Polska jest w tej dobrej sytuacji, że prawda historyczna w naturalny sposób jest największym polskim sprzymierzeńcem. Jest faktem nieulegającym wątpliwości, że Polska
nie ustąpiła Niemcom, że zawsze bardzo pryncypialnie stała na gruncie zasad niepodległości i integralności terytorialnej państwa. A także z całych sił dążyła do utrzymania pokoju. Warto
przypomnieć choćby inicjatywę marszałka Józefa Piłsudskiego, który kilka lat przed wojną próbował powstrzymać rozwój potęgi niemieckiej. I dlatego najlepszym i najprostszym wyjściem
jest stwierdzenie, że II wojna światowa wybuchła dlatego, iż doszło do sojuszu III Rzeszy Niemieckiej i Związku Sowieckiego. Celem Hitlera było bowiem uczynienie wojny z Polską wojną
lokalną. Polska zaś, wiedząc, że wojna nadchodzi nieuchronnie, starała się, by było to starcie demokracji z totalitarnymi Niemcami. Dlatego właśnie celem naszej dyplomacji było zbudowanie
sojuszu z Anglią i Francją.
Tak, ten traktat dawał Hitlerowi nadzieje na wojnę ograniczoną. One runęły, dopiero gdy Francja i Anglia wypowiedziały 3 września Niemcom wojnę.
To, co w tej chwili propaguje w swoich publikacjach prasa rosyjska, która nie jest przecież w świetle standardów zachodnich w pełni wolna, to teza czysto propagandowa, całkowicie oderwana od
prawdy. To przekaz wprost wywiedziony z przekazów rządu sowieckiego tuż po 22 czerwca 1941 roku, po napaści Hitlera na ZSRR. Wtedy Stalin zbudował interpretację, wedle której jego pakt z
Hitlerem był wybiegiem, grą na czas. Fakty temu jednak przeczą.
Już w marcu 1939 roku Stalin w przemówieniu zasygnalizował Niemcom chęć zbliżenia, a po pakcie z sierpnia 1939 roku swoimi dostawami żywił Hitlera i jego wojnę od 1939 do połowy 1941 roku.
Wreszcie – sam był beneficjentem tego układu, bo zajął olbrzymie terytoria. Był – jak głosi tytuł klasycznej książki Aleksandra Bregmana – „Najlepszym
sojusznikiem Hitlera”. Książka się nie zestarzała, jej teza jest prawdziwa.
Tak, ale głosy podające ją w wątpliwość można usłyszeć także dzisiaj. Choćby ostatnio publicysta „Krytyki Politycznej” Maciej Gdula ogłosił w Radiu TOK FM szokującą
tezę, że napaść Niemiec i ZSRR na Polskę nie różniła się specjalnie od zajęcia przez Polskę w 1938 roku Zaolzia, też wspólnie z Hitlerem. I Gdula dopowiada – co najwyżej
skalą operacji. Nie. To jednak były dwie zupełnie inne sprawy. Nie był to wynik żadnego tajnego protokołu, podziału łupów, ale operacja będąca wynikiem zajęcia Czechosłowacji przez
Niemcy. Warto przypomnieć, że Polska wtedy, kiedy państwo czechosłowackie zostało zlikwidowane, Czechom pomagała. We wrześniu 1939 roku u boku Polaków walczył legion czechosłowacki, czescy
piloci dzięki polskiej pomocy walczyli najpierw w Polsce, a potem w Wielkiej Brytanii. Czesi razem z Polakami walczyli pod Tobrukiem. A więc nie jest to takie proste, jak panu Gduli się wydaje.
Nie mówiąc o tym, że sprawa Zaolzia ciągnęła się od czasów walk o niepodległość po I wojnie światowej.
To są jednak dwie odrębne sprawy. Jeśli chodzi o Niemcy, to mamy jednak do czynienia z demokratycznym krajem i wolną dyskusją. Rzeczywiście można zaobserwować pewną ewolucję postrzegania
roli narodu niemieckiego, związaną choćby ze zmianami generacyjnymi. Wreszcie z odrzuceniem społecznym tezy, iż Niemcy byli wyłącznie narodem sprawców. To może Europę niepokoić, ale
wszystko odbywa się jednak w warunkach swobodnej dyskusji, w której mogą być prezentowane przeciwstawne opinie. Powinniśmy także my w tej debacie uczestniczyć, polscy historycy, publicyści i
politycy powinni zabierać głos i przypominać prawdę. W przypadku Rosji sytuacja jest kompletnie inna. Po pierwsze debata publiczna nie jest tam całkiem wolna i demokratyczna. A po drugie w Rosji
od kilku lat odbywa się proces odbudowy nowej ideologii imperialnej. A historia w tym procesie odbywa niezwykle ważną rolę. Jest niewolnicą propagandy, ma spajać ten imperialny twór
powstający na naszych oczach. I to może być naprawdę groźne.
Tak, choćby przepisy zakazujące prezentowania punktu widzenia na udział ZSRR w wojnie innego niż oficjalny, rządowy. Na przykład nie pozwalają na kwestionowanie jednoznacznie pozytywnego
wizerunku Sowietów w czasie II wojny światowej. To są przecież całkiem niedawne wydarzenia. A zatem można powiedzieć, że historia służy do konsolidacji i dyscyplinowania społeczeństwa
kształtującego się imperium. Nie wiemy jaki będzie ciąg dalszy tego procesu, bo wiele zależy od ekonomii, polityki, nawet demografii, ale jest on wyraźny i powinien wywoływać nasz
niepokój.
To jest czysta rosyjska propaganda. Całkowicie oderwana od historycznej rzeczywistości. Ale żeby ten obraz nie był tak czarny, trzeba dodać, że w Rosji ukazują się prace historyków
umiejących przeciwstawić się oficjalnej linii propagandowej. Problem w tym, że pisane są przez ludzi zmarginalizowanych, ukazują się w mikroskopijnych nakładach i nie wpływają na opinię
publiczną, na zbiorowe myślenie Rosjan. Ale warto podkreślić: są wśród Rosjan sprawiedliwi, mimo iż władze tak chętnie posługują się propagandą.
Nie chcę oceniać tej decyzji, nie znam wszystkich jej uwarunkowań. Jakąś rolę przy jej podejmowaniu odegrała zapewne bieżąca polityka.
Chyba nie. Stosunki między Polakami a Niemcami były dramatycznie krańcowe i były łagodzone przez bardzo spektakularne gesty. Jednak Brandt klęknął, Schroeder był gościem powstańców. I
został przez nich przyjęty. To były wydarzenia o olbrzymiej skali symbolicznej i wielkim rezonansie społecznym. Natomiast sądzę, że 1 września na Westerplatte będziemy mieli do czynienia z
wydarzeniem przede wszystkim politycznym i państwowym.
Instytut Pamięci Narodowej zajmuje się oczywiście tymi problemami. Ale też nie jest tak, że wypowiada się jakiś urzędnik kremlowski, a my piszemy pracę mówiącą, jak jest naprawdę. Ale w
naszych książkach i wystąpieniach prezentujemy fakty, choć nie zawsze nakłada się to w czasie z wystąpieniami te prawdy podważającymi. Poza tym IPN nie jest instytucją odpowiedzialną za
prowadzenie polityki historycznej państwa polskiego. Mamy zupełnie inne zadania, choć oczywiście realizując ustawę o Instytucie, niejako automatycznie dostarczamy argumentacji opartej na
badaniach naukowych do ewentualnego prowadzenia polityki historycznej. A są w Rzeczypospolitej instytucje, takie jak Ministerstwo Spraw Zagranicznych, podległe mu instytuty polskie za granicami,
Muzeum Historii Polski, do prowadzanie polityki historycznej powołane. Powinna ona być przemyślana i długofalowa. Zresztą w kontekście debat niemieckich i rosyjskich podstawowym zadaniem
instytucji polskich powinno być rozwijanie własnych badań, nie tylko przez IPN, i forsowanie naszego punktu widzenia. Bo nikt nas w tym nie zastąpi. Jeśli uchylimy się od tego zadania, naszą
historię zaczną pisać inni i inni zaczną naszą przeszłość interpretować.
Dokładnie. Najnowsza historia Polski jest dla narodów Europy wyrzutem sumienia. Nie kolaborowała z Hitlerem, walczyła z Hitlerem i komunizmem, następnie długofalowo stawiała opór komunizmowi.
Robiła to konsekwentnie, choć nie wszystkie narody potrafiły się na to zdobyć. To bywa wyrzutem sumienia, czasem przechodzącym w zniecierpliwienie i niechęć. To normalny mechanizm społeczny
i psychologiczny, który nie powinien jednak nas przerażać. Mamy prawo czerpać argumenty z własnej historii, uczestnicząc w wyścigu o prestiż narodów europejskich.
Uruchomimy kolejny edukacyjny portal internetowy 1września39.pl. Ukażą się dwa duże albumy, pierwszy o zniszczeniach Warszawy, a drugi o kampanii wrześniowej. Ukaże się też książka pani
doktor Marii Wardzyńskiej „Był rok 1939. Operacja Tannenberg”. Będzie też dużo publikacji regionalnych w naszych oddziałach o Wrześniu ’39 i o rocznicy agresji
sowieckiej. Będą gry edukacyjne „Awans” i „Pamięć ’39”. Będą konferencje naukowe, jak ta międzynarodowa we Wrocławiu o militarnych i
politycznych aspektach kampanii polskiej 1939, ciekawe wystawy w Radomiu i Wrocławiu czy wystawy-instalacje uliczne w kształcie bomb, min. w Warszawie i Białymstoku. Do szkół trafią płyty DVD
„Wojna w filmie”, zainaugurujemy też projekt edukacyjny „Kamienie pamięci – znajdź bohatera Września”. W wielu naszych oddziałach będą
wykłady, rajdy, pokazy filmowe czy spotkania z młodzieżą i kombatantami, słowem setki imprez rocznicowych. Ponadto powiemy, jakie dokumenty zostały ostatnio odnalezione na temat tzw.
ukraińskiej listy katyńskiej. Po raz pierwszy publicznie zaprezentujemy też tom studiów na temat polskich strat w II wojnie światowej. Dokonaliśmy podsumowania tego, co się działo przez
ostatnie pół wieku w tym obszarze w polskiej historiografii. Podsumowaliśmy też naszą akcję liczenia strat i już możemy powiedzieć w przybliżeniu, jaka była ogólna wielkość polskich
strat ludzkich. Oczywiście nadal będziemy prowadzili badania, próbując ją uściślić.
Tylko osobowe. Wedle naszych obecnych szacunków dotychczas funkcjonująca w obiegu publicznym liczba 6 milionów obywateli polskich, którzy zginęli z rąk Niemców, nie jest precyzyjna, w
rzeczywistości było to od 200 do 400 tysięcy mniej. Nieco mniejsza, niż sądzono, jest liczba Polaków, którzy zginęli z rąk Sowietów, ale więcej, niż do tej pory uważano, było
represjonowanych. Co oczywiście w niczym nie zmienia ogromu polskich strat i cierpień. Naszym generalnym celem jest stworzenie – we współpracy z Fundacją Karta i Fundacją
Polsko-Niemieckie Pojednanie – pełnej listy osobowej obywateli polskich represjonowanych i zamordowanych.