Ludwik Dorn był kimś więcej niż tylko jednym z członków rządu Jarosława Kaczyńskiego. Był, a być może nawet wciąż jest jego wieloletnim przyjacielem - pisze w DZIENNIKU publicysta Piotr Zaremba.
Co więcej, w tej ekipie właśnie on, chyba jako jedyny, odgrywał szczególną rolę. Bo jeśli ktoś może być uważany za współtwórcę programu i ideologii Prawa i
Sprawiedliwości - obok braci Kaczyńskich - to właśnie Dorn. Tylko on. Dawało mu to pozycję swoistego strażnika świętego ognia, człowieka pilnującego czystości linii. Kaczyński tę
pozycję uznawał. Apodyktyczny dominujący nad otoczeniem Józef Piłsudski miał takiego partnera w osobie pułkownika Walerego Sławka. Kaczyński miał Dorna, "trzeciego
bliźniaka".
Jak to się więc mogło stać, że trzeci bliźniak podjął tak łatwo decyzję, która stawia Kaczyńskiego w kłopotliwej sytuacji? Zaraz po odejściu ministra Sikorskiego wrażenie sypania się tej ekipy, ubywania z niej największych indywidualności jest dojmujące, nawet jeśli Dorn pozostaje członkiem rządu. I jak to się stało, że Kaczyński tak łatwo pogodził się z degradacją przyjaciela?
Pierwszym powodem rozstania jest rewolucyjny temperament Kaczyńskiego. Premier i lider PiS święcie wierzy, że zmiany muszą następować jak najszybciej i powinny być dogłębne. W ostatnich miesiącach był na dokładkę poganiany przez opozycję i liczne grono komentatorów, którzy dopytywali się: gdzie ta rewolucja? Więc zaczął doszukiwać się blokad, opóźnień, słabych punktów - wszędzie. W resortach ludzi sobie obojętnych, ba, traktowanych nieufnie - jak minister Sikorski. Ale i u swoich przyjaciół takich jak Dorn. Przekonanie, że szef MSWiA za wolno zmienia policję, że "skumał się" z policyjną korporacją, zasiało ziarno nieufności między premierem i jego pierwszym ministrem. Przekonanie częściowo uzasadnione, a równocześnie przesadne. Bo każdy szef resortu musi w jakiejś mierze uwzględniać opór materii.
A zarazem Dorn padł ofiarą braku twardych standardów wewnątrz tej ekipy. Zjawiska, które nazwaliśmy kiedyś z Michałem Karnowskim karteczkową rewolucją. Bo ingerencje Kaczyńskiego w poszczególne ministerstwa nie są permanentne. Ale bywają dolegliwe. Zwłaszcza ingerencje kadrowe. Lider PiS lubi położyć przed swoim podwładnym kartkę z nazwiskiem i powiedzieć: "Ktoś mi go polecił. Może znalazłoby się u was dla niego miejsce". Kłopot, gdy trafia na tak przywiązanego do własnej niezależności polityka jak Dorn. I gdy dotyczy ważnych stanowisk w policji.
Jest i trzeci wymiar tej historii. To koszt naturalnego skądinąd w polityce makiawelizmu. Kaczyński rozważał poświecenie Dorna dla zrealizowania manewru z Rokitą jako szefem MSWiA. Manewr był mało realny, ale jeśli się o nim serio myślało, trzeba go było przygotować. Więc ludzie Kaczyńskiego zbierali argumenty. Że Dorn jest trudnym człowiekiem. Że nie potrafi ułożyć sobie stosunków z innymi ministrami. I że "konserwuje stare układy w policji". Pojedynczo te argumenty brzmiały przekonująco. W całości robiły wrażenie pretekstu. W dodatku pretekstu na rzecz zajęcia miejsca Dorna przez kogoś, kogo on wyjątkowo nie lubi - Rokity. Trzeci bliźniak miał już dosyć tych spekulacji. Odszedł.
Całkiem pewnie nie odejdzie. PiS to cały jego świat. Zostanie i pewnie zachowa lojalność.. Ale o Dornie jako trzecim bliźniaku usłyszymy zapewne nieprędko. Czy to prawa polityki? Czy może opowieść o ludziach nieumiejących współpracować w czasach, gdy współpraca to podstawa politycznego rzemiosła.
Jak to się więc mogło stać, że trzeci bliźniak podjął tak łatwo decyzję, która stawia Kaczyńskiego w kłopotliwej sytuacji? Zaraz po odejściu ministra Sikorskiego wrażenie sypania się tej ekipy, ubywania z niej największych indywidualności jest dojmujące, nawet jeśli Dorn pozostaje członkiem rządu. I jak to się stało, że Kaczyński tak łatwo pogodził się z degradacją przyjaciela?
Pierwszym powodem rozstania jest rewolucyjny temperament Kaczyńskiego. Premier i lider PiS święcie wierzy, że zmiany muszą następować jak najszybciej i powinny być dogłębne. W ostatnich miesiącach był na dokładkę poganiany przez opozycję i liczne grono komentatorów, którzy dopytywali się: gdzie ta rewolucja? Więc zaczął doszukiwać się blokad, opóźnień, słabych punktów - wszędzie. W resortach ludzi sobie obojętnych, ba, traktowanych nieufnie - jak minister Sikorski. Ale i u swoich przyjaciół takich jak Dorn. Przekonanie, że szef MSWiA za wolno zmienia policję, że "skumał się" z policyjną korporacją, zasiało ziarno nieufności między premierem i jego pierwszym ministrem. Przekonanie częściowo uzasadnione, a równocześnie przesadne. Bo każdy szef resortu musi w jakiejś mierze uwzględniać opór materii.
A zarazem Dorn padł ofiarą braku twardych standardów wewnątrz tej ekipy. Zjawiska, które nazwaliśmy kiedyś z Michałem Karnowskim karteczkową rewolucją. Bo ingerencje Kaczyńskiego w poszczególne ministerstwa nie są permanentne. Ale bywają dolegliwe. Zwłaszcza ingerencje kadrowe. Lider PiS lubi położyć przed swoim podwładnym kartkę z nazwiskiem i powiedzieć: "Ktoś mi go polecił. Może znalazłoby się u was dla niego miejsce". Kłopot, gdy trafia na tak przywiązanego do własnej niezależności polityka jak Dorn. I gdy dotyczy ważnych stanowisk w policji.
Jest i trzeci wymiar tej historii. To koszt naturalnego skądinąd w polityce makiawelizmu. Kaczyński rozważał poświecenie Dorna dla zrealizowania manewru z Rokitą jako szefem MSWiA. Manewr był mało realny, ale jeśli się o nim serio myślało, trzeba go było przygotować. Więc ludzie Kaczyńskiego zbierali argumenty. Że Dorn jest trudnym człowiekiem. Że nie potrafi ułożyć sobie stosunków z innymi ministrami. I że "konserwuje stare układy w policji". Pojedynczo te argumenty brzmiały przekonująco. W całości robiły wrażenie pretekstu. W dodatku pretekstu na rzecz zajęcia miejsca Dorna przez kogoś, kogo on wyjątkowo nie lubi - Rokity. Trzeci bliźniak miał już dosyć tych spekulacji. Odszedł.
Całkiem pewnie nie odejdzie. PiS to cały jego świat. Zostanie i pewnie zachowa lojalność.. Ale o Dornie jako trzecim bliźniaku usłyszymy zapewne nieprędko. Czy to prawa polityki? Czy może opowieść o ludziach nieumiejących współpracować w czasach, gdy współpraca to podstawa politycznego rzemiosła.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zobacz
|