Dziennik Gazeta Prawana logo

"Ratunek przed rodzicami"

12 października 2007, 16:00
Ten tekst przeczytasz w 8 minut
W Wielkiej Brytanii rodzice doprowadzili swoje ośmioletnie dziecko do nadmiernej otyłości. Obecnie waży ono 89 kg. Sprawa ta trafiła do sądu opiekuńczego, który może nawet odebrać matce prawa rodzicielskie. I bardzo słusznie - pisze w DZIENNIKU pedagog Aleksander Nalaskowski.
Ta sytuacja jest analogiczna do tej, gdy dziecku podaje się alkohol albo je głodzi. I w takich wypadkach państwo powinno ingerować. Jeżeli władze państwowe interesują się, czy rodzice dbają o to, by ich dziecko nie uchylało się od obowiązku szkolnego, to tym bardziej powinno reagować, kiedy rodzice ryzykują życie własnego potomka. Od analfabetyzmu jeszcze nikt nie umarł, ale od otyłości można.

Obowiązkiem państwa jest więc interesowanie się zdrowiem swoich obywateli, w tym najmłodszych. Ma do tego odpowiednie instrumenty. Jeżeli rodzice nie byli w stanie wysłuchać porad lekarzy i świadomie doprowadzili dziecko do takiego stanu, że prawie nie jest ono zdolne do samodzielnego funkcjonowania, w dodatku grozi mu ryzyko zawału i inne choroby wynikające z nadmiernej otyłości, to słusznie, że sprawa ta trafiła w końcu do sądu. Jednak decyzja będzie dla niego bardzo trudna, bo przecież w tym wypadku rodzice wykazali się nie tyle zaniedbaniem co wręcz nadmiarem dbałości, wszak w społeczeństwie wciąż pokutuje pogląd, że "dobrze wyglądające dziecko" jest wizytówką dobrej opieki.

Kiedy rodzice przekraczają granice

Granice władzy rodzicielskiej wyznacza kodeks karny. Zaniedbywanie dziecka, narażanie go na sytuacje, które szkodzą jego zdrowiu, narażają jego życie, jest po prostu niedozwolone. Ważny jest tu element powtarzalności, to, że dzieje się to tak permanentnie.

Sam wielokrotnie zaniedbywałem moje własne, obecnie dorosłe już dzieci, chociażby kąpiąc się z nimi w jeziorze, w którym była zimna woda. Ale nie o takie sytuacje tu chodzi. Musi być ewidentne, że rodzice narażają swoje potomstwo na niebezpieczeństwo zagrożenia życia i zdrowia w sposób trwały. W jeziorze może by się takie dziecko przeziębiło, ale dopiero gdybym moczył je regularnie w przeręblu i wywoływał kolejne zapalenia płuc - wtedy na pewno przekroczyłbym swoje uprawnienia.

Tu rodzi się pytanie, gdzie są granice władzy rodzicielskiej. Przypominają one granice średniowiecznych państw, które miały grubość 50 km. I było wiadomo, że Wilno to na pewno Litwa, a Warszawa to Korona. Ale w Królestwie Obojga Narodów tego, czy Tykocin to już Litwa, czy jeszcze Korona, nikt nie był pewny.

Są więc sytuacje, kiedy przekroczenie tych granic jest oczywiste. Mam tu na myśli takie zachowania jak maltretowanie dzieci, podawanie im alkoholu czy narkotyków (ostatnio głośna była sprawa małej dziewczynki, dwulatki odurzonej, bo w domu zjadła narkotyk) - to ewidentne przypadki. To albo Wilno, albo Warszawa. Jest jasność.

Dziecko się nie poskarży
Jednak są sytuacje niejednoznaczne, kiedy granica jest subtelna. Wyobraźmy sobie na przykład, że dzieci są zamęczane lekcjami fortepianu, korepetycjami, rytmikami. Wracają do domu po 21, mając za sobą zajęcia na basenie, trening tenisa, jazdę konną, kurs szachowy oraz ligę matematyczną. Są skonane i nie mają siły temu wszystkiemu sprostać.

Teoretycznie co to szkodzi, że ktoś posyła swą latorośl na fortepian? Czy w takich sytuacjach również należałoby ingerować? W takich wypadkach niezwykle trudno udowodnić patologię. Bo standardowo zmuszanie dzieci do rozmaitych zajęć pozalekcyjnych traktuje się jako coś dobrego, jako inwestycję w ich rozwój. Trzeba by udowodnić, że dziecko jest zamęczane, że w domu panuje terror sukcesu, wyścigu szczurów. Albo jak traktować przypadki, w których rodzice wyznają przemyślaną ideologię, która wyraża się również w sposobie odżywiania się. Zdarzyło się na przykład, że matka - maniakalna weganka - karmiła swoje dziecko wyłącznie surowymi warzywami i owocami.

A przekarmienie jak w przypadku tego chłopaka z Anglii? Kiedy ktoś ma brzuszek, mówi się o nim, że jest dobrze odżywiony. O mnie ciotka Lusia mówiła zawsze, że dobrze wyglądam. To świadczyło o tym, że żona o mnie dba i w domu niczego nie brakuje. Ale ta matka doprowadziła do zagrożenia życia. Nie stawiała się na spotkania z lekarzem, które załatwiało jej państwo. To już był poważny sygnał. Pewnie sąsiedzi mówili jej: Pani Nicole, ten dzieciak jest za gruby, on źle skończy, będzie miał chorobę kości, stawów, serca, będzie cierpiał z powodu złego krążenia. A ona tego nie słuchała. Teraz dzieciak wygląda jak kwadrat, jest zbudowany nieproporcjonalnie. Obwód jego bicepsa czy uda jest taki jak u ciężarowca wagi ciężkiej.

Jego matka powołuje się na dobro dziecka, twierdzi, że chłopak jadł, bo był głodny. Ale według mnie tak naprawdę chodziło o to, że nie umiała sobie z nim poradzić i dla świętego spokoju dawała mu, co chciał. Bo wierzgał, bo ją męczył, marudził. Więc by go uspokoić, ustępowała. Co to znaczy? A gdyby kulał, gdyby nie dowidział, gdyby mu wyrsł guz zamiast tego potężnego brzuszyska, też by nie reagowała? Jeżeli dziecko jest narażone na trwałe kalectwo, trzeba reagować.

Wyobraźmy sobie, że dziecko ma wadę wzroku, co jest głębokim ograniczeniem rozwojowym. Nie rozróżnia kolorów, potyka się, a rodzice uporczywie nie chcą dziecka leczyć i wsadzić mu na nos okularów, bo się np. wstydzą albo cokolwiek innego. Taka uporczywość i notoryczność nieinterweniowania w wypadku problemów zdrowotnych potomków oznacza, że rodzice nie chcą dbać o swoje dzieci. Takie postawy należy traktować jak patologię i wobec nich państwo ma nie tylko prawo, ale wręcz obowiązek reagować. Tam, gdzie życie dziecka jest zagrożone, może nawet wyważyć drzwi.

Państwo musi reagować
Każdy z nas: sąsiad, szkoła, pracownik socjalny, musi obserwować, co się dzieje, i gdy widzi coś niepokojącego, natychmiast powinien zwracać uwagę. To tak jak w wypadku, gdy ktoś patrzy na tonącego w jeziorze i jeśli nie umie pływać, wzywa kogoś, by go ratować, tak samo gdy widzi, że jakiemuś dziecku dzieje się krzywda, powiadamia odpowiednie służby. To jest obowiązek nie tylko obywatelski, ale także obowiązek sumienia. Wobec każdego krzywdzonego człowieka, nie tylko dziecka. I państwo musi reagować.

W przypadku brytyjskiej matki to ona jest źródłem choroby dziecka i dziecko należy od niej odciąć. Bo tam, gdzie pojawia się patologia, tam musi wkraczać instrument kontroli państwowej. Jeżeli rodzina nie rokuje zmiany, państwo musi ingerować, i dysponuje tu odpowiednim instrumentarium. Na przykład jeżeli stwierdza, że matka jest maniakalną weganką i nawet dla dobra dziecka nie jest w stanie zmienić swoich zwyczajów, nie stwarza mu elementarnych warunków dla rozwoju, robi z niego królika, co jest ewidentną patologią, powinno się jej dziecko odebrać.

Należy jednak pamiętać, że każda sytuacja jest indywidualna i trzeba ją rozpatrywać oddzielnie. A wszystkie rozprawy przed sądem rodzinnym mają charakter bardzo dociekliwy. Na przykład istnieje różnica między surowością wychowania a maltretowaniem czy dręczeniem dziecka. Nikt wszak nie zabrania wychowywać dzieci w dyscyplinie. Nie wolno jednak przekraczać granicy, kiedy kara zaczyna być odwetem na dziecku.
Jestem w stanie wyobrazić sobie rodziców, którzy po jednej czy drugiej bezskutecznej perswazji i tłumaczeniu, kiedy dziecko notorycznie odmawia na przykład posprzątania pokoju, decydują się na klapsa lub danie po łapach. Może się coś takiego przydarzyć. Możemy dyskutować, czy to słuszne, czy niesłuszne, ale rodzice mają prawo korzystać z takiego środka wychowawczego. Ale co innego, kiedy dziecko jest dręczone. I jest to tresura, a rodzice traktują dziecko jak przeszkodę. Wtedy taka sytuacja powinna zostać rozstrzygnięta przez sąd, który bada takie sprawy w sposób wnikliwy, powołując wielu ekspertów i biegłych. Ale zawsze rozstrzyga na korzyść dziecka, a korzyścią dziecka jest przede wszystkim pozostanie w rodzinie.

Mały niewolnik
Oczywiście w wypadku zachowań patologicznych rodzice najczęściej argumentują, że mają prawo robić z dziećmi, co chcą, bo to są ich dzieci! Jednak takie podejście jest karygodne. To traktowanie dziecka jak rzeczy. Ten XIX-wieczny pogląd jednak wciąż pokutuje. Dopiero Zygmunt Freud przełamał go. Powiedział, że wszystko, co przeżywamy w późniejszym życiu jest konsekwencją dzieciństwa. Janusz Korczak uzupełnił to stwierdzeniem, że dzieciństwo to nie jest przygotowanie do życia, tylko już jest życiem. Traktowanie dziecka jako własność, jest podejściem przedmiotowym. Nie ma nic wspólnego z miłością rodzicielską.

Każdy rodzic mówi o miłości i tłumaczeniu. I oczywiście jest to bardzo ważne, żeby sam mógł swoje dzieci wychowywać. Ale są sytuacje, kiedy trzeba ingerować. Tylko że natychmiast podniosą się głosy protestu, będzie to postrzegane jako naruszenie miru domowego. Ale niestety, nie wszyscy umieją wychowywać i zajmować się odpowiednio dzieckiem.

Często rodzice nie mają zielonego pojęcia o potrzebach psychologicznych małego człowieka, uczą się dopiero przy swoim dziecku. I zdarza się, że zupełnie go nie szanują. Bo im się tylko przypadkiem przytrafiło, bo nic nie wiedzieli o antykoncepcji etc. Ci ludzie nie mają żadnych kompetencji, żeby wychowywać. Nie potrafią być perswazyjni, nie potrafią mieć cierpliwości, głównie dlatego, że nie próbują tego w sobie wypracować, nie traktują tego dziecka jak człowieka. Zamiast becikowego powinniśmy zafundować takim niekompetentnym rodzicom obowiązkowy kurs wychowania.
Aleksander Nalaskowski, prof. dr hab. jest pracownikiem naukowym Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu. Ponad ćwierć wieku był nauczycielem szkół podstawowych i średnich, a od 20 lat wykłada w Instytucie UMK dydaktykę i pedagogikę ogólną. Recenzent podręczników i programów nauczania
Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Świadczenia, emerytury, podatki, zmiany przepisów, newsy gospodarcze... To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik Radzi. Chcesz się dowiedzieć, kto może przejść na wcześniejszą emeryturę? A może jakie ulgi można odliczyć od podatku? Kto może otrzymać środki w ramach renty wdowiej? Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj