Tymczasem rząd ulega presji przeciwników podnoszenia tego wieku. Michał Boni, szef doradców strategicznych premiera, powiedział ostatnio w wywiadzie dla „DGP”, że zostanie on podniesiony w... 2025 roku. To groteska. Tym bardziej że mówi się głośno jedynie o systemie powszechnym ZUS i przebąkuje o służbach mundurowych. Wciąż utrzymane zostaną m.in. przywileje górników, emerytury pomostowe, świadczenia kompensacyjne dla nauczycieli.

Reklama

Te decyzje dziwią, bo przecież rząd miał odwagę wygasić sporą część przywilejów emerytalnych. Mógłby pójść za ciosem. Tym bardziej że oponenci podnoszenia wieku emerytalnego przedstawiają mało sensowne, często wręcz niedorzeczne argumenty. Przekonują, że:

● po 30 latach pracy wystarczy pieniędzy na dość wysoką emeryturę
● emeryt żyje krótko
● odejście z rynku pracy zapewnia pracę młodym

Za mało uzbierane

Kiedy trwała debata dotycząca wygaszenia przywilejów emerytalnych 55-letnich kobiet i 60-letnich mężczyzn, często przewijały się argumenty, że przecież takie osoby tylko odbierają to, co wpłaciły do ZUS. Tak nie jest. Jak wynika z danych GUS, 55-letnia kobieta ma statystycznie do przeżycia ponad 27 lat. Jeśli otrzymuje przez ten czas średnią emeryturę z ZUS (obecnie 1700 zł), dostanie 557 tys. zł (nie licząc waloryzacji).

Wcześniej, powiedzmy przez 30 lat, wpłacała do ZUS 19,52 proc. pensji. Jeśli zarabiała średnią płacę, daje to (nie licząc waloryzacji jej kapitału) kwotę 217 tys. zł. Niedobór wynosi więc prawie 340 tys. zł. Dopiero podniesienie wieku emerytalnego kobiet do 63 – 65 lat zapewnia (w obecnych warunkach), że będą one same finansować swoje świadczenia.

Utrzymywanie obecnego stanu rzeczy powoduje więc i wciąż będzie powodować ogromne problemy finansowe ZUS. Polacy niezbyt długo płacą składki (od niespełna 20 proc. pensji), a bardzo długo otrzymują stosunkowo wysokie świadczenia (średnio wynoszą one połowę pensji).

Często, nawet w czasie posiedzeń komisji sejmowych, słyszę oburzonych przeciwników podnoszenia wieku emerytalnego, którzy przekonują, że przecież 65-letni emeryt żyje zaledwie 6 lat. To kompletne nieporozumienie.

Noworodek żyje... krócej

Statystyczna długość życia osoby, która dożyje wieku emerytalnego, jest inna niż noworodka. Osoby, które go dożyły, mają przed sobą więcej lat niż wynika to z danych dotyczących rodzących się dzieci. To dlatego, że przeżyły już swoich rówieśników.

Jeśli więc rodzący się chłopiec ma do przeżycia 71 lat (stąd te 6 lat), to już 65-letni mężczyzna prawie 15 lat. Biorąc pod uwagę okres wypłaty emerytury, nie można dokonywać operacji odejmowania od przewidywanego dalszego trwania życia noworodka wieku odchodzącej na nią osoby.

Dotyczy to także kobiet. Rodząca się dziewczynka ma do przeżycia prawie 80 lat. Nie oznacza to jednak, że jeśli odejdzie na emeryturę w wieku 65 lat, będzie ją otrzymywać przez 15 lat. Z danych GUS wynika, że 65-letnia kobieta ma do przeżycia prawie 20 lat.

Starsi nie zabierają pracy

Najbardziej szkodliwym mitem dotyczącym podnoszenia wieku emerytalnego jest to, że większa liczba osób otrzymujących świadczenia społeczne powoduje spadek bezrobocia.

Ma się tak rzekomo dziać dzięki zwalnianiu miejsc pracy dla młodych. Tymczasem jest dokładnie odwrotnie. Świadczenia pochodzą od pracujących, a im więcej osób jest na ich utrzymaniu, tym wyższe składki muszą płacić, a przez to są drożsi. Firmom trudniej jest ich więc zatrudnić.

Powszechne przekonanie o zwalnianych miejscach pracy wynika ze statycznego podejścia do gospodarki, w którym zakłada się, że liczba miejsc pracy jest ograniczona. Tak nie jest. Najlepiej dla rozwoju kraju, gdy pracują wszyscy, którzy mogą.

Bo mają inni

Podniesienie wieku emerytalnego, a przynajmniej zrównanie go dla obojga płci oraz wprowadzenie zasady, że jest on taki sam dla wszystkich grup zawodowych, oprócz poprawy wypłacalności systemów emerytalnych, spowoduje też mniejsze roszczenia dotyczące wszelkiego rodzaju odstępstw od powszechnie obowiązujących zasad. To ważne, bo wprowadzanie takich zmian jest bardzo trudne, a protesty szczególnie podsycają przywileje innych.