Klan Giertychów w naszym imieniu zakazuje aborcji w Europie, obala Darwina i sławi generała Franko - pisze Cezary Michalski, zastępca redaktora naczelnego DZIENNIKA.
Roman Giertych w imieniu polskiego rządu domaga się wprowadzenia w Europie całkowitego zakazu aborcji. Straszy Paryż, Berlin i Londyn czymś, czego nie udało mu się
przeprowadzić w Polsce.
Maciej Giertych, eurodeputowany z Polski zwalcza teorię Darwina, przeprowadza apoteozę generała Franko i twierdzi, że Żydzi to rasa, która w wyniku upartej izolacji od reszty ludzkości nabrała dziwacznych cech biologicznych - bo taką z grubsza tezę można było znaleźć w jego wydanej niedawno w Brukseli eurobroszurze.
Problem w tym, że poglądy klanu Giertychów są w Europie traktowane jako reprezentatywne dla nas wszystkich i to nie bez racji. Dopóki Jarosław Kaczyński nie odbierze Romanowi Giertychowi dyplomatycznego paszportu i stanowiska ministra, świat ma wszelkie prawo uważać, że także premierowi oraz większości Polaków - bo jesteśmy demokracją i ten rząd nie został do Warszawy przywieziony na obcych czołgach - bardziej zależy na ideologicznej krucjacie, niż na rozsądnej polityce wschodniej czy egzekwowaniu w UE zasady ekonomicznej solidarności. Maciej Giertych ma takie samo prawo do występowania w imieniu całej Polski, jak jego syn. Przecież jest eurodeputowanym Ligi Polskich Rodzin, która należy do rządzącej Polską koalicji.
Oczywiście prawda o nas jest bardziej skomplikowana. Nie wszyscy jesteśmy Giertychami. Giertychami jest parę procent Polaków, którzy tak nienawidzą liberalnego Zachodu, że LPR zawsze poprą w ciemno, a już szczególnie wtedy, kiedy ta partia obieca, że pewnego dnia wyprowadzi nas z Unii. Giertychami jest też może ze 30 posłów PiS skupionych wokół Marka Jurka. Ale to wszystko jeszcze nie robi większości. To jeszcze nawet nie robi mniejszości wystarczająco reprezentatywnej, aby miała prawo wypowiadać się w imieniu nas wszystkich.
Lidze Polskich Rodzin i tak dostało się od życia więcej, niż się jej należy. Gdyby PiS i PO nie pokłóciły się rok temu z takim zapamiętaniem, że od tej pory niepowodzenie strony przeciwnej zaczęło stanowić najważniejszą treść ich politycznego istnienia, Marek Jurek nie byłby dzisiaj marszałkiem Sejmu. Byłby zaledwie liderem mało znaczącej radykalnej frakcji w PiS, w sam raz nadającym się do prowadzenia nieoficjalnych negocjacji pomiędzy Jarosławem Kaczyńskim a ojcem Tadeuszem Rydzykiem. Gdyby nie ten idiotyczny polityczny błąd sprzed ponad roku, Roman Giertych nie byłby dzisiaj ministrem edukacji, ale w głębokiej opozycji wraz z posłem Wierzejskim przygotowywałby kolejne scenariusze ocalenia Polski, Europy i Świata przed terroryzującymi Brukselę i Paryż zwolennikami teorii Darwina.
Stało się inaczej. I dopóki polska polityka jest zakładniczką idiotycznego błędu centrowych skądinąd polityków, wszyscy pozostaniemy Giertychami w oczach Europy. Bo to klan Giertychów będzie przedstawiać w imieniu polskiego rządu, w imieniu nas wszystkich, swoje poglądy na aborcję, Żydów, pochodzenie człowieka i świętość generała Franko.
Maciej Giertych, eurodeputowany z Polski zwalcza teorię Darwina, przeprowadza apoteozę generała Franko i twierdzi, że Żydzi to rasa, która w wyniku upartej izolacji od reszty ludzkości nabrała dziwacznych cech biologicznych - bo taką z grubsza tezę można było znaleźć w jego wydanej niedawno w Brukseli eurobroszurze.
Problem w tym, że poglądy klanu Giertychów są w Europie traktowane jako reprezentatywne dla nas wszystkich i to nie bez racji. Dopóki Jarosław Kaczyński nie odbierze Romanowi Giertychowi dyplomatycznego paszportu i stanowiska ministra, świat ma wszelkie prawo uważać, że także premierowi oraz większości Polaków - bo jesteśmy demokracją i ten rząd nie został do Warszawy przywieziony na obcych czołgach - bardziej zależy na ideologicznej krucjacie, niż na rozsądnej polityce wschodniej czy egzekwowaniu w UE zasady ekonomicznej solidarności. Maciej Giertych ma takie samo prawo do występowania w imieniu całej Polski, jak jego syn. Przecież jest eurodeputowanym Ligi Polskich Rodzin, która należy do rządzącej Polską koalicji.
Oczywiście prawda o nas jest bardziej skomplikowana. Nie wszyscy jesteśmy Giertychami. Giertychami jest parę procent Polaków, którzy tak nienawidzą liberalnego Zachodu, że LPR zawsze poprą w ciemno, a już szczególnie wtedy, kiedy ta partia obieca, że pewnego dnia wyprowadzi nas z Unii. Giertychami jest też może ze 30 posłów PiS skupionych wokół Marka Jurka. Ale to wszystko jeszcze nie robi większości. To jeszcze nawet nie robi mniejszości wystarczająco reprezentatywnej, aby miała prawo wypowiadać się w imieniu nas wszystkich.
Lidze Polskich Rodzin i tak dostało się od życia więcej, niż się jej należy. Gdyby PiS i PO nie pokłóciły się rok temu z takim zapamiętaniem, że od tej pory niepowodzenie strony przeciwnej zaczęło stanowić najważniejszą treść ich politycznego istnienia, Marek Jurek nie byłby dzisiaj marszałkiem Sejmu. Byłby zaledwie liderem mało znaczącej radykalnej frakcji w PiS, w sam raz nadającym się do prowadzenia nieoficjalnych negocjacji pomiędzy Jarosławem Kaczyńskim a ojcem Tadeuszem Rydzykiem. Gdyby nie ten idiotyczny polityczny błąd sprzed ponad roku, Roman Giertych nie byłby dzisiaj ministrem edukacji, ale w głębokiej opozycji wraz z posłem Wierzejskim przygotowywałby kolejne scenariusze ocalenia Polski, Europy i Świata przed terroryzującymi Brukselę i Paryż zwolennikami teorii Darwina.
Stało się inaczej. I dopóki polska polityka jest zakładniczką idiotycznego błędu centrowych skądinąd polityków, wszyscy pozostaniemy Giertychami w oczach Europy. Bo to klan Giertychów będzie przedstawiać w imieniu polskiego rządu, w imieniu nas wszystkich, swoje poglądy na aborcję, Żydów, pochodzenie człowieka i świętość generała Franko.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl