Nasze zapóźnienie w rozliczeniu esbeckiej przeszłości jest ogromne. Nie dość, że przez 16 lat nie potrafiliśmy uporać się z lustracją, teczkami, agenturą, oficerami SB wszelkiej maści i różnych szczebli, to nie udało nam się również stworzyć dzieła artystycznego, które pokazywałoby w sposób atrakcyjny - a zarazem prawdziwy i rzetelny - tamten ponury i okrutny świat. Co nie udało się nam, zrobili Niemcy.

Obraz niemieckiego debiutanta "Życie na podsłuchu" podbił filmową Europę. Grad nagród, jakie spadły na utwór Floriana Donnersmarcka jest jak najbardziej zasłużony. Znawców kina film uwiódł nie tylko subtelnością i precyzją scenariusza. Także fascynującą rolą głównego bohatera, oficera Stasi. Oszczędną, ale przekonywającą grą pozostałych aktorów. Wreszcie w pełni psychologicznie wiarygodnymi postaciami, także epizodycznymi. O zaletach artystycznych "Życia na podsłuchu" niech jednak raczej mówią znawcy kina.
Mnie bardziej interesuje warstwa dokumentująca prawdę o tamtych czasach. Przeżywając perypetie ekranowych postaci, przejmując się ich losami, wzruszając ich dramatami, nie potrafiłem pozbyć się pytania: na ile ten film dotyka realnej, nie tak znów dawnej przeszłości? W jakimś stopniu wspólnej dla ludzi żyjących w krajach realnego socjalizmu. W państwach, w których, o czym doskonale wiemy, policja polityczna odgrywała ogromną rolę. A zarazem odmiennej od naszej polskiej rzeczywistości.
Sami rodacy Dannersmarcka mówią o filmie: to niemiecki rozrachunek ze Stasi. Nie bez powodu. Bo to zdanie nie ma charakteru wartościującego. Jest zdaniem opisowym. Mówi o pewnym fakcie. Bo w istocie film przedstawia "życie codzienne Stasi". Począwszy od pierwszej sceny, a skończywszy na ostatniej.

Służba na usługach prywatnych
Film zaczyna się od sadystycznego znęcania się nad aresztantem. Toteż możemy początkowo być nieco zdziwieni, kiedy tego samego oficera, który przesłuchiwał więźnia, spotykamy w teatrze. Wkrótce zdziwienie minie.

Widzimy, jak w świat sztuki podstępnie wdziera się niewidzialna jeszcze dla przyszłych ofiar przemoc. Jej początkiem jest klasyczna dla policji politycznej obserwacja, jako pierwszy podstawowy element ogólnej inwigilacji osób wziętych przez służby na celownik. Jesteśmy w teatrze we wschodnim Berlinie. Oglądamy premierę nowej sztuki. Wielką kreację wywołującą entuzjazm widzów stworzyła Christa - Maria Sieland, niemal artystka narodowa. Kochana i uwielbiana nie tylko przez zwykłych widzów. Platonicznie podkochuje się w niej spec Stasi od inwigilacji - kapitan Wiesler. Przez lornetkę z ukrycia śledzi każdy ruch autora sztuki Georga Dreymana, którego konkubiną jest artystka. Kapitan żyje samotnie. Życie urozmaicają mu rzadkie wizyty zamawianych przez telefon prostytutek. Teraz podgląda pisarza jako realnego rywala swojej wymarzonej w snach kobiety. Wkrótce ta inwigilacja będzie miała wymiar totalny. W teatrze jest także dwóch o wiele wyżej od niego stojących w hierarchii władzy i wpływów ludzi. Jeden z szefów Stasi zajmujący się środowiskiem ludzi kultury oraz jego najwyższy przełożony - minister.

Obydwu do teatru ściągnęły własne interesy. Ministra, bo jego kochanką, choć lepiej powiedzieć nałożnicą, jest aktorka, konkubina pisarza. To ten skrywany przed całym światem związek z ministrem jest tajemną sprężyną, która sprawia, że kobieta obsadzana jest w głównych rolach. Wysoki oficer Stasi - Anton Grubitz - przyszedł do teatru tylko z nadzieją, że w przerwie przedstawienia zamieni kilka słów z ministrem, od którego zależy jego służbowy awans. Spod sztandarów, na których wypisana jest wierna i oddana służba państwu, wyziera deprawacja i prywata. U ich podstaw leżą namiętności. Do władzy, do sławy, do kobiety.
Maszyneria inwigilacji rusza, kiedy minister chcący się pozbyć rywala, zleca dyrektorowi departamentu kultury Stasi śledzenie pisarza. Pretekstem są bliskie kontakty autora sztuki z wyklętymi przez władzę innymi twórcami, m.in. wybitnym reżyserem, mającym od kilku lat zakaz pracy artystycznej.

Pruska szkoła dokładności
Pierwsza scena od razu wprowadza nas w ciemny klimat tajnych służb. Bezwzględny i okrutny oficer kapitan Gerd Wiesler przesłuchuje więźnia podejrzewanego o pomoc swemu przyjacielowi w ucieczce z NRD do Niemiec Zachodnich. Torturą jest tu brak snu przesłuchiwanego przez kilkadziesiąt już godzin. Przesłuchanie nagrywa, by je później zademonstrować jako materiał szkoleniowy dla początkujących funkcjonariuszy Stasi.

Już ta pierwsza scena uświadamia mi, że legendy o wysokim profesjonalizmie Stasi nie były przesadzone. Bo wskazówki, jaką tam usłyszałem, nie zawiera nawet obszerny podręcznik dla przesłuchujących oficerów FBI. Kapitan Wiesler chcąc przed słuchaczami usprawiedliwić swoje okrucieństwo, ujawnił niemal pewną przesłanką upewniającą go, iż więzień kłamie, było to, że przeczył przez kilkanaście godzin w sposób nienaturalny. Powtarzał ciągle to samo zdanie, niczym wyuczoną na pamięć formułkę.

Bezduszność połączona z profesjonalizmem, jako charakterystyczna cecha enerdowskiej policji politycznej, widoczna jest w dziesiątkach innych scen. Największe wrażenie sprawia stanowisko operacyjne, zainstalowane na strychu kamienicy, w której mieszkają pisarz i jego konkubina. Aparatura umożliwia totalną inwigilację mieszkania pisarza i jego konkubiny. Najdrobniejszy szmer w mieszkaniu rozsadza bębenki w uszach szpicli siedzących na stanowisku operacyjnym. Każdy dźwięk rejestrowany jest na taśmach magnetofonowych. Kamery wideo rejestrują też wszystko, co dzieje się na ulicy przed domem w promieniu kilkudziesięciu metrów.

Pruską dokładność i obowiązkowość, którą Stasi była przesiąknięta, ilustruje scena, kiedy zmiennik kapitana Wieslera, obsługującego aparaturę podsłuchową, spóźnia się o pięć minut. Traktowane jest to przez jego zwierzchnika jak absolutnie niedopuszczalne przewinienie.

Jednakże pod politurą służebności kryją się odruchy normalności. W sterylnej, pozbawionej jakiekolwiek ciepła stołówce młody oficer, zapomniawszy na chwilę, gdzie jest, zaczyna opowiadać dowcip polityczny, niestety o przywódcy swego państwa. Scena jest zabawna i straszna. Pozwala posmakować tamtych czasów.

O przemianie oficera zdążyli już powiedzieć i napisać wszyscy. Chciałbym tylko dodać, że ta przemiana jest połowiczna. Zauważmy, że kapitan Gerd Wiesler tylko chroni pisarza, nie przechodzi do końca na drugą stronę barykady, by podjąć walkę z oprawcami komunistycznymi. Nie nawiązuje kontaktu z ludźmi opozycji politycznej. Tak jak to robili niektórzy nasi oficerowie Służby Bezpieczeństwa.

Pewnym usprawiedliwieniem niech będą różnice dzielące opozycję polityczną w Niemczech Wschodnich i u nas. Oczywiście wpływ na to mają odmienne tradycje powstawania i działania opozycji politycznej w obydwu krajach. Za Odrą opozycja była nieliczna i słaba.Tylko najodważniejsi bądź najbardziej zdeterminowani ośmielali się nie schylać karku przed reżimem. Film prawdziwie oddaje ten klimat. Za akt niezwykłej odwagi został uznany fakt przekazania przez Dreymana tekstu o samobójcach w NRD do tygodnika zachodnioniemieckiego.
W Polsce przesyłki tekstów dziennikarskich i literackich przez zieloną granicę szły w setki.

U nas w niektórych środowiskach wręcz nie wypadało nie działać w opozycji, a przynajmniej nie sprzyjać jej. Wspierać ją - jak się u nas mówi - z doskoku. Przejawiało się to głównie w masowym kolportowaniu bibuły. Polska nie była też przeżarta agenturą na tak ogromną skalę jak NRD.

Sprzedanie się

Sposoby werbowania agentury były jednak bardzo podobne. Przede wszystkim sprowadzały się do łamania ludzi. Szantażem, zastraszaniem, że zagrożone może być zdrowie czy życie najbliższych, czasem nawet dzieci. Warto pamiętać, jakbyśmy nie oceniali konfidentów, że za każdym werbunkiem kryje się prawdziwy dramat ludzki. Można być pewnym, że ledwie jakiś promil procenta stanowili ludzie, którzy z własnej woli oddawali się na usługi bezpieki.

To właśnie świetnie oddaje film. Stasi wydobywa od aktorki nie tylko tajemnicę, która przesądza o tym, że pisarz co najmniej trafi na listę proskrypcyjną, ale zmusza ją też do podpisania deklaracji o stałej agenturalnej współpracy.

Kwestią dyskusyjną jest to, czy aktorka - słaba kobieta nie potrafi się przeciwstawić pułapkom totalitarnego systemu, czy uległa mu z innych powodów? Film odpowiada na to jednoznacznie. Wydaje się, że to motyw prawdziwy. Być może nawet uniwersalny dla wszystkich agentów bezpieki. Godzą się na współpracę, bo nie potrafią się wyzbyć nadmiernych ambicji. Ich ambicje i aspiracje biorą górę nad ludzką przyzwoitością i uczciwością. Nie potrafią zrezygnować. Jedni, jak bohaterka filmu - z desek teatru. Inni - ze stypendium zagranicznego. Jeszcze inni - z asystentury na uczelni.

Siedząc w kinie, miałem wrażenie, jakby film wyszedł spod ręki doświadczonego i w pełni dojrzałego twórcy. Może i u nas trzeba uwierzyć w młodych.


W Życiu na podsłuchu widzimy, jak w świat sztuki podstępnie wdziera się niewidzialna jeszcze dla przyszłych ofiar przemoc. Jej początkiem jest typowa dla policji politycznej obserwacja, jako pierwszy podstawowy element ogólnej inwigilacji osób wziętych przez służby na celownik

Za Odrą opozycja była nieliczna i słaba.Tylko najodważniejsi bądź najbardziej zdeterminowani ośmielali się nie schylać karku przed tamtejszym reżimem. Film prawdziwie oddaje ten klimat