38-milionowy naród w środku Europy ma prawo wiedzieć, czego chce władza, co planuje, jak chce to osiągnąć, przyjmując oczywiście, że władza zna odpowiedzi na te pytania - pisze w "Fakcie" Tomasz Lis, dyrektor programowy Polsatu.
W wyniku przeglądu ministerstw teki straciło właśnie dwóch najbardziej przytomnych członków rządu. Ministrowie odchodzą, ale nikt nie mówi gawiedzi, czyli nam,
dlaczego. Władza bawi się dobrze, a obywatelom zamiast wyjaśnień serwuje się trąbki w Pałacu Prezydenckim. Chaos. Groteska. Teatr absurdu.
Najbardziej nonsensowne pytania, jakie można zadać w ostatnich dniach w związku ze zmianami kadrowymi w rządzie, to pytania typu: "co z tego wynika?" czy "o co tu chodzi?". Pytania te są pozbawione sensu, bo ich stawianie sugeruje, że to, co się dzieje, podlega jakiejkolwiek racjonalnej analizie, że wszystko to układa się w jakiś jeden logiczny wzór. A jedyną regułą porządkującą wszechobecny chaos jest to, że żadnych reguł nie ma, że wszystko, co się dzieje, to efekt przypadkowych zdarzeń, humorów, kaprysów, zadrażnień, animozji, które może mają jakąś merytoryczną podstawę, a może nie.
Jeśli niemal całkowicie bezradni są teraz wszyscy komentatorzy polityczni, poza może apologetami obecnej władzy, gotowymi wytłumaczyć wszystko, nawet to, co niewytłumaczalne, to jak może to sobie poukładać w głowie zwykły obywatel. Oczywiście przy założeniu, że jeszcze ma potrzebę patrzenia na to, co się dzieje, i zrozumienia z tego czegokolwiek.
38-milionowy naród w środku Europy ma prawo wiedzieć. Nie tylko wiedzieć, dlaczego odchodzi z rządu albo ze stanowiska ten czy ów minister. Mamy prawo wiedzieć, czego chce władza, co planuje, jak chce to osiągnąć, przyjmując oczywiście, że władza zna odpowiedzi na te pytania. Od czasu expose premiera Kaczyńskiego minęło ponad siedem miesięcy i naprawdę warto by się dowiedzieć, jakie są teraz priorytety rządu.
Nadal demontowanie WSI i montowanie CBA, a może reforma finansów państwa, a może reforma służby zdrowia, a może jakieś zmiany w edukacji, a może walka o korzystny dla nas projekt nowej europejskiej konstytucji? Nie znamy jednak ani hierarchii ważności poszczególnych spraw, ani tego, co chce zrobić rząd w odniesieniu do każdej z nich. Przez dłuższy czas w działaniach Jarosława Kaczyńskiego można było dostrzec istnienie jakiegoś planu głównego. Może istnieje on nadal, ale trudno go zidentyfikować. Czas więc wezwać premiera, by odnowił kontakt ze społeczeństwem. Nadszedł czas na orędzie do narodu, które dałoby chociaż częściową odpowiedź na zadawane przez miliony Polaków pytanie "co się dzieje?".
Nadszedł czas na swego rodzaju expose bis, w którym szef rządu dokonałby bilansu tego, co się stało w minionych 15 miesiącach, i naszkicowałby plan na następne miesiące i lata. Zasługujemy wszyscy na coś więcej niż dość tandetny reality-show, w którym wielki reżyser, jakiś Wielki Brat, według własnego uznania kreuje wydarzenia, bez określenia kryteriów oceny wystawia cenzurki i deklaruje, że "jest pod wrażeniem", albo pokazuje komuś drzwi. Demokracja nie polega bowiem wyłącznie na tym, że władza zdobywa w wyborach mandat do rządzenia, a potem wyborców może już ignorować. Polega także na tym, że władza czuje się w obowiązku bez przerwy tłumaczyć, co i dlaczego robi oraz czego i dlaczego nie robi.
Nić łącząca premiera i jego ekipę z dużą częścią elektoratu wydaje się całkiem mocna, ale szef rządu myli się, zakładając, że jest ona nie do rozerwania. Tymczasem rządzący, zachowując się jak kapryśni możnowładcy, zdają się nie zawracać głowy wątpliwościami i krytycznymi opiniami już zdecydowanej większości Polaków, jakby to nie naród był suwerenem, ale oni sami. Premier powinien powiedzieć Polakom o tym, jakie są jego i jego rządu zamiary. Ktoś z kolei powinien powiedzieć premierowi, że dwaj najważniejsi ludzie w Polsce nie są bożymi pomazańcami, ale sługami narodu.
Premierowi Kaczyńskiemu bardzo łatwo przyszło zbagatelizowanie opinii wygłoszonej kilka dni temu, po dymisji Radka Sikorskiego, przez profesora Zbigniewa Brzezińskiego. Błąd. Brzeziński bardzo krytycznie mówi o obecnych amerykańskich władzach. Ale o władzach Polski zawsze wypowiadał się z niezwykłą wprost powściągliwością.
Jeśli więc teraz mówi o "samoizolacji Polski" i o tym, że w rządzie nie ma już żadnej osoby rozumiejącej strategiczne implikacje wydarzeń na arenie międzynarodowej, oznacza to, iż osiągnął stan desperacji i zniechęcenia, jakiego w związku z sytuacją w Polsce nie doświadczył od 1989 roku. Chyba że najwyższy władca doszedł do wniosku, że można już zignorować nie tylko Geremka i Balcerowicza, Mazowieckiego i Wałęsę, ale także Bartoszewskiego i Brzezińskiego, i że żaden z nich nie ma do powiedzenia nic ważnego, ponieważ wszyscy nienawidzą Kaczyńskich i spiskują, by pozbawić ich władzy.
Otóż władza w Polsce zachowuje się tak, jakby była w oblężonej twierdzy. Nie widzi tylko, że nikt jej nie oblega, a jedyną fosą są jej własne kompleksy, urazy i obsesje. To Polacy sprawili, że Polską rządzą bracia Kaczyńscy. Bracia Kaczyńscy muszą więc teraz zwrócić się do narodu, któremu wszystko zawdzięczają. Do narodu, czyli nie do poddanych, lecz do swych przełożonych.
Najbardziej nonsensowne pytania, jakie można zadać w ostatnich dniach w związku ze zmianami kadrowymi w rządzie, to pytania typu: "co z tego wynika?" czy "o co tu chodzi?". Pytania te są pozbawione sensu, bo ich stawianie sugeruje, że to, co się dzieje, podlega jakiejkolwiek racjonalnej analizie, że wszystko to układa się w jakiś jeden logiczny wzór. A jedyną regułą porządkującą wszechobecny chaos jest to, że żadnych reguł nie ma, że wszystko, co się dzieje, to efekt przypadkowych zdarzeń, humorów, kaprysów, zadrażnień, animozji, które może mają jakąś merytoryczną podstawę, a może nie.
Jeśli niemal całkowicie bezradni są teraz wszyscy komentatorzy polityczni, poza może apologetami obecnej władzy, gotowymi wytłumaczyć wszystko, nawet to, co niewytłumaczalne, to jak może to sobie poukładać w głowie zwykły obywatel. Oczywiście przy założeniu, że jeszcze ma potrzebę patrzenia na to, co się dzieje, i zrozumienia z tego czegokolwiek.
38-milionowy naród w środku Europy ma prawo wiedzieć. Nie tylko wiedzieć, dlaczego odchodzi z rządu albo ze stanowiska ten czy ów minister. Mamy prawo wiedzieć, czego chce władza, co planuje, jak chce to osiągnąć, przyjmując oczywiście, że władza zna odpowiedzi na te pytania. Od czasu expose premiera Kaczyńskiego minęło ponad siedem miesięcy i naprawdę warto by się dowiedzieć, jakie są teraz priorytety rządu.
Nadal demontowanie WSI i montowanie CBA, a może reforma finansów państwa, a może reforma służby zdrowia, a może jakieś zmiany w edukacji, a może walka o korzystny dla nas projekt nowej europejskiej konstytucji? Nie znamy jednak ani hierarchii ważności poszczególnych spraw, ani tego, co chce zrobić rząd w odniesieniu do każdej z nich. Przez dłuższy czas w działaniach Jarosława Kaczyńskiego można było dostrzec istnienie jakiegoś planu głównego. Może istnieje on nadal, ale trudno go zidentyfikować. Czas więc wezwać premiera, by odnowił kontakt ze społeczeństwem. Nadszedł czas na orędzie do narodu, które dałoby chociaż częściową odpowiedź na zadawane przez miliony Polaków pytanie "co się dzieje?".
Nadszedł czas na swego rodzaju expose bis, w którym szef rządu dokonałby bilansu tego, co się stało w minionych 15 miesiącach, i naszkicowałby plan na następne miesiące i lata. Zasługujemy wszyscy na coś więcej niż dość tandetny reality-show, w którym wielki reżyser, jakiś Wielki Brat, według własnego uznania kreuje wydarzenia, bez określenia kryteriów oceny wystawia cenzurki i deklaruje, że "jest pod wrażeniem", albo pokazuje komuś drzwi. Demokracja nie polega bowiem wyłącznie na tym, że władza zdobywa w wyborach mandat do rządzenia, a potem wyborców może już ignorować. Polega także na tym, że władza czuje się w obowiązku bez przerwy tłumaczyć, co i dlaczego robi oraz czego i dlaczego nie robi.
Nić łącząca premiera i jego ekipę z dużą częścią elektoratu wydaje się całkiem mocna, ale szef rządu myli się, zakładając, że jest ona nie do rozerwania. Tymczasem rządzący, zachowując się jak kapryśni możnowładcy, zdają się nie zawracać głowy wątpliwościami i krytycznymi opiniami już zdecydowanej większości Polaków, jakby to nie naród był suwerenem, ale oni sami. Premier powinien powiedzieć Polakom o tym, jakie są jego i jego rządu zamiary. Ktoś z kolei powinien powiedzieć premierowi, że dwaj najważniejsi ludzie w Polsce nie są bożymi pomazańcami, ale sługami narodu.
Premierowi Kaczyńskiemu bardzo łatwo przyszło zbagatelizowanie opinii wygłoszonej kilka dni temu, po dymisji Radka Sikorskiego, przez profesora Zbigniewa Brzezińskiego. Błąd. Brzeziński bardzo krytycznie mówi o obecnych amerykańskich władzach. Ale o władzach Polski zawsze wypowiadał się z niezwykłą wprost powściągliwością.
Jeśli więc teraz mówi o "samoizolacji Polski" i o tym, że w rządzie nie ma już żadnej osoby rozumiejącej strategiczne implikacje wydarzeń na arenie międzynarodowej, oznacza to, iż osiągnął stan desperacji i zniechęcenia, jakiego w związku z sytuacją w Polsce nie doświadczył od 1989 roku. Chyba że najwyższy władca doszedł do wniosku, że można już zignorować nie tylko Geremka i Balcerowicza, Mazowieckiego i Wałęsę, ale także Bartoszewskiego i Brzezińskiego, i że żaden z nich nie ma do powiedzenia nic ważnego, ponieważ wszyscy nienawidzą Kaczyńskich i spiskują, by pozbawić ich władzy.
Otóż władza w Polsce zachowuje się tak, jakby była w oblężonej twierdzy. Nie widzi tylko, że nikt jej nie oblega, a jedyną fosą są jej własne kompleksy, urazy i obsesje. To Polacy sprawili, że Polską rządzą bracia Kaczyńscy. Bracia Kaczyńscy muszą więc teraz zwrócić się do narodu, któremu wszystko zawdzięczają. Do narodu, czyli nie do poddanych, lecz do swych przełożonych.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl