MARCELI SOMMER: Z pani projektu reformy nie wynika to jednoznacznie, ale czy jest pani zwolenniczką komercjalizacji studiów wyższych?
BARBARA KUDRYCKA*: Nie jestem zwolennikiem komercjalizacji studiów. Niektórzy usiłują sprowadzić nasz projekt do prostej zmiany systemu finansowania uczelni i studentów. Tymczasem próbujemy wprowadzić zmiany dużo ważniejsze. Polskie uczelnie powinny jak najszybciej stać się konkurencyjne względem uczelni zagranicznych. Chcemy doprowadzić do tego przez konkurencyjne mechanizmy funkcjonowania uniwersytetów. Tak by o osiągnięcia naukowe, dydaktyczne i wyniki studiów rywalizowali w zdrowy sposób ze sobą pracownicy naukowi, dydaktyczni, a nawet sami studenci. Od momentu wejścia do Unii Europejskiej zaostrza się konkurencja na rynku szkolnictwa wyższego. Duża część najzdolniejszych młodych ludzi wybiera uczelnie poza Polską. Poza tym wchodzimy w okres niżu demograficznego, który trwać będzie 13 lat. Nasze reformy, które nazwaliśmy wspólnie „Partnerstwem dla wiedzy” mają na celu przeciwdziałanie sytuacji, w której coraz więcej najlepszych maturzystów wyjeżdżać będzie na studia za granicę, a na rynku pozostaną tylko uczelnie najlepsze i być może najsłabsze, czyli te najmniej wymagające. Chcemy to osiągnąć poprzez poprawę jakości kształcenia i pracy naukowej na uniwersytetach, aby studenci z innych krajów przyjeżdżali do Polski, a nie odwrotnie. W wielu krajach UE wprowadzone zostały reformy dużo głębsze, więc zagrożenia są również większe.

Reklama

>>> Maciej Gdula: Uniwersytet musi być wspólnotą

Co jest istotą projektu reformy?
Takie zmiany, które pozwolą zdywersyfikować źródła finansowania polskich wyższych uczelni i przyznać priorytet najlepszym: studentom, uczonym, zespołom badawczym, wydziałom czy całym uniwersytetom. Chcemy odejść od socjalistycznego modelu „wszystkim po równo”, bo ten model się w Polsce nie sprawdził. To on właśnie odpowiedzialny jest za zmniejszenie aktywności twórczych środowiska akademickiego, które ma wielki potencjał, w 70 proc. odpowiada za obecny stan nauki w Polsce. A więc zachowania ciągłości pracy dydaktycznej finansowana będzie na dotychczasowych zasadach, a wszelki rozwój – w konkursach.

Mało kto na serio kwestionuje potrzebę reformy szkolnictwa wyższego. Pytanie, czy państwa projekt daje właściwą odpowiedź na najbardziej palące problemy. Czy rozwiązaniem jest po prostu więcej rynku i więcej. Przecież modele nierynkowe też mogą być konkurencyjne.
Model, który obecnie mamy, ma charakter pośredni, a więc nie w pełni rynkowy. Wdrażamy konkurencję wszędzie tam, gdzie jest to możliwe w tym systemie. W sytuacji istnienia dwóch sektorów szkolnictwa wyższego (publicznego i niepublicznego) w drodze konkursów na równych prawach mogą już uzyskiwać fundusze na badania własne, kierunki zamawiane, poprawę potencjału dydaktycznego etc. W założeniach do reformy staramy się wszczepić większą konkurencję także w innych sferach np. większą konkurencję w zakresie osiągnięć naukowych studentów. Dlatego proponujemy, aby na możliwość studiowania drugiego kierunku na koszt państwa zapracowali swoimi ocenami i osiągnięciami naukowymi. Chcemy też zwiększyć wartość nagród ministra i stypendiów naukowych kierowanych do studentów. Proponujemy "Diamentowy Grant" dla stu najlepszych studentów, którzy ukończyli licencjat, umożliwiający im prowadzenie badań na poziomie doktorskim.

Profesor Szacki obawia się, że ten projekt wzmocni panującą na polskich uczelniach tendencję do wąskiej specjalizacji, a studiowanie na dwóch kierunkach określa jako jedno z nielicznych wyjść dla osób chcących uzyskać w miarę wszechstronne wykształcenie.

>>> Jerzy Szacki: Czas zatrzymać degenerację uniwersytetów

Prof. Szacki ma rację. Uniwersytety powinny przekazywać studentom przede wszystkim uniwersalną, ogólną wiedzę. Ale chodzi też o to, aby wiedza ta oparta była na najnowszych badaniach. Wąska specjalizacja studiów z pewnością nie jest najlepszym rozwiązaniem. Dlatego proponujemy, aby jednostki z uprawnieniami habilitacyjnymi miały prawo samodzielnie kształtować kierunki i programy studiów. Dzięki temu powinno powstać więcej oryginalnych kierunków o charakterze interdyscyplinarnym i międzywydziałowym. Poza uniwersytetami mamy jednak także politechniki, uczelnie medyczne czy też artystyczne, nie mówiąc o zawodowych. Tam w większym stopniu niż na uniwersytetach należy też dbać o to, by studenci nabyli określone, potrzebne w zawodzie umiejętności.

>>> Wojciech Klata: To rynek uzdrowi uniwersystety

Zasada stawiania na najlepszego stoi przynajmniej do pewnego stopnia w sprzeczności ze strategią niwelowania nierówności.
Uniwersytet powinien niwelować nierówności poprzez różnego rodzaju systemy stypendialne. Chcielibyśmy, żeby rozwinął się rynek stypendiów zewnętrznych dla studentów fundowanych – jak ma to już miejsce – przez samorządy lokalne, ale także przez pracodawców i przedsiębiorców, biznes, organizacje pozarządowe.

Co właściwie oznacza pojawiająca się parokroć w projekcie formuła o „ściślejszym powiązaniu studiów z rynkiem pracy”? Jak by to miało wyglądać?
Oderwanie uczelni od rynku pracy jest szczególnie krytykowane w naszym kraju przez pracodawców i przedsiębiorców. Tę sytuację trzeba szybko zmienić. We wspomnianych przeze mnie założeniach reformy planujemy m.in. wprowadzenie możliwości kształcenia wspólnego z pracodawcą, kształcenia na zamówienie pracodawcy, a także włączenie praktyków z organizacji gospodarczych do procesu dydaktycznego na kierunkach o profilu zawodowym. To szczególnie politechniki, a także szkoły zawodowe, powinny kształcić pewne umiejętności potrzebne pracodawcom. Jeśli weźmiemy pod uwagę, że na przykład biznesmen, który ma firmę budującą mosty, musi korzystać z najnowszych technologii budowlanych, aby nie wypaść z rynku polskiego i europejskiego, to z pewnością jest zainteresowany zatrudnieniem u siebie studentów, którzy znają najnowsze technologie budowy mostu.

Ale czy to, że rynek ma jakieś doraźne zapotrzebowanie, jest wystarczającym powodem, żeby uniwersytet zmieniał swój program? Wydaje się, że równie dobrze pracodawcy mogą na własną rękę prowadzić tego typu szczegółowe szkolenia.
Nie jest aż tak dobrze, aby szkolenia mogły rozwiązać sprawę. Pracodawcy skarżą się, że studenci uczą się rozwiązań niestosowanych już od lat w praktyce, w wielu dziedzinach zmieniają się nie tylko urządzenia, których obsługi można nauczyć się na kursach, ale cały system myślenia o możliwościach ich wykorzystywania. Nie możemy pozwolić, aby młodzi absolwenci uczelni stwierdzali, że studia, które ukończyli, nie przygotowały ich do późniejszej pracy. Wydaje mi się, że najlepszym przykładem są tu uczelnie medyczne. Trudno sobie wyobrazić absolwenta medycyny, który posiadałby tylko i wyłącznie teoretyczną wiedzę bez praktyki w szpitalu, która nauczyłaby go stawiać nie tylko medyczne diagnozy, ale również korzystać z coraz bardziej zaawansowanej aparatury medycznej.

Medycyna jest jednak specyficznym przypadkiem...
Ale te metody powinny zostać wprowadzone na innych kierunkach studiów – nie tylko na uczelniach technicznych, ale też chociażby na prawie, socjologii, administracji, gdzie studenci uczeni są wiedzy bardzo teoretycznej, a tymczasem potrzebne są również praktyczne umiejętności. Zdarza się bowiem, że absolwent studiów prawniczych lub administracyjnych nie potrafi nawet napisać pisma procesowego lub decyzji administracyjnej. Dlatego doceniając szczególną wartość uniwersytetu w kształceniu humanistycznym i społecznym, uważam, że poza ogólną, uniwersalną wiedzą i kreatywnym myśleniem może lepiej kształcić określone umiejętności, np. metody prowadzenia badań socjologicznych przez socjologów czy też pisania artykułów na dziennikarstwie.

Na stronie ministerstwa pojawił się parę dni temu komunikat dotyczący koncepcji przywrócenia egzaminów wstępnych na studia. Stanowi on zapewnienie, że planowane zmiany nie wpłyną na status matury jako podstawy rekrutacji na studia.
Ponieważ zmiany dotyczą jedynie uczelni, których profile wymagają innych umiejętności niż te, które zawarte są w ocenach na świadectwie maturalnym. Przykładowo ocena z WF-u nie może być podstawą do przyjęcia na uczelnię sportową. Podobnie jest z uczelniami artystycznymi. Wprowadzając oceny z matury jako podstawy do przyjęcia na uczelnię wyższą, ówcześni decydenci zapomnieli o specyfice niektórych uczelni i dziś mamy do czynienia z tym, że AWF musi za każdym razem występować do ministerstwa o zgodę na przeprowadzenie dodatkowych testów dla kandydatów na studia.
Planowane zmiany miały na celu deregulację uciążliwych dla uczelni i wydziałów procedur administracyjnych – zatwierdzania przez ministra wniosków uczelni o przeprowadzenie wewnętrznego egzaminu na studia. W ramach deregulacji nie będą one musiały występować o zgodę na przeprowadzenie takich egzaminów.

Przyzna pani jednak, że deregulacja w tej akurat sferze nie jest bez związku z niedoskonałościami – delikatnie rzecz nazywając – systemu rekrutacji opartego na maturach. Że skądś się wzięła potrzeba przyznania uczelniom autonomii akurat w tej sprawie.
To prawda. Nie ma jednak niebezpieczeństwa, że wszyscy maturzyści będą musieli zdawać dodatkowe egzaminy na studia. Z tym wiąże się jeszcze jedna zmiana. Chcemy, żeby na dyplomach ukończenia studiów było godło uczelni, żeby każda uczelnia sama odpowiadała za własną markę i prestiż. A więc może się zdarzyć, że na najbardziej prestiżowym kierunku studiów to senat uczelni rozstrzygnie, że na studia na tym wydziale należy zaprosić najwybitniejszych maturzystów i przeprowadzić dodatkowy test kompetencyjny. Inaczej nie będzie szans na wykreowanie wybitnych zespołów badawczych, które składać się przecież muszą z najbardziej cenionych naukowo profesorów, ale także najbardziej utalentowanych doktorantów i studentów.

Tu znowu pojawia się jednak napięcie pomiędzy otwartością uniwersytetu, równością dostępu, równością szans a stawianiem na wybitność...
Ależ wręcz przeciwnie. Równość szans polega na tym, że wszystkim daje się równe szanse konkurowania o pewne przywileje czy też uprawnienia. Szansa dana jest wszystkim, ale korzystać z przywilejów mogą już tylko ci, którzy spełnią określone warunki. Dzisiaj korzystać ze studiów bezpłatnych mogą ci, którzy mieli lepsze od innych oceny na maturze. Jeśli ktoś, korzystając z równych szans, nie spełni warunku i nie zda testu kompetencyjnego, wtedy będzie mógł studiować na innej uczelni przyjmującej na studia bez egzaminu. Warto również pamiętać, że przy niżu demograficznym bardzo rzadko uczelnie będą rzeczywiście wprowadzać dodatkowe egzaminy. Już w tej chwili uczelnie zabiegają o każdego studenta – także na studiach dziennych. A potem profesorowie narzekają, że coraz słabsi studenci tam studiują.

Reklama

Upierałbym się jednak, że mamy tu pewne napięcie. Kryterium kompetencji nie jest tożsame z równością szans. Główną zaletą nowej matury miało być zniwelowanie różnic wynikających z pochodzenia społecznego, szkoły czy miejsca zamieszkania.
Temu służy między innymi system punktów ECTS, które będą szły za studentem, a za tymi punktami, a więc za studentem – finansowanie. Dzięki temu systemowi maturzysta, który nie ma wysokich ocen na maturze, nie zda testu kompetencyjnego i zacznie studiować na słabszej uczelni, gdzie objawi się jego talent, będzie mógł zmienić szkołę na lepszą. Mam świadomość tego, że zdolności nie muszą być od razu widoczne na maturze ani na egzaminie wewnętrznym, który też może być niemiarodajny. Dlatego przyznajemy studentom więcej punktów ECTS, niż wynika z liczby semestrów, aby student mógł bezkosztowo zmienić uczelnię lub gdy stwierdzi, że wybrał kierunek niezgodny z jego talentami czy oczekiwaniami, będzie mógł zmienić również bezkosztowo kierunek studiów.

Czy nie jest tak, że dla wielu uczelni przyzwolenie na egzaminy wewnętrzne będzie potraktowane jako możliwość zneutralizowania niemiarodajnej, niespełniającej swoich zadań matury?
Bardzo trudno jest mi komentować matury i ich wartość dla uczelni. Znam opinie profesorów, którzy twierdzą, że jakość studentów się obniża. Ale myślę, że to ma związek raczej ze zmianą skali i liczby studentów. Jeśli teraz mamy ponad 50 proc. maturzystów, którzy idą na studia, a kiedyś było to 7 proc., to na pewno trafiają się lepsi i gorsi. Wyraźnie widać, że uczelnie konkurują ze sobą o studentów i my chcemy doprowadzić do tego, żeby konkurowały nie tylko o każdego studenta, ale głównie o dobrego, bo dzięki temu naprawdę wykształcą się elitarne uczelnie i prawdziwe elity. Wysoki poziom scholaryzacji służy bowiem w sposób nieoceniony wzrostowi jakości kapitału ludzkiego w Polsce, ale w żadnym państwie elita nie stanowi 50 proc. społeczeństwa.

_______________________________________

* BARBARA KUDRYCKA jest ministrem nauki i szkolnictwa wyższego