia zarówno członkom PiS, jak i politycznym komentatorom.

Reklama

Po przegranych wyborach wiele partii decyduje się na zmianę przywództwa. Tak dzieje się w dojrzałych demokracjach, gdzie ugrupowania są lepiej lub gorzej zakorzenionymi instytucjami reprezentującymi względnie trwałe poglądy i interesy. Aby nie narażać tych poglądów i interesów na jeszcze większy uszczerbek, partyjne elity szukają nowych sposobów zaprezentowania się społeczeństwu. Zmieniają wizerunek, liderów, poszukują nowych tematów. Próbują odzyskać wiarygodność.

Różnica między demokracją polską a demokracjami stabilnymi polega na tym, że w Polsce partie są na swój sposób własnością ich kierownictw. A zatem zmiana lidera jest możliwa tylko za jego zgodą. Jeszcze w latach 90. obok takich ugrupowań, jak Konfederacja Polski Niepodległej, w których próba zmiany przywództwa owocowała rozłamem, były jednak takie partie, jak ZChN czy Stronnictwo Konserwatywno-Ludowe, które jakoś radziły sobie ze zmianą prezesów. Rok 2001 zmienił tę sytuację całkowicie. Platforma Obywatelska, PiS, Samoobrona i LPR - były po prostu partiami Tuska, braci Kaczyńskich, Leppera czy Giertycha. Ba, nawet Leszek Miller nabrał apetytu, by "sprywatyzować" SLD, i nawet za cenę klęski tej formacji gotów był trzymać się partyjnego przywództwa.

Wydaje się, że przywódcy partyjni centroprawicy mają znacznie silniejsze racje, by iść tą drogą. Jarosław Kaczyński w stopniu większym niż Miller czy Kwaśniewski "stworzył" własną formację. Misja jego brata w fotelu ministra sprawiedliwości, dorobek polityczny z lat 90., pryncypialność w ocenie postkomunistycznych patologii Trzeciej Rzeczypospolitej czy wreszcie jasne stanowisko w sprawie walki z przestępczością - były atutami, dzięki którym zbudowano nową partię.

Kaczyński wziął na siebie ciężar politycznych decyzji w latach rządzenia i całkowitą odpowiedzialność za ich rezultat. Porażkę wyborczą ocenił jednak jako wynik rywalizacji z nieporównanie mocniejszym przeciwnikiem jako przegraną bitwę, po której należy się podnieść do kolejnych zwycięstw. O tym, że takie myślenie jest zasadne, przekonuje go zapewne polityczny powrót, jaki dokonał się po latach dekoniunktury w roku 2001. Skoro raz udało się wrócić do wielkiej gry, zapewne uda się także po kolejnych porażkach.

Co więcej, Kaczyński zapewne nie widzi nikogo, kto lepiej niż on nadaje się do tego, by poprowadzić PiS do kolejnych zwycięstw. Sukces 2005 roku przypisuje decyzji o tym, by ograniczyć wpływ komitetu politycznego na strategię partii w wyborach i w nowym Sejmie. Po odejściu Jurka i Ujazdowskiego, i marginalizacji Dorna czuje zapewnie także spory dystans, jaki oddziela go od partyjnej elity, gdy chodzi o polityczne doświadczenie i zdolności konstruowania dużych projektów strategicznych.

Realna zmiana przywództwa jest dziś dla PiS operacją zbyt trudną, prawie niemożliwą. Korekta wizerunku po tym, jak zareagowano na porażkę i jak odrzucono propozycję trzech wiceprezesów, okazała się także operacją przekraczającą możliwości tej partii. Długa "banicja" Dorna odstrasza też wszystkich, którzy na serio chcieliby rozpocząć w PiS debatę zmierzającą do zmiany sposobu postępowania partii. Porażka wyborcza usztywniła zatem samo ugrupowanie, a taktyka jego lidera ograniczyła jego własne pole manewru.

Istnieje bowiem tylko jedna, jedyna przesłanka uprawianej dziś polityki: po jakimś czasie rządów Platformy Polacy uznają, że pomylili się zasadniczo w 2007 roku, że byli wobec Jarosława Kaczyńskiego i jego formacji niesprawiedliwi. By ten błąd naprawić, zagłosują gremialnie na PiS i dadzą tej partii szansę samodzielnego rządzenia. Obecna strategia PiS zdaje się nie brać pod uwagę żadnego innego scenariusza.

Próby odzyskiwania wpływów w środowisku inteligenckim czy podkreślanie "młodzieżowości" PiS są niestety dość groteskowym akompaniamentem tej naiwnej strategii. Rdzeń poważnej decyzji, jaka wcześniej czy później stanie przed Jarosławem Kaczyńskim, nie dotyczy bowiem kwestii marketingowej, lecz samej natury jego ugrupowania. Kaczyński może powiedzieć, że interesuje go tylko takie PiS, w którym on sam jest prezesem. "Po mnie choćby potop".

Może też stwierdzić, że należy przygotować partię do samodzielnego bytu. Do takiej sytuacji, w której racjonalna będzie nie tylko zmiana prezesa, ale wręcz przejęcie władzy przez nową generację. Operacja taka jest bardzo trudna. Wymaga bowiem przełamania naturalnej skłonności postawienia na "grzecznych kontynuatorów", którzy zwykle - jak pokazał to choćby przykład SLD - okazują się mało samodzielni i twórczy. Lepszym wyjściem dla partii jest sukcesja wywalczona w warunkach ostrej konkurencji. By takie rozwiązanie stało się możliwe, PiS musiałoby jednak przestać być partią prywatną i scentralizowaną.