"PiS cierpi dziś na chorobę nadmiernej koncentracji władzy w rękach lidera. Nie jest w tym osamotnione - to samo dzieje się we wszystkich nowych partiach. Polityka partyjna stała się rozgrywką, w której decydujący głos ma czterech ludzi" - mówi "Faktowi"politolog Rafał Matyja.
Wszyscy wybrzydzaliśmy, kiedy w polskim Sejmie spierało się ze sobą kilkanaście partii. Kiedy niejeden partyjny zjazd kończył się rozłamem i powstaniem nowego
ugrupowania. Pierwsze dwanaście lat demokracji to okres, w którym krytykowano rozbicie partyjne i ciągły chaos na politycznej scenie. Od sześciu lat jest inaczej. Sześć partii, które weszły
do Sejmu w 2001 roku, zachowało swą dominującą pozycję. Niektórzy nawet - znudzeni tą sytuacją - chętnie widzieliby nowe podziały i tworzenie nowych partii. Komentatorzy namawiają do tego
Marcinkiewicza i Rokitę, Olechowskiego i Kwaśniewskiego. A scena partyjna nic - ani drgnie. Słupki partyjnych preferencji Polaków przypominają do złudzenia te, które telewizja pokazywała nam
w wyborczy wieczór.
Stabilność sceny umacnia pozycję liderów. Wiadomo, że rządząca koalicja jest podporządkowana grze między trzema aktorami: Kaczyńskim, Giertychem i Lepperem. Pozostali politycy mają do powiedzenia znacznie mniej.
Wiadomo, że Platforma Obywatelska jest dziś bardziej niż kiedykolwiek wcześniej partią Tuska. Odeszli z niej dwaj pozostali tenorzy (Olechowski i Płażyński) i niepokojąco popularna Zyta Gilowska. Jedyny bardziej wyrazisty polityk tej formacji - Jan Rokita - znalazł się na swego rodzaju wewnętrznej emigracji. I co kilka dni musi zapewniać dziennikarzy, że nadal jest w Platformie.
Podobnie jak Donald Tusk nie potrafił poradzić sobie z Rokitą, tak samo Kaczyński nie znalazł miejsca dla Kazimierza Marcinkiewicza. Z Samoobrony i Ligi odeszli wszyscy politycy, którzy choćby trochę różnili się z liderami tych partii.
Ma to swoje strony pozytywne. Do konfliktów między partiami nie musimy bowiem dodawać sporów w ich wnętrzu. Decyzje zapadają w sposób czytelny i wiadomo, kto za nie odpowiada. Wyborcy także wolą ofertę, która podpisana jest przez konkretnego człowieka, o którym wiedzą więcej niż o partyjnym programie.
Ceną koncentracji władzy w rękach liderów jest nadmierna personalizacja konfliktów. Czasami nie wiemy, czy jakiś spór jest tak ostry dlatego, że jego przedmiot jest tak ważny, czy też tylko ze względu na rosnące antypatie między liderami. Znosimy zatem fale złego humoru Giertycha czy Leppera, nie mając przy tym pojęcia, czy chodzi o jakieś personalne porachunki wewnątrz koalicji, czy o rzeczywiste interesy ich partii.
Odejście Ludwika Dorna z fotela szefa MSWiA pokazało, że władza w PiS jest jednoosobowa i nikt nie ma choćby porównywalnie silnej pozycji do premiera. Kierowanie klubem i partią Kaczyński powierzył zresztą ludziom, którzy nie tylko nie stanowią dlań alternatywy, ale i nie przyjdzie im do głowy nawet bardziej zdecydowany sprzeciw. Taki brak sprzeciwu nie wychodzi partii na dobre. Jej polityka dziedziczy bowiem wszystkie zalety i wszystkie wady polityki lidera.
Ludzie bezwzględnie lojalni wobec swego szefa ułatwiają przejmowanie władzy. Ale nie są już tak skuteczni w jej sprawowaniu. Nie podejmują ryzyka na własne konto, czekają na dyrektywy z góry, nie ostrzegają szefa przed nadchodzącym zagrożeniem. W ich raportach wszystko jest zawsze wspaniale - dzięki światłym radom i rozkazom płynącym z góry. Władza, opierająca się na takich podwładnych, z czasem ślepnie i traci słuch.
Czy Jarosław Kaczyński potrafi to zmienić? Nie sądzę. Nikt z nas chętnie nie odsuwa od siebie ludzi, którzy są dla nas mili i nie zastępuje ich tymi, którzy mówią gorzką prawdę. Tacy ludzie muszą przebijać się sami. Muszą wywalczyć sobie miejsce w ugrupowaniu, nawet za cenę konfliktu z liderem. Przykładem takiej walki o miejsce w strukturach własnej partii jest to, co robi Jan Rokita.
Przykładem przeciwnym jest strategia Kazimierza Marcinkiewicza, który stał się wręcz symbolem ucieczki od stanowczej i lojalnej polityki podmiotowości. Uzależnił swą pozycję w całości od postawy Kaczyńskiego. Skoro nie otrzymał tego, na co liczył - postanowił odejść z polityki.
Rokita i Marcinkiewicz postąpiliby nieroztropnie, gdyby odeszli ze swoich partii i zaczęli tworzyć nową. Postąpiliby nieodpowiedzialnie, gdyby zrezygnowali z wewnątrzpartyjnej dyskusji i rywalizacji. Lojalność i stabilność sceny politycznej nie musi bowiem oznaczać zgody na całkowite posłuszeństwo wobec liderów. Opinia publiczna powinna kibicować nie tyle partyjnym rozłamom, ile otwartej dyskusji nad partyjnymi programami i strategiami.
Stabilność sceny umacnia pozycję liderów. Wiadomo, że rządząca koalicja jest podporządkowana grze między trzema aktorami: Kaczyńskim, Giertychem i Lepperem. Pozostali politycy mają do powiedzenia znacznie mniej.
Wiadomo, że Platforma Obywatelska jest dziś bardziej niż kiedykolwiek wcześniej partią Tuska. Odeszli z niej dwaj pozostali tenorzy (Olechowski i Płażyński) i niepokojąco popularna Zyta Gilowska. Jedyny bardziej wyrazisty polityk tej formacji - Jan Rokita - znalazł się na swego rodzaju wewnętrznej emigracji. I co kilka dni musi zapewniać dziennikarzy, że nadal jest w Platformie.
Podobnie jak Donald Tusk nie potrafił poradzić sobie z Rokitą, tak samo Kaczyński nie znalazł miejsca dla Kazimierza Marcinkiewicza. Z Samoobrony i Ligi odeszli wszyscy politycy, którzy choćby trochę różnili się z liderami tych partii.
Ma to swoje strony pozytywne. Do konfliktów między partiami nie musimy bowiem dodawać sporów w ich wnętrzu. Decyzje zapadają w sposób czytelny i wiadomo, kto za nie odpowiada. Wyborcy także wolą ofertę, która podpisana jest przez konkretnego człowieka, o którym wiedzą więcej niż o partyjnym programie.
Ceną koncentracji władzy w rękach liderów jest nadmierna personalizacja konfliktów. Czasami nie wiemy, czy jakiś spór jest tak ostry dlatego, że jego przedmiot jest tak ważny, czy też tylko ze względu na rosnące antypatie między liderami. Znosimy zatem fale złego humoru Giertycha czy Leppera, nie mając przy tym pojęcia, czy chodzi o jakieś personalne porachunki wewnątrz koalicji, czy o rzeczywiste interesy ich partii.
Odejście Ludwika Dorna z fotela szefa MSWiA pokazało, że władza w PiS jest jednoosobowa i nikt nie ma choćby porównywalnie silnej pozycji do premiera. Kierowanie klubem i partią Kaczyński powierzył zresztą ludziom, którzy nie tylko nie stanowią dlań alternatywy, ale i nie przyjdzie im do głowy nawet bardziej zdecydowany sprzeciw. Taki brak sprzeciwu nie wychodzi partii na dobre. Jej polityka dziedziczy bowiem wszystkie zalety i wszystkie wady polityki lidera.
Ludzie bezwzględnie lojalni wobec swego szefa ułatwiają przejmowanie władzy. Ale nie są już tak skuteczni w jej sprawowaniu. Nie podejmują ryzyka na własne konto, czekają na dyrektywy z góry, nie ostrzegają szefa przed nadchodzącym zagrożeniem. W ich raportach wszystko jest zawsze wspaniale - dzięki światłym radom i rozkazom płynącym z góry. Władza, opierająca się na takich podwładnych, z czasem ślepnie i traci słuch.
Czy Jarosław Kaczyński potrafi to zmienić? Nie sądzę. Nikt z nas chętnie nie odsuwa od siebie ludzi, którzy są dla nas mili i nie zastępuje ich tymi, którzy mówią gorzką prawdę. Tacy ludzie muszą przebijać się sami. Muszą wywalczyć sobie miejsce w ugrupowaniu, nawet za cenę konfliktu z liderem. Przykładem takiej walki o miejsce w strukturach własnej partii jest to, co robi Jan Rokita.
Przykładem przeciwnym jest strategia Kazimierza Marcinkiewicza, który stał się wręcz symbolem ucieczki od stanowczej i lojalnej polityki podmiotowości. Uzależnił swą pozycję w całości od postawy Kaczyńskiego. Skoro nie otrzymał tego, na co liczył - postanowił odejść z polityki.
Rokita i Marcinkiewicz postąpiliby nieroztropnie, gdyby odeszli ze swoich partii i zaczęli tworzyć nową. Postąpiliby nieodpowiedzialnie, gdyby zrezygnowali z wewnątrzpartyjnej dyskusji i rywalizacji. Lojalność i stabilność sceny politycznej nie musi bowiem oznaczać zgody na całkowite posłuszeństwo wobec liderów. Opinia publiczna powinna kibicować nie tyle partyjnym rozłamom, ile otwartej dyskusji nad partyjnymi programami i strategiami.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl