Dziennik Gazeta Prawana logo

Żelazny Ludwik odchodzi

12 października 2007, 15:36
Ten tekst przeczytasz w 8 minut
Jest połowa lat 90. Pod mały domek, gdzie wynajmuje pokoje na swoje biura pozaparlamentarna partia Porozumienia Centrum, zajeżdża mały pomarańczowy fiacik w bardzo złym stanie. Wysiada z niego Ludwik Dorn, wiceprezes PC - pisze w DZIENNIKU publicysta Piotr Zaremba.
Wysiada z wyraźną ulgą - trudno mu pomieścić w malutkim samochodzie długie nogi. Wchodzi, wita się z prezesem Jarosławem Kaczyńskim. Obaj niewiele mają do roboty - czytają jakieś komunikaty nielicznych organizacji terenowych, wydają oświadczenia, ale życie przegranego ugrupowania w znacznej mierze zamarło. Dorn z Kaczyńskim toczą ze sobą wielogodzinne debaty. O wszystkim: polityce, naturze państwa, ale i o sporach różnych szkół filozoficznych na Uniwersytecie Warszawskim w latach 60., jak przystało na parę najprawdziwszych warszawskich inteligentów.

Ich ówczesną polityczną perspektywę tak opisze po latach Jarosław Kaczyński. "Wyobrażaliśmy sobie, że za kilkanaście lat zbierzemy się w 10 może 15 osób na którymś tam kongresie PC. Trwaliśmy".

Odmieniony
To trwanie skończyło się wielkim triumfem i Kaczyńskiego, i Dorna. Jeszcze pod rządami AWS byli niezależnymi posłami niemającymi pokoju, w którym można zostawić płaszcz. Ale już w następnej kadencji kierowali - jeden partią, drugi klubem Prawa i Sprawiedliwości. A w 2005 roku przyszedł czas władzy. Było jasne, że jeśli Kaczyński obejmie władzę w państwie, jednym z najbardziej uhonorowanych będzie Dorn.

Wystarczy spojrzeć na Ludwika Dorna, by dostrzec zmianę. Niemodne ubrania z lumpeksu (którymi sam się chlubił) zostały zastąpione przez eleganckie garnitury wybierane przez najnowszą żonę - wizażystkę. Nawet oprawki okularów są inne niż kiedyś, gustowne. Fiacik został zastąpiony najpierw przez najnowsze marki, a potem przez rządową lancię. Dawny Dorn to dziwak, który próbując rzucić palenie, nosił w teczce słój z petami w obrzydliwej brązowej cieczy, żeby obrzydzić sobie papierosy. Dorn dzisiejszy to bywalec fitness klubów i modnych japońskich restauracji.

Tylko język pozostał ten sam - skomplikowany, pełen łacińskich wtrętów i socjologicznych odniesień. Zmora dla dziennikarzy, którzy muszą z tych wywodów wypreparować krótki komunikat. Dorn się tymi komunikacyjnymi trudnościami w ogóle nie przejmuje. Dziennikarzy potrafi potraktować "z buta" jak mało który polityk. Był i pozostaje zdumiewająco nieelastyczny.

Nieelastyczność - w dobrym i złym znaczeniu - to przecież jedna z najistotniejszych cech jego charakteru. To ona pozwoliła mu zachować hart ducha, gdy jako członek KOR był w latach 70., jednym z najmocniej bitych przez milicję opozycjonistów. To ona kazała mu w latach 80. wędrować własnymi ideowymi ścieżkami - czasem na manowce. Jako członek redakcji nielegalnego pisma "Głos" (liderem tego środowiska był Antoni Macierewicz) potrafił w latach 80. snuć fantastyczną wizję jakiegoś porozumienia między armią, "Solidarnością" i Kościołem jako receptę na stan wojennny. Ten pomysł był wtedy krytykowany nie tylko przez Adama Michnika, także przez Jarosława Kaczyńskiego. Ta nieelastyczność pozwalała mu znosić wszystkie niewygody życia człowieka opozycji pozbawionego możliwości normalnej pracy, wegetującego za pieniądze "Solidarności". Podobną wegetację wybierze Dorn również w latach 90. - towarzysząc podupadającemu Porozumieniu Centrum. Utrzymywać się będzie wówczas głównie z tłumaczeń z języka angielskiego - od książek politologicznych po powieści szpiegowskie Le Carre.

Wspólna droga
Zachowywał wierność Kaczyńskiemu - nie z przymusu, bo miał dokąd pójść. Jako socjolog i tłumacz mógł żyć w miarę dostatnio, jako intelektualista częściowo żydowskiego pochodzenia pasował bardziej do "Gazety Wyborczej" i Unii Demokratycznej niż polskiej prawicy. Jego pierwsze kontakty z Kaczyńskim - w latach 70. i 80. w redakcji wspomnianego już "Głosu" - nie były wcale serdeczne. Jak wspominają ich wspólni znajomi, przyzwyczajony do staroświeckiej grzeczności Kaczyński był zdumiony, że Dorn prowadzi z nim polityczne dysputy w kuchni i nie poczęstuje go nawet herbatą.

Połączyła ich na początku lat 90. wspólna polityczna diagnoza. Przekonanie, że Polska zyska swoją szansę, gdy uwolni się z pęt postkomunistycznego układu dominującego w służbach specjalnych, gospodarce czy administracji. Nie wiadomo było, na ile Dorn mówił Kaczyńskim, a na ile Kaczyński - Dornem. Potem wspólnie obmyślali następne punkty programu. Walka z przestępczością, silne scentralizowane państwo z niewielką przestrzenią dla samorządu, obrona narodowego interesu przed sąsiadami. Dorn stawał się z wolna jedynym poza Kaczyńskim strażnikiem świętego ognia ich wspólnej ideologii. I przyjacielem Kaczyńskiego. Jednym z kilku w świecie polityki. Sam jako człowiek bardzo mało wylewny nigdy tak tego nie nazywał. Ale było ewidentne, że są sobie bliscy.

Zarazem ta jego wyjątkowa pozycja była źródłem kłopotów i nielicznych rozdźwięków. W 2001 roku Dorn kierował kampanią nowo powstałego PiS. Nie radził sobie z tym podobno najlepiej, gdyż znakomity jako twórca politycznych teorii okazał się słabszym organizatorem. Kaczyński sam nakłonił go do przyjęcia tego zadania, a potem miał do niego pretensję. Doszło między nimi do awantur. Nie odzywali się do siebie przez kilka tygodni. W końcu jednak Dorn został "ułaskawiony", a niedługo potem został szefem klubu PiS. Sprawnym i pracowitym. Umiejącym napisać ustawę i pilnować jej przeforsowania. Jego dziełem była - jeszcze w poprzednim parlamencie - ustawa o partiach politycznych, rewolucyjna, bo wprowadzała finansowanie partii z budżetu. To on pilnował forsowania - przy lewicowej większości - takich projektów jak ten, ograniczający władzę prawniczych korporacji utrudniających młodym ludziom dostęp do zawodu.

Wojna ze światem
Równocześnie pozostał człowiekiem odbiegającym od prawicowej sztampy, czasem nawet za bardzo. Gdy w 2005 roku porzucił żonę i związał się ze swoją obecną małżonką, stał się ulubionym bohaterem tekstów brukowej prasy. Zdaniem ludzi bliskich Kaczyńskiemu, był to jeden z powodów, dla których bracia nie postawili na niego po wygranych wyborach jako na premiera. Możliwe są jednak również bardziej polityczne interpretacje. Dorn ze względu na swój cięty język nie nadawał się na szefa wspólnego rządu z Platformą Obywatelską. Inaczej niż miękki, pojednawczy Kazimierz Marcinkiewicz.

Konfliktowość od dawna wyznaczała jego miejsce w polityce. Z Platformą toczył bardziej zasadnicze polemiki niż inni, bo najbardziej serio traktował ortodoksyjny program PiS - z jego centralizmem i silnym państwem, także z elementami socjalnymi. A równocześnie z Janem Rokitą nie lubili się nigdy, także prywatnie. Zwłaszcza od momentu pewnej awantury. Gdy obie partie były jeszcze w opozycji, miały zwyczaj odbywania wspólnych spotkań. Pewnego razu Rokita wysłał Dornowi zaproszenie na takie spotkanie przez swego asystenta, Dorn uznał to za despekt i odpowiedział agresywnym listem, o mało nie doprowadzając do zerwania kruchej już wtedy współpracy.

Twardość, brak skłonności do kompromisu, choleryczny temperament na tyle nie przeszkadzały Dornowi, że po stworzeniu PiS-owskiego rządu zakopał się w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych i Administracji, szukając sukcesu w reformowaniu tego biurokratycznego molocha. Zdaniem opozycji i mediów, robił to zbyt wolno. Obrońcy wskazywali na wieloletni plan restrukturyzacji policji i na fakt, że policjanci zaczęli pod jego rządami skuteczniej łapać bandytów.

Równocześnie jednak Dorn stał się jednym z najmniej popularnych ministrów. Krytyczne wobec PiS gazety wykreowały go na dyżurnego aroganta. Zawdzięczał tę opinię barwnym, ale i brutalnym sformułowaniom. Strajkującym lekarzom groził, że "weźmie ich w kamasze", korespondentowi "Financial Times" zarzucił, że ten "łże jak bura suka". Gdy w wywiadzie dla DZIENNIKA użył sformułowania "wykształciuchy", urażona poczuła się niechętna temu rządowi inteligencja. Na próżno tłumaczył, że jest to określenie Romana Zimanda. I odnosi się nie do wszystkich ludzi wykształconych, a jedynie do technokratycznych fachowców bez inteligenckiego backgroundu.

Umiejscowienie Dorna na froncie konfliktu PiS z częścią inteligencji to rzecz zabawna, bo Dorn jest jednym z najbardziej inteligenckich członków tej ekipy - we wszystkim, razem z hobbies i dziwactwami. Nie tylko tłumacz wyrafinowanych książek łącznie z angielską poezją, ale i autor bajek wydawanych początkowo pod pseudonimem. Człowiek jeżdżący dla przyjemności na rolkach (połamał się na nich podczas urlopu w Chorwacji), przyrządzający japońskie potrawy i rozmiłowany w najlepszych winach. To nie zbliżyło go do tak zwanych elit, przeciwnie - tylko podsyciło konflikt. Lekceważący ton, jakim Dorn charakteryzował uznane autorytety, sprowadzał na jego głowę głuchą niechęć różnych środowisk.

Ta łatwość podważania autorytetów stała się w końcu powodem jego kłopotów w rządzie i w PiS. Z Kaczyńskim zgadzał się w prawie wszystkim, ale tym gwałtowniejsze były między nimi kłótnie - na ogół o szczegóły. Jako szef MSWiA Dorn strzegł jednak swojej kadrowej samodzielności - z rzadka ulegając naciskom politycznych grup podsuwających mu kandydatów na różne stanowiska. W końcu zaczął się opierać i samemu premierowi. Nieufność podsycała wieść, że znienawidzony Rokita może być wpuszczony do jego resortu, a on wygnany do Sejmu na dawne stanowisko szefa klubu. Z otoczenia premiera zaczęły z kolei padać zarzuty o brak szybkich zmian, o nadmierne pobłażanie grupowym interesom policji. Ktoś inny położyłby uszy po sobie, powiedział, że podda się każdemu wyrokowi partii. Ale nie hardy Dorn. Składając rytualne wyrazy lojalności wobec prezydenta i premiera, pokazał się równocześnie jako człowiek, któremu nikt, łącznie z Kaczyńskimi, nie może wchodzić na głowę.
Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj