Kiedy przeczytałem tekst redaktora Jerzego Jachowicza, dziennikarza, który jak mało kto zna historię adwokatury, przypomniałem sobie przełom lat 70. i 80. To właśnie wtedy, w okresie posierpniowym, przyszedł dla adwokatów bardzo trudny czas - pisze w DZIENNIKU mec. Krzysztof Piesiewicz.
Byłem wówczas młodym i - jak to się mówi - dobrze zapowiadającym się adwokatem. Pamiętam jedno ze swoich spotkań z dziekanem paryskiej rady adwokackiej - Jeanem
Couteuronem, notabene wielkim przyjacielem Polski, mieszkającym w Warszawie w latach międzywojennych. Pan Couteuron wypowiedział wówczas słowa, które bardzo mnie poruszyły. Po lekturze tekstu
redaktora Jachowicza zacząłem zastanawiać się, czy są one jeszcze aktualne.
Obrońcy przed władzą i administracją
Couteuron mówił, że jesteśmy - według łacińskiego słowa advocatus - tym, kogo wzywa się na pomoc. Opiekunem, na którym się polega. Ucieczką przed niebezpieczeństwem, przed przeciwnościami. Adwokat nie czerpie swej siły ani z potęgi ekonomicznej - której nie ma, ani ze znaczenia politycznego, które słusznie się kwestionuje.
Gdzie znajdujemy naszą siłę i rację istnienia, jeśli nie w obronie jednostek? Władza wszędzie ma skłonność do ograniczania naszego działania pod pretekstem, że jesteśmy wspólnikami naszych klientów. Ale nie jesteśmy jedynie ich obrońcami, czyli innymi obywatelami, lecz również ich obrońcami przed władzą i administracją państwową. Nie jesteśmy więc władzą, ale przeciwieństwem władzy. Na tym polega misja adwokata od zarania dziejów.Tę misję i tę niezbędną niezależność adwokata powinny według Couteurona zaakceptować władze w imię najwyższego dobra społeczeństwa. A my musimy zrozumieć, że nie jest to łatwe. Takie wszelako pojmowanie zadań adwokata należy osiągnąć. Taka jest cena prawdziwej demokracji.
I do nas, adwokatów należy dążenie do jej uzyskania. Któż inny niż my mógłby podjąć się tego zadania? Takie jest przeznaczenie, które wyznacza nasz ideał, bez względu na to, z jakiego kraju pochodzimy. Taka jest cena, jaką płacimy za surowe pojmowanie wartości człowieka. Władza wszędzie bowiem ma skłonność do ograniczania naszego działania pod pretekstem, że jesteśmy wspólnikami naszych klientów - tak Jean Couteuron pojmował społeczną rolę adwokatury.
Myślę, że tekst redaktora Jachowicza poruszył bardzo ważne kwestie. Powstaje bowiem pytanie - czy adwokatura ma siły intelektualne, organizacyjne, etyczne, aby te wielkie zadania, tę wielką misję, o której mówił dziekan Couteuron, w dzisiejszej wolnej i demokratycznej Polsce podjąć? Oraz - czy kolejne rządy potrafią zrozumieć miejsce, funkcję i rolę adwokatury? Czy są zdolne tak współpracować z samorządem adwokackim, niezbędnym dla istnienia niezależniej palestry, aby mogła ona spełniać swe zadania? Czy są zdolne tak współpracować z samorządem adwokackim, aby budować adwokaturę jako fragment dobrego, mądrego i roztropnego wymiaru sprawiedliwości?
Nowa rzeczywistość adwokacka
Pamiętajmy, że w najtrudniejszych latach 1982 - 1988, w schyłkowym okresie realnego socjalizmu, zawód adwokata, jeśli chodzi o prestiż i zaufanie społeczne, wyprzedzał o kilka długości inne zawody. Działo się tak między innymi dlatego, ponieważ adwokatura była po prostu blisko społeczeństwa, blisko obywateli. I to mimo że tylko niewielka grupa adwokatów wykazywała się odwagą cywilną i przywiązaniem do tego wszystkiego, o czym mówił dziekan Couteuron. Co się stało na przełomie lat 80. i 90., że adwokatura zaczęła popadać w coraz większy konflikt z prawie wszystkimi strukturami władzy, jakie pojawiły się po 1990 roku? Co się stało, że jej samorząd coraz bardziej słabł, że zaczęły zamierać pewne tradycje, ciągłość? A co najważniejsze, że coraz bardziej podupadał prestiż adwokatury? Wydaje mi się, że złożyło się na to wiele elementów.
Adwokaci po 1990 r. wyraźnie się zdezintegrowali, co miało wpływ na siłę samorządu adwokackiego. Coraz większą wagę zaczęli przywiązywać do swych małych warsztatów. W nowej rzeczywistości gospodarczej musieli bowiem sami zatroszczyć się o pomieszczenia, komputery, faksy, telefony - wszystko to, co w okresie realnego socjalizmu znajdowali w zespołach adwokackich, w których pracowali. Bez względu na wiek i staż pracy musieli odnaleźć się w zupełnie nowej rzeczywistości - bardzo szybko opanować zmieniające się prawo, stawić czoła sprawom organizacyjnym czy nauczyć się języków obcych.
W zakresie indywidualnych warsztatów pracy adwokatura podjęła ogromny wysiłek i zbudowała bardzo wiele kancelarii adwokackich, które przetrwały mimo ogromnej konkurencji ze strony zagranicznych firm adwokackich. Dzisiaj każda władza powinna te osiągnięcia pielęgnować. Strzec ich, aby niezależny adwokat, który ma tego rodzaju zdolność intelektualną, merytoryczną i organizacyjną, iż może konkurować z prawniczymi molochami, w ogóle przetrwał. Odbyło się to jednak kosztem dezintegracji środowiska, kosztem osłabienia samorządu i - co paradoksalne - również kosztem jego siły materialnej, ponieważ wszystko skupiło się na działaniach indywidualnych. Ten proces spowodował także rozwarstwienie środowiska adwokackiego. W dużych miastach, w wyniku ogromnego wysiłku, dokształcania się i nakładów materialnych, powstały sprawnie funkcjonujące, na poziomie europejskim, kancelarie adwokackie. Jednocześnie jest więcej kancelarii małych, które tkwią jak gdyby w innej rzeczywistości - 20, 30, 40 lat wstecz. To również rzutuje na dezintegrację i rozwarstwienie środowiska adwokackiego.
W poszukiwaniu straconego prestiżu
Dlatego dzisiaj samorząd adwokacki stoi przed wielkim, lecz nieławym zadaniem odbudowy prestiżu i zaufania publicznego. Adwokaci nie posiadają żadnego immunitetu, są traktowani jak dziennikarze, jak lekarze, jak architekci - jak inni ludzie wolnych zawodów. W związku z tym rodzi się ogromny problem.
We współczesnej adwokaturze polskiej będą zachodziły procesy specjalizacyjne, co wymaga również instrumentów i podstaw materialnych do kształcenia i poznawania nowych kierunków, nowej myśli prawniczej, wiążącej się z wiedzą specjalizacyjną. Pojawią się nowe dziedziny praw, które dotyczą szeroko pojętej multimedialności (internet). To tam będzie przesuwać się prawo karne, prawo pracy. Przesuwanie się w nowe przestrzenie wymaga jednak dokształcenia. I wymaga pieniędzy, budowania nowych instrumentów do ogarnięcia otaczającej nas rzeczywistości, by móc nieść rzeczywistą pomoc.
Zderzenie koncepcji otwarcia adwokatury lansowanych przez Ministerstwo Sprawiedliwości ze sprzeciwem środowiska, wynikało z grzechu zaniechania samorządu zawodowego. Zaniechanie to polegało na nadmiernym ryglowaniu dostępu do zawodu. Niektóre argumenty ograniczeń są słuszne, jednak wydaje mi się, że okopywanie się na tych pozycjach spowodowało negatywne zjawiska. Nie może być tak, że ten, kto ma praktykę prawniczą i jednocześnie tytuł naukowy, nie może się wpisać na listę adwokatów. Z kolei przyjmowanie do korporacji tylko dlatego, że ktoś gdzieś praktykował przez pięć lat jest przekreśleniem wszystkiego, co się wiąże z dystynkcją adwokata. Ktoś ma doktorat, pracuje 10 lat w sądzie i nie ma wpisu na listę adwokata, a jednocześnie Ministerstwo Sprawiedliwości mówi, że ktoś kto ma pięć lat praktyki, np. w komendzie powiatowej, może ów wpis mieć.
Adwokat nie tylko nie jest pomagierem przestępcy. Nie jest też od tego, by do czegoś namawiać albo nakłaniać. Ten zawód od zawsze był oparty na ciągłości i przenoszeniu pewnych zasad. Głoszenie tezy o zderzeniu pokoleń świadczy nie tylko źle o adwokaturze, nie tylko źle o ogólnie funkcjonującym obyczaju, ale służy ogólnie źle pojętemu wymiarowi sprawiedliwości.
Społeczeństwu potrzebna jest dobra adwokatura
Po okresie traumy organizacyjnej - po okresie rozchwiania i spadku prestiżu - przyjdzie taki czas, że adwokatura będzie musiała się podźwignąć. Pamiętajmy, co robiono z adwokaturą w latach 50. Jak próbowano manipulować wpisami na liście adwokatów, jak naciskano sądy dyscyplinarne, które również były używane do manipulowania palestrą. Problem polega na tym, by sądy dyscyplinarne funkcjonowały w sposób niebudzący żadnych zastrzeżeń. Aby nie sprawiały wrażenia, że są niewydolne i że kamuflują wszystkie negatywne zjawiska w adwokaturze. Negatywne zjawiska nie występują jednak tak nagminnie, jak się o tym mówi, ale każde tego rodzaju zdarzenie jest spektakularne i oczywiście bulwersuje opinię publiczną. Trzeba zatem usiąść i rozmawiać.
Ale najpierw trzeba zaakceptować to, co mówił dziekan Couteuron. Należy wpoić w swą myśl słowa, które mają charakter uniwersalny i ponadczasowy. Władza z tego musi sobie zdawać sprawę. Bo dobra, niezawisła i niezależna adwokatura jest potrzebna społeczeństwu. Tylko wtedy wymiar sprawiedliwości będzie funkcjonował jako trzecia władza. I dlatego pamiętajmy, że wszelkie próby przekształcania form adwokatury mają pośredni wpływ na trójpodział władzy.
Jeżeli artykuł Jerzego Jachowicza ma służyć dyskusji, najlepiej by było, żeby ta dyskusja medialna była krótka. Powinna natomiast rozpocząć się poważna debata między tymi, którzy mogą tworzyć właściwy ustrój służący do powołania różnych zawodów.
Środowisko prawnicze toczy tę debatę od początku lat 90. I trzeba ją zakończyć. Ale, żeby ją zakończyć dla dobra polskiej demokracji, potrzebna jest również z tymi, którzy prawo stanowią i z tymi, którzy je realizują. I ta debata nie może być z pozycji stania zza węgła, ale musi opierać się na tej przesłance, jaką jest dobro publiczne, trójpodział władzy i fundamenty praw człowieka i demokracji.
Kiedy rozmawiam o tym wszystkim z bardzo młodymi prawnikami, oni wszystkie te argumenty rozumieją. A rozumieją z bardzo prostej przyczyny - też chcą mieć jasno opisaną drogę dochodzenia do zawodu. Nie chcą jednak drogi łatwej ani na skróty. Chcą, żeby te dystynkcje, które kiedyś osiągną, były coś warte. Żeby ta toga nie byłą porwana, wyszmelcowana, śmierdząca. Żeby to było coś, co jest szlachetne. Ale ta szlachetność zobowiązuje i oni o tym wiedzą. O tym powinni wiedzieć wszyscy. Zacznijmy więc debatę z punktu widzenia dobra publicznego i wielkich tradycji adwokatury polskiej.
Krzysztof Piesiewicz, senator RP (w klubie PO), adwokat, wieloletni członek samorządu adwokackiego, scenarzysta
Obrońcy przed władzą i administracją
Couteuron mówił, że jesteśmy - według łacińskiego słowa advocatus - tym, kogo wzywa się na pomoc. Opiekunem, na którym się polega. Ucieczką przed niebezpieczeństwem, przed przeciwnościami. Adwokat nie czerpie swej siły ani z potęgi ekonomicznej - której nie ma, ani ze znaczenia politycznego, które słusznie się kwestionuje.
Gdzie znajdujemy naszą siłę i rację istnienia, jeśli nie w obronie jednostek? Władza wszędzie ma skłonność do ograniczania naszego działania pod pretekstem, że jesteśmy wspólnikami naszych klientów. Ale nie jesteśmy jedynie ich obrońcami, czyli innymi obywatelami, lecz również ich obrońcami przed władzą i administracją państwową. Nie jesteśmy więc władzą, ale przeciwieństwem władzy. Na tym polega misja adwokata od zarania dziejów.Tę misję i tę niezbędną niezależność adwokata powinny według Couteurona zaakceptować władze w imię najwyższego dobra społeczeństwa. A my musimy zrozumieć, że nie jest to łatwe. Takie wszelako pojmowanie zadań adwokata należy osiągnąć. Taka jest cena prawdziwej demokracji.
I do nas, adwokatów należy dążenie do jej uzyskania. Któż inny niż my mógłby podjąć się tego zadania? Takie jest przeznaczenie, które wyznacza nasz ideał, bez względu na to, z jakiego kraju pochodzimy. Taka jest cena, jaką płacimy za surowe pojmowanie wartości człowieka. Władza wszędzie bowiem ma skłonność do ograniczania naszego działania pod pretekstem, że jesteśmy wspólnikami naszych klientów - tak Jean Couteuron pojmował społeczną rolę adwokatury.
Myślę, że tekst redaktora Jachowicza poruszył bardzo ważne kwestie. Powstaje bowiem pytanie - czy adwokatura ma siły intelektualne, organizacyjne, etyczne, aby te wielkie zadania, tę wielką misję, o której mówił dziekan Couteuron, w dzisiejszej wolnej i demokratycznej Polsce podjąć? Oraz - czy kolejne rządy potrafią zrozumieć miejsce, funkcję i rolę adwokatury? Czy są zdolne tak współpracować z samorządem adwokackim, niezbędnym dla istnienia niezależniej palestry, aby mogła ona spełniać swe zadania? Czy są zdolne tak współpracować z samorządem adwokackim, aby budować adwokaturę jako fragment dobrego, mądrego i roztropnego wymiaru sprawiedliwości?
Nowa rzeczywistość adwokacka
Pamiętajmy, że w najtrudniejszych latach 1982 - 1988, w schyłkowym okresie realnego socjalizmu, zawód adwokata, jeśli chodzi o prestiż i zaufanie społeczne, wyprzedzał o kilka długości inne zawody. Działo się tak między innymi dlatego, ponieważ adwokatura była po prostu blisko społeczeństwa, blisko obywateli. I to mimo że tylko niewielka grupa adwokatów wykazywała się odwagą cywilną i przywiązaniem do tego wszystkiego, o czym mówił dziekan Couteuron. Co się stało na przełomie lat 80. i 90., że adwokatura zaczęła popadać w coraz większy konflikt z prawie wszystkimi strukturami władzy, jakie pojawiły się po 1990 roku? Co się stało, że jej samorząd coraz bardziej słabł, że zaczęły zamierać pewne tradycje, ciągłość? A co najważniejsze, że coraz bardziej podupadał prestiż adwokatury? Wydaje mi się, że złożyło się na to wiele elementów.
Adwokaci po 1990 r. wyraźnie się zdezintegrowali, co miało wpływ na siłę samorządu adwokackiego. Coraz większą wagę zaczęli przywiązywać do swych małych warsztatów. W nowej rzeczywistości gospodarczej musieli bowiem sami zatroszczyć się o pomieszczenia, komputery, faksy, telefony - wszystko to, co w okresie realnego socjalizmu znajdowali w zespołach adwokackich, w których pracowali. Bez względu na wiek i staż pracy musieli odnaleźć się w zupełnie nowej rzeczywistości - bardzo szybko opanować zmieniające się prawo, stawić czoła sprawom organizacyjnym czy nauczyć się języków obcych.
W zakresie indywidualnych warsztatów pracy adwokatura podjęła ogromny wysiłek i zbudowała bardzo wiele kancelarii adwokackich, które przetrwały mimo ogromnej konkurencji ze strony zagranicznych firm adwokackich. Dzisiaj każda władza powinna te osiągnięcia pielęgnować. Strzec ich, aby niezależny adwokat, który ma tego rodzaju zdolność intelektualną, merytoryczną i organizacyjną, iż może konkurować z prawniczymi molochami, w ogóle przetrwał. Odbyło się to jednak kosztem dezintegracji środowiska, kosztem osłabienia samorządu i - co paradoksalne - również kosztem jego siły materialnej, ponieważ wszystko skupiło się na działaniach indywidualnych. Ten proces spowodował także rozwarstwienie środowiska adwokackiego. W dużych miastach, w wyniku ogromnego wysiłku, dokształcania się i nakładów materialnych, powstały sprawnie funkcjonujące, na poziomie europejskim, kancelarie adwokackie. Jednocześnie jest więcej kancelarii małych, które tkwią jak gdyby w innej rzeczywistości - 20, 30, 40 lat wstecz. To również rzutuje na dezintegrację i rozwarstwienie środowiska adwokackiego.
W poszukiwaniu straconego prestiżu
Dlatego dzisiaj samorząd adwokacki stoi przed wielkim, lecz nieławym zadaniem odbudowy prestiżu i zaufania publicznego. Adwokaci nie posiadają żadnego immunitetu, są traktowani jak dziennikarze, jak lekarze, jak architekci - jak inni ludzie wolnych zawodów. W związku z tym rodzi się ogromny problem.
We współczesnej adwokaturze polskiej będą zachodziły procesy specjalizacyjne, co wymaga również instrumentów i podstaw materialnych do kształcenia i poznawania nowych kierunków, nowej myśli prawniczej, wiążącej się z wiedzą specjalizacyjną. Pojawią się nowe dziedziny praw, które dotyczą szeroko pojętej multimedialności (internet). To tam będzie przesuwać się prawo karne, prawo pracy. Przesuwanie się w nowe przestrzenie wymaga jednak dokształcenia. I wymaga pieniędzy, budowania nowych instrumentów do ogarnięcia otaczającej nas rzeczywistości, by móc nieść rzeczywistą pomoc.
Zderzenie koncepcji otwarcia adwokatury lansowanych przez Ministerstwo Sprawiedliwości ze sprzeciwem środowiska, wynikało z grzechu zaniechania samorządu zawodowego. Zaniechanie to polegało na nadmiernym ryglowaniu dostępu do zawodu. Niektóre argumenty ograniczeń są słuszne, jednak wydaje mi się, że okopywanie się na tych pozycjach spowodowało negatywne zjawiska. Nie może być tak, że ten, kto ma praktykę prawniczą i jednocześnie tytuł naukowy, nie może się wpisać na listę adwokatów. Z kolei przyjmowanie do korporacji tylko dlatego, że ktoś gdzieś praktykował przez pięć lat jest przekreśleniem wszystkiego, co się wiąże z dystynkcją adwokata. Ktoś ma doktorat, pracuje 10 lat w sądzie i nie ma wpisu na listę adwokata, a jednocześnie Ministerstwo Sprawiedliwości mówi, że ktoś kto ma pięć lat praktyki, np. w komendzie powiatowej, może ów wpis mieć.
Adwokat nie tylko nie jest pomagierem przestępcy. Nie jest też od tego, by do czegoś namawiać albo nakłaniać. Ten zawód od zawsze był oparty na ciągłości i przenoszeniu pewnych zasad. Głoszenie tezy o zderzeniu pokoleń świadczy nie tylko źle o adwokaturze, nie tylko źle o ogólnie funkcjonującym obyczaju, ale służy ogólnie źle pojętemu wymiarowi sprawiedliwości.
Społeczeństwu potrzebna jest dobra adwokatura
Po okresie traumy organizacyjnej - po okresie rozchwiania i spadku prestiżu - przyjdzie taki czas, że adwokatura będzie musiała się podźwignąć. Pamiętajmy, co robiono z adwokaturą w latach 50. Jak próbowano manipulować wpisami na liście adwokatów, jak naciskano sądy dyscyplinarne, które również były używane do manipulowania palestrą. Problem polega na tym, by sądy dyscyplinarne funkcjonowały w sposób niebudzący żadnych zastrzeżeń. Aby nie sprawiały wrażenia, że są niewydolne i że kamuflują wszystkie negatywne zjawiska w adwokaturze. Negatywne zjawiska nie występują jednak tak nagminnie, jak się o tym mówi, ale każde tego rodzaju zdarzenie jest spektakularne i oczywiście bulwersuje opinię publiczną. Trzeba zatem usiąść i rozmawiać.
Ale najpierw trzeba zaakceptować to, co mówił dziekan Couteuron. Należy wpoić w swą myśl słowa, które mają charakter uniwersalny i ponadczasowy. Władza z tego musi sobie zdawać sprawę. Bo dobra, niezawisła i niezależna adwokatura jest potrzebna społeczeństwu. Tylko wtedy wymiar sprawiedliwości będzie funkcjonował jako trzecia władza. I dlatego pamiętajmy, że wszelkie próby przekształcania form adwokatury mają pośredni wpływ na trójpodział władzy.
Jeżeli artykuł Jerzego Jachowicza ma służyć dyskusji, najlepiej by było, żeby ta dyskusja medialna była krótka. Powinna natomiast rozpocząć się poważna debata między tymi, którzy mogą tworzyć właściwy ustrój służący do powołania różnych zawodów.
Środowisko prawnicze toczy tę debatę od początku lat 90. I trzeba ją zakończyć. Ale, żeby ją zakończyć dla dobra polskiej demokracji, potrzebna jest również z tymi, którzy prawo stanowią i z tymi, którzy je realizują. I ta debata nie może być z pozycji stania zza węgła, ale musi opierać się na tej przesłance, jaką jest dobro publiczne, trójpodział władzy i fundamenty praw człowieka i demokracji.
Kiedy rozmawiam o tym wszystkim z bardzo młodymi prawnikami, oni wszystkie te argumenty rozumieją. A rozumieją z bardzo prostej przyczyny - też chcą mieć jasno opisaną drogę dochodzenia do zawodu. Nie chcą jednak drogi łatwej ani na skróty. Chcą, żeby te dystynkcje, które kiedyś osiągną, były coś warte. Żeby ta toga nie byłą porwana, wyszmelcowana, śmierdząca. Żeby to było coś, co jest szlachetne. Ale ta szlachetność zobowiązuje i oni o tym wiedzą. O tym powinni wiedzieć wszyscy. Zacznijmy więc debatę z punktu widzenia dobra publicznego i wielkich tradycji adwokatury polskiej.
Krzysztof Piesiewicz, senator RP (w klubie PO), adwokat, wieloletni członek samorządu adwokackiego, scenarzysta
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl