Dziennik Gazeta Prawana logo

"U Blaira każdy może zostać lordem"

12 października 2007, 15:36
Ten tekst przeczytasz w 7 minut
Mawiało się kiedyś, że Royal Automobile Club przy Pall Mall jest najmniej ekskluzywnym klubem w Londynie - pisze w DZIENNIKU historyk i publicysta Niall Ferguson.
Klubowa wieś gminna głosiła, że komunistyczni szpiedzy z Cambridge - nie dość, że renegaci, to jeszcze snoby - woleli spotykać się na kolacji tutaj, zamiast w jednym z bardziej ekskluzywnych klubów, do których należeli, ponieważ nie groziło im, że zostaną rozpoznani.

Od czasu, gdy prawie dziesięć lat temu Tony Blair został premierem, szpiegowskiemu klubowi przybył poważny rywal. Od marca ubiegłego roku, kiedy media ujawniły skandal z "pożyczkami za lordostwo" jest nim Izba Lordów. Na jedenaście osób mianowanych przez Partię Pracy dożywotnimi lordami w 2005 r . cztery wycofały swoje nazwiska w atmosferze podejrzeń, że tytuł jest nagrodą za wysokie pożyczki dla partii. W zeszłym tygodniu policja aresztowała byłego impresaria piosenkarzy lorda Levy'ego (który został wyszlachcony w 1997 r.) pod zarzutem utrudniania śledztwa.

Jak Lloyd George
Przez jakiś czas wydawało się, że końcówka premierostwa pana Blaira będzie przypominać ostatnie miesiące urzędowania Anthony’ego Edena, przy czym miejsce kryzysu sueskiego zajmie fiasko irackie. Teraz wydaje się bardziej prawdopodobne, że premier pójdzie w ślady Davida Lloyda George'a, który w 1922 r. opuścił rezydencję przy Downing Street 10 w akompaniamencie korupcyjnych zarzutów.

Dla Amerykanów, zauroczonych bielutkim jak pasta Colgate uśmiechem pana Blaira, jest coś surrealistycznego w wiadomości, że został on (po raz drugi) przesłuchany przez policję. Ale tak, jak w przypadku wszystkich wielkich tragedii politycznych, wina nie leży po stronie okrutnego losu tylko samego pana Blaira.

Premiera spotkałem osobiście tylko raz - w czasach, kiedy był rosnącą gwiazdą opozycji - i zadałem mu pytanie, czy poczuwa się do pokrewieństwa ideologicznego z Lloydem George'em. Już wtedy nie ulegało najmniejszym wątpliwościom, że w większości kwestii ekonomicznych pan Blair jest bardzo odległy od socjalizmu. Jego światopogląd przypominał mi "nowy liberalizm", który wyniósł "Walijskiego Czarnoksiężnika" na polityczne salony przed I wojną światową. Pan Blair uraczył mnie swoim markowym uśmiechem, ale serca przede mną nie otworzył.

Z czasem - być może była to nieświadoma imitacja Lloyda George'a - Partia Pracy stała się "Nową Partią Pracy". Pan Blair został premierem. I - podobnie jak Lloyd - George okazał się bardziej wojowniczy, niż oczekiwali jego wcześni zwolennicy. Czy powinniśmy być zaskoczeni, że wzorem Walijskiego Czarnoksiężnika uznał handel tytułami lordowskimi za (cytat z samego Lloyda George'a) "najczystszy sposób zbierania pieniędzy na partię polityczną"?

Podstawowa różnica między tamtymi i obecnymi czasami polega oczywiście na tym, że wtedy sprzedaż tytułów była "czysta" z prawnego punktu widzenia. Izba wyższa brytyjskiego parlamentu wciąż pozostawała autentycznie ekskluzywnym klubem herbowych ziemian i ich spadkobierców, aczkolwiek nie tak ekskluzywnym, żeby nie przyjmować nowych członków. Od zarania istnienia tej instytucji parostwo było dostępne dla zamożnych ludzi, którzy wiernie służyli swemu monarsze i jego ministrom. A w okresie od rządów Roberta Walpole'a do dymisji Lloyda George'a nie było żadnych przeszkód, żeby ta służba przybierała postać hojnego wspomagania finansowego podczas kampanii wyborczej.

Lloyd George dążył jedynie do usprawnienia tradycyjnego systemu, sprzedając miejsca w Izbie Lordów bezpośrednio swoim politycznym przyjaciołom. Cena wyznaczona przez jego wytwornego, błyskającego monoklem przedstawiciela handlowego Johna Maundy Gregory'ego wynosiła 50 tys. funtów, czyli około 1,9 mln w przeliczeniu na dzisiejsze pieniądze. Kiedy praktyki te przedostały się do wiadomości publicznej, wybuchła taka burza, że powołano specjalną komisję i przeforsowano ustawę delegalizującą ten proceder. I właśnie ta ustawa może zadać ostateczny cios dobremu imieniu pana Blaira.

Korupcja po angielsku

Na razie dowody, które są znane opinii publicznej, mają charakter czysto poszlakowy. Z badań przeprowadzonych przez Bow Group wiemy, że od 2001 r. ponad połowa wszystkich darczyńców, którzy wspomogli Partię Pracy sumą od 50 tys. funtów wzwyż, została w jakiś sposób uhonorowana przez państwo (w tym tytułami rycerskimi i orderami). Wiemy, że cztery osoby, które w zeszłym roku wycofały swoje kandydatury na członka Izby Lordów, udzieliły Partii Pracy znaczących pożyczek. Wiemy również, że lord Levy doradzał im, aby pomoc finansowa dla partii przyjęła postać właśnie pożyczek, a nie darowizn.

Nie jestem prawnikiem i nie mogę wykluczyć, że jest to tylko seria niefortunnych zbiegów okoliczności. Może przepisy nie stosują się do pożyczek. Ale oto co mówi ustawa z 1925 r. o zapobieganiu nadużyciom przy przyznawaniu zaszczytów przez państwo: "Osoba, która przyjmuje, otrzymuje, godzi się przyjąć lub dąży do otrzymania od innej osoby, dla siebie, dla innej osoby lub na dowolny inny cel, dowolnego prezentu, środków pieniężnych lub innych korzyści majątkowych jako zachętę lub wynagrodzenie za uzyskanie, pomoc w uzyskaniu lub próbę uzyskania godności państwowej lub tytułu honorowego, popełnia przestępstwo".
Jakże bezlitośnie obraca się koło fortuny! Zaledwie dziesięć lat temu ta sama Partia Pracy krzyczała "korupcja!" za każdym razem, kiedy jakiegoś torysowskiego ministra złapano ze spodniami ściągniętymi do kostek.
Tego wszystkiego można było oczywiście uniknąć, gdyby rząd potrafił się zdecydować w dwóch odrębnych, lecz ściśle ze sobą powiązanych kwestiach. Pierwsza z nich to przyszły skład izby wyższej parlamentu i sposób wyboru jej członków. Druga to przyszły sposób finansowania partii politycznych. Jest oczywiste, że posiadanie dwóch izb legislacyjnych traci sens, jeśli obie są wybierane tą samą demokratyczną metodą.

Kwestionując zasadę dziedzicznego parostwa i tym samym angażując się w zreformowanie Izby Lordów, pan Blair i jego koledzy mieli kilka opcji. Mogli powielić rozwiązanie amerykańskie, gdzie w Senacie mniejsze i bardziej wiejskie stany są nadreprezentowane kosztem większych i bardziej zurbanizowanych. Jednak partia tak bardzo niepopularna na wsi raczej nie mogła pójść tą drogą. Trzymała się zatem nieodparcie użytecznego starego systemu politycznych nominacji.

Wolny rynek polityczny
Jednocześnie laburzyści nie odważyli się podjąć trudnego problemu finansowania partii politycznych. Problem ten występuje we wszystkich współczesnych demokracjach. Z jednej strony koszty kampanii wyborczych stale rosną, ponieważ wyborcy oczekują coraz bardziej wyrafinowanych działań marketingowych i reklamowych. Z drugiej strony ilość środków z tradycyjnych źródeł, takich jak składki członkowskie, stale spada, ponieważ elektorat odwraca się od działalności politycznej. Nowa Partia Pracy mogła pójść za przykładem kontynentalnym, gdzie partie otrzymują dotacje z budżetu państwa, a jednocześnie obowiązują niższe limity prywatnych wpłat i wydatków wyborczych. Ale partia tak desperacko pragnąca zdobyć władzę nie umiała oprzeć się pokusie pokonania konserwatystów w ich starej grze w dojenie milionerów.

Teraz widzimy tego skutki: Izba Lordów naszpikowana rządowymi kolesiami i rząd tonący w szambie skandali.

Trochę mnie przygnębiają rozwiązania, które się teraz na kolanie przygotowuje. Nie jestem pewien, czy nowe kierownictwo Konserwatystów postąpiło mądrze, tak szybko popierając pomysł z finansowaniem partii przez państwo. I głęboko się rozczaruję, jeśli David Cameron ochoczo przystanie na najnowsze propozycje reformy Izby Lordów: połowa członków ma pochodzić z wyboru, 30 proc. z nominacji partyjnych, reszta zostanie wskazana przez komisję, która ma zapewnić (w tym miejscu trudno nie jęknąć) równowagę etniczną, płciową i regionalną.

Prawdziwie konserwatywne rozwiązanie wyglądałoby inaczej. Co do partii opowiadałbym się za całkowicie wolnym rynkiem w sponsorowaniu partii, ale na bazie pełnej jawności, żeby było wiadomo, kto ile komu dał. Co do Izby Lordów: a może by tak wybierać wszystkich członków, ale przyznać równą reprezentację każdemu z tradycyjnych hrabstw Zjednoczonego Królestwa sprzed 1974 r.?

Tak, wiem: brytyjska polityka przypominałaby wtedy amerykańską. Ale może dzięki temu mielibyśmy rządy mniej podobne do obecnego - i izbę wyższą mniej podobną do Royal Automobile Club.
Niall Ferguson, jeden z najwybitniejszych europejskich historyków. Wykładowca historii politycznej i gospodarczej na Uniwersytecie Oksfordzkim oraz Stern School of Business, New York University. Autor m.in. "The Pity of War", poświęconej źródłom I wojny światowej oraz "Empire" - historii imperium brytyjskiego. Stały współpracownik "Los Angeles Times", "The Sunday Telegraph" i DZIENNIKA.
Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj