Anna Walentynowicz nie wybierze się do kina, by zobaczyć "Strajk" raz jeszcze. Po pierwsze nie chce. "Wypowiedziała już swoje zdanie, a reżyser nie uwzględnił żadnej z jej uwag - choćby tej, by nie kłamał, że jej syn był w ZOMO" - opowiada zaprzyjaźniona z Walentynowicz Joanna Duda-Gwiazda. Po drugie, Ania - jak mówią o niej przyjaciele - leży w szpitalu, jest poważnie chora, nie czas więc na kino. A po trzecie, ona swoją historię już opowiedziała. Odrzucenie, niezgoda, protest są kluczowym elementem jej charakteru. Podobnie jak upór w żądaniu całej, choć często widzianej straszliwie ostro, prawdy.

Trudna sława
"Powinna się cieszyć, w końcu została bohaterką filmu" - mówi Lech Wałęsa. I obiektywnie ma rację, ale w głębi duszy pewnie czuje, że to twierdzenie nie jest do końca fair. Bo kategoria "radości" z uwiecznienia w dziele znanego reżysera zupełnie nie przystaje do postaci Walentynowicz. Wałęsa by się ucieszył, ona wskazuje nieścisłości. Kolejny dowód, jak inne tworzą światy bohaterowie strajku w Stoczni Gdańskiej.
- Kontrowersje wokół filmu zaskoczyły mnie i mną wstrząsnęły, zrobiliśmy przecież kawał dobrej roboty - twierdzi niemiecki reżyser "Strajku" Volker Schlöndorff. Pewnie nie kłamie, ale na pewno daje dowód, że niedokładnie wczytał się w biografię Anny Walentynowicz i że chyba także niedokładnie ją zrozumiał. A może nikt mu nie wytłumaczył całego kontekstu, tego, że już na starcie był bez szans. Bo nie można zrobić filmu jednocześnie zrozumiałego dla zagranicznej publiczności i akceptowalnego dla Anny Walentynowicz i jej przyjaciół. To akurat też jasno wynika z jej życiorysu.

Ale niezależnie od uzasadnionego często kręcenia nosem weteranów Sierpnia 1980 roku i historyków powinniśmy Schlöndorffowi podziękować. Jego film nie tylko w atrakcyjny sposób przypomina Europie zryw "Solidarności", on przede wszystkim przywraca Annę Walentynowicz naszej polskiej zbiorowej pamięci. I zmusza do odpowiedzi na pytania o ocenę wyborów dokonywanych przez tę polską bohaterkę.

Bo to wybory bardzo jasne i klarowne. To, co dla większości elit postsolidarnościowych było odzyskaniem wolności i budową III RP, dla niej było ciągiem dalszym nieprawoci, z którymi walczyła przez tyle lat. W napisanej wspólnie z Anną Baszanowską autobiografii "Cień przyszłości" mówi o swoim marzeniu, by jej syn i wnuki mogli żyć w kraju wolnym, rządzonym przez ludzi prawych i mądrych. To, jak wspomina, było siłą i motorem jej działalności. Ale zaraz dodaje, że tylko raz w sierpniu 1980 roku "przez chwilę" uwierzyła, że to możliwe. Jednak "mijały kolejne lata i te młodzieńcze marzenia musiałam przenieść na pokolenie moich wnuków" - dodaje. Dziś nie cofa się nawet przed bardzo ostrymi słowami: "Zastosowano metodę: oszustwo i alkohol. W wyniku alkoholowych spotkań dochodzi do kolejnych porozumień, tzw. okrągłostołowych. W rezultacie w latach 90. następuje połączenie sił zbrodniczej partii PZPR i agentury ukrytej pod nazwą AWS-u" - mówiła w grudniu 2005 roku.

Outsiderka III RP
Wcześniej konsekwentnie odmawiała jakiejkolwiek autoryzacji III RP. W czasie Sejmu kontraktowego nie odebrała osobiście Krzyża Kawalerskiego Orderu Polonia Restituta, bo uroczystość miała się odbyć w gmachu Sejmu. A jak twierdziła, "nie chciała mieć nic wspólnego z tym Sejmem i tą Solidarnością". W ostatnich wypowiedziach publicznych wspierała ekipę Kaczyńskich, ale - jak zaznacza Antoni Mężydło, działacz Wolnych Związków Zawodowych i "Solidarności" - jest to wsparcie warunkowe. "Ja to rozumiem, bo sam przez to przeszedłem. Aż do połowy lat 90. nie chodziłem na wybory. Myśmy to nazywali emigracją wewnętrzną, ale tak naprawdę to była kontynuacja podziemia. Gwiazdowie wydawali nawet w drugim obiegu pismo >Poza Układem<. Bo i mnie, i Walentynowicz, i Gwiazdom ten kompromis z 1989 roku wydawał się zdecydowanie za daleko posunięty. No i był jeszcze konflikt z Wałęsą" - wspomina obecny poseł PiS.

Ten konflikt to jeden z kluczy do zrozumienia dzisiejszej postawy Anny Walentynowicz. Przez całe lata 80. był to bowiem spór ukryty, a kiedy eksplodował w III RP, bez kontekstu wydawał się niezrozumiały. "To się zaczęło bardzo szybko, jeszcze w sierpniu, jeszcze w czasie strajku" - wspomina jeden z najważniejszych działaczy "S", proszący jednak w tej sprawie o anonimowość.

Pierwsze starcie dotyczyło związkowych pieniędzy przynoszonych spontanicznie przez ludzi pod bramę. Pilnowała ich ciesząca się opinią osoby bezwzględnie uczciwej Walentynowicz. I skrupulatnie zanotowała między innymi pożyczkę w wysokości 100 tysięcy złotych, jaką zaciągnął na trzy dni Lech Wałęsa. I konsekwentnie o niej przypominała. Zdarzało jej się w tym kontekście, co sama przyznaje, publicznie sugerować defraudację. W efekcie ludzie Wałęsy zaczęli oskarżać ją o niegodne reprezentowanie związku. W maju doszło do sądu koleżeńskiego, któremu przewodniczyła Anna Kurska. Walentynowicz oczyszczono, Wałęsa oddał pożyczkę (jak twierdzi, nigdy nie miał zamiaru nie oddawać), ale niechęć już na zawsze zatruła wzajemne relacje. Wałęsa szedł w górę, a Walentynowicz była coraz bardziej spychana na margines. Chociaż to dzięki jej i Aliny Pieńkowskiej (nieżyjąca już późniejsza żona Bogdana Borusewicza) interwencji strajk kontynuowano, choć Wałęsa ogłosił koniec - władze stoczni spełniły większoć żądań załogi. "Zatrzymujemy go, gorączkowo mu tłumaczymy, że nie wolno nam myśleć tylko o sobie, że błąd, jaki popełnił, można jeszcze naprawić".

Uległ, strajk przerodził się w solidarnościowy. Narodziła się "Solidarność". Ale od tej pory Walentynowicz ciągle i coraz ostrzej wadzi się z Wałęsą. Co jakiś czas ze strony jej środowiska powtarzają się sugestie o agenturalności Wałęsy. "Prędzej bym podał rękę Kiszczakowi, gdyby mnie zdołał przekonać do swoich czystych intencji, jako mojemu wrogowi. Nie można podać ręki zdrajcy, który w naszych szeregach działał na rzecz przeciwnika. (...) 25 lat temu, gdyby przyznał się, że jest kapusiem bezpieki, to prawdopodobnie ludzie wybaczyliby mu, a on nie musiałby działać już według instrukcji, ale mógłby przejść na naszą stronę. Wtedy nie przeszedł" - mówił dziennikarzom Andrzej Gwiazda w 2005 roku. Dziś już rzeczywiście nie ma szans na pojednanie. "Pani Ania jest matką chrzestną mojej najstarszej córki i kilka lat temu była na jej slubie. Rozmawialiśmy nawet kulturalnie, ale nic nie zrozumiała chyba" - mówi Wałęsa. Za dużo ran.

W 1981 roku Walentynowicz nie została delegatem na I Zjazd NSZZ "Solidarność", patrzyła na to święto z boku, z trudem udało się jej powiedzieć kilka słów. Nic dziwnego, że zajmujący się historią najnowszą dr Antoni Dudek określa Walentynowicz jako jedną z trzech najważniejszych osób w początkach Wolnych Związków Zawodowych, która jednak po Sierpniu nie odegrała już znaczącej roli.

Wielki wróg
A przecież wszystko zaczęło się od zwolnienia Walentynowicz z pracy, 7 sierpnia 1980 roku, na pięć miesięcy przed nabyciem przez nią praw emerytalnych. Kiedy dwa dni później przychodzi do pracy, strażnicy wykręcają jej ręce i brutalnie wyrzucają za bramę. - To był tyko pretekst, mieliśmy już Wolne Związki Zawodowe, Lublin już strajkował. No i Walentynowicz wykorzystaliśmy tylko jako zaczepkę, a nie jakąś postać. To była dobra zaczepka - mówi "Dziennikowi" Lech Wałęsa. Ale Mężydło jest przeciwnego zdania: - To było autentyczne wydarzenie, a nie żaden pretekst! Atmosfera strajkowa była raczej w lipcu, w sierpniu już siadało. Jej zwolnienie naprawdę wzburzyło ludzi. "Stała się symbolem, uosabiała pokrzywdzonego zwykłego człowieka" - mówi Dudek.

Ten symbol narodził się zresztą dużo wcześniej i zmieniał po drodze swoje znaczenie. Bo historia Anny Walentynowicz jako osoby zaangażowanej społecznie wcale nie zaczęła się w 1980 roku czy w 1978, kiedy współtworzyła Wolne Związki Zawodowe Wybrzeża. W latach 50. symbolizowała społeczny awans dokonujący się dzięki ludowej władzy. Należała krótko do Związku Młodzieży Polskiej, szefowała stoczniowej Lidze Kobiet, zachęcano ją mocno, ale bezskutecznie do wstąpienia do PZPR.

Nie było w tym żadnego fałszu, nie było kłamstwa. Bo w pierwszych latach Polski Ludowej rzeczywiście miała za co być wdzięczna. Po latach sierocego losu przy obcej rodzinie, traktującej ją jak podczłowieka, służącą bez praw siedzenia przy wspólnym stole, ale za to zdolną do pracy od czwartej rano do nocy, stała się pełnoprawnym obywatelem. Opis tej dekady, kiedy była "zawsze głodna, nierzadko bita", to jeden z najbardziej wzruszających fragmentów w jej wspomnieniach. Ta okrutna baśń, jak to nazywa, rozpoczęła się w 1939 roku, kiedy najpierw zginął jej ojciec, a potem umarła mama. Młodą Annę Lubczyk przygarnęli sąsiedzi i przez dziesięć lat traktowali jak niewolnicę. Tak było także po przenosinach na Wybrzeże. Dopiero w 1949 roku zdołała się uwolnić. Zyskała własną suterenę, pracę najpierw w fabryce margaryny, a potem w Stoczni Gdańskiej, dowód osobisty i własne pieniądze. Skierowano ją na kurs dla analfabetów. Została spawaczem i w tym zawodzie pracowała 16 lat.

"Była jednym z najlepszych spawaczy w stoczni, powierzano jej prace wymagające najlepszych kwalifikacji. Była artystką wśród spawaczy, musiała jednak zmienić miejsce pracy, bo nabawiła się pylicy. Wtedy zaproponowano jej pracę na suwnicy, najprawdopodobniej z myślą, że będzie izolowana wśród załogi. Bo z suwnicy nie można ot tak sobie zejść i po prostu pogadać z załogą" - opowiada Andrzej Gwiazda. Ale suwnica to też nie byle co - wielki dźwig poziomy w hali, czasem kilkadziesiąt ton trzeba przewieźć nad głowami robotników i położyć z dokładnością do kilku centymetrów.

Gwiazda Gwiazdozbioru

Sama Walentynowicz we wspomnieniach o przeniesieniu kładzie nacisk na drugi element - polityczny. Bo już wtedy interweniowała, pisała, żądała sprawiedliwości w sprawach dużych i małych. Męczyła władze i coraz bardziej dorabiała się opinii niepokornej. Zaczęły się wezwania do stoczniowego Urzędu Bezpieczeństwa i szykany. Karne przenosiny z wydziału na wydział, obniżenia uposażenia, zwolnienia wycofywane po sądowych bojach i fermencie wśród załogi. W grudniu 1970 roku popędziła do kuchni, by szykować robotnikom jedzenie. Widziała protest z bliska.

Zadzwoniła tylko do syna, by nie wychodził z domu. Nie wyszedł. Ale wkrótce wychowywała go już samotnie, jej mąż, też pracownik Stoczni Gdańskiej, zmarł w 1971 roku.

Po drodze było jeszcze uczestnictwo w wiecu z Edwardem Gierkiem w Gdańsku, gdzie jak wspomina, też krzyknęła cichutko "Pomożemy". Ale już ostatni raz. Potem, po 1980 roku, nie krzyknęła tak nikomu. "Po Sierpniu "Solidarność" coraz bardziej się instytucjonalizuje, staje się wielką organizacją, gdzie trwa gra sił, gdzie toczy się polityka. A Anna Walentynowicz nie jest ani klasycznym przywódcą, ani ideologiem. Jest symbolem, dlatego coraz mniej się liczy" - ocenia Dudek.

Internowana w stanie wojennym, po uwolnieniu bez przerwy organizuje głodówki, protesty, akcje pomocy. I gorzknieje, czując się odsunięta na margines, mając poczucie, że Wałęsa skutecznie pozbawia ją wszelkiego znaczenia. Bo też teza, że zmarginalizowała się na własne życzenie, nie do końca daje się obronić.

W lutym 1989 roku próbuje dołączyć do organizującego się Komitetu Obywatelskiego, ale witają ją niechętnie, padają ironiczne wspomnienia, że to ona podawała działaczom kwiatki w sierpniu 1980 roku.
Jeszcze bardziej związała się z grupą ironicznie nazywaną Gwiazdozbiorem. W kolejnych wypowiedziach publicznych eskaluje zarzuty wobec Wałęsy i innych twórców porozumień okrągłostołowych. Poświęca się też dwojgu wnucząt, którym z lichej emerytury dogadza jak potrafi. I znowu, z jednej strony bywa, iż mocno przesadza, tak wielką rolę przypisując SB, z drugiej dzięki pracy Instytutu Pamięci Narodowej już wiemy, iż bezpieczniackie gry odegrały pewną rolę w kształtowaniu drugiej "Solidarności".

Ale o tym musimy opowiedzieć już sami. Bez wariactwa, ale dociekliwie. Ani Schlöndorff, ani nikt inny tego za nas nie zrobi.

Przy pracy nad tym materiałem korzystałem z książki Anny Walentynowicz i Anny Baszanowskiej "Cień przyszłości" wydawnictwa Arcana