"Nie stawiam się ponad prawem. Protestuję przeciwko złemu prawu" - pisze Wojciech Czuchnowski z "Gazety Wyborczej". "Protestujący dziennikarze przypominają blazowane gwiazdy rockowe" - ripostuje Piotr Zaremba z DZIENNIKA.
Nie stawiam się ponad prawem, tylko nie ufam IPN
Wojciech Czuchnowski, dziennikarz "Gazety Wyborczej"
W środowym wydaniu DZIENNIKA moje nazwisko padło wśród nazwisk dziennikarzy deklarujących, że nie złożą oświadczeń lustracyjnych w związku z nowymi przepisami nakazującymi lustrację środowiska mediów.
Faktycznie złożyłem taką deklarację, ale po wypowiedziach kolegów, którzy jako pierwsi zabrali głos w tej sprawie (Ewa Milewicz, Wojciech Mazowiecki, Jacek Żakowski) widzę, że każde z nich ma tutaj trochę inną motywację. Podobnie jest w moim przypadku.
W czasach, gdy Instytutem Pamięci Narodowej kierował prof. Leon Kieres, chciałem wystąpić o sprawdzenie, czy przysługuje mi status pokrzywdzonego. Nie chodziło o zdobycie świadectwa moralności czy zasług w walce o niepodległość. Z czystej ciekawości chciałem sprawdzić, czy w aktach SB zachował się jakiś ślad mojej skromnej działalności w krakowskiej opozycji lat 80.
Zrezygnowałem, gdy latem 2005 r. doszły do mnie informacje, że w kierowanym przez obecnego prezesa IPN Janusza Kurtykę krakowskim oddziale Instytutu trwa nieformalna kwerenda w poszukiwaniu materiałów, które mogłyby skompromitować moją osobę.
Pisałem w tym czasie o skandalicznym utrąceniu za pomocą akt z krakowskiego oddziału kandydatury Andrzeja Przewoźnika w konkursie na prezesa IPN. I o nieprawidłowościach przy głosowaniu w kolegium IPN nad kandydaturą Kurtyki. Materiałów na mnie najwyraźniej w Krakowie nie znaleziono, jednak niesmak pozostał.
Potem relacjonowałem procesy autolustracyjne Przewoźnika, Małgorzaty Niezabitowskiej, ostatnio Andrzeja Krawczyka. W każdym z nich uderzała opieszałość i zła wola IPN, najwyraźniej akceptowana przez nowego prezesa.
Przedstawiciele Instytutu z lekceważeniem wypowiadali się o osobach próbujących oczyścić się przed sądem, o samym sądzie i rzeczniku interesu publicznego. Jedyną prawdą, w którą wierzyli, były esbeckie akta.
Uważam, że dziennikarze powinni podlegać lustracji. Mój sprzeciw budzi przymus złożenia oświadczenia lustracyjnego, które będzie sprawdzał IPN kierowany przez ekipę Janusza Kurtyki.
IPN pod obecnym kierownictwem oskarżam o polityczne zacietrzewienie oraz chęć wykorzystywania teczek do personalnych rozgrywek i odwetu na niewygodnych dla władzy osobach.
Nie stawiam się ponad prawem. Protestuję przeciwko złemu prawu oddającemu wielką władzę ludziom, którzy nie dają żadnej gwarancji, że tej władzy nie nadużyją w imię realizacji interesów własnych lub swoich politycznych mocodawców.
Modny sprzeciw gwiazdorów
Piotr Zaremba, publicysta DZIENNIKA
Gdyby odmowa wypełnienia oświadczenia pozostała samotnym gestem Ewy Milewicz rozżalonej, że państwo chce jej grzebać w pięknym życiorysie, rozumiałbym. Nie zgadzałbym się, ale z respektem. Tyle że ten gest naśladują inni i obrasta on już bombastycznymi uzasadnieniami.
Jacek Żakowski powołuje się na teoretyka cywilnego nieposłuszeństwa Henry’ego Thoreau. Na to Jarosław Kurski idzie w "Gazecie Wyborczej" dalej. Padają nazwiska wzorów takiego postępowania: Mahatma Gandhi, Martin Luther King...
Gandhi propagował bierny opór, za co Anglicy zamykali go do aresztu. King też doznawał na amerykańskim Południu szykan. Był celem nieudanych zamachów, został w końcu zamordowany, a wysyłani przez niego na ulice Selmy czy Birmingham czarni manifestanci byli bici pałkami i szczuci psami przez policję stanu Alabama. Za to, że manifestowali z modlitwą na ustach. Cywilne nieposłuszeństwo podobnie jak wszelka kontestacja budzi respekt, gdy łączy się z minimalnym choćby ryzykiem.
Co ryzykują polscy dziennikarze? Przecież wiadomo, że jedyną konsekwencją będzie podziw ich redakcyjnych kolegów, przyjaciół. Niestety przypominają oni bardziej zblazowane gwiazdy rockowe, które ostentacyjnie paliły trawkę czy wszczynały burdy pewne bezkarności i nazywały to buntem. Najwyżej, gdy połamały za dużo krzeseł na scenie, wędrowały do aresztu. Na kilka godzin.
Można prowadzić debaty, czy za gestem Milewicz i Żakowskiego nie schowają się mali karierowicze. Janowie Kowalscy - z lokalnych gazet czy z przepastnych zakamarków mediów elektronicznych. Po ich teczki nikt nie sięgnie, nie rzucają się w oczy. Na listach ogłoszonych przez IPN nikt ich nie wyłowi (dziesięciu Janów Kowalskich zniechęci do poszukiwań). A niepopędzani przez własnych szefów będą się chwalili, że są dzielni jak Ewa Milewicz. Tymczasem ich uwikłania mogą mieć znaczenie i dziś. Bo lokalny biznesmen to na przykład dawny prowadzący oficer, który trzyma takiego dziennikarza w garści. Obowiązek złożenia oświadczeń mógłby takich ludzi wygonić z zawodu. A przynajmniej byłaby na to szansa.
Ale nawet gdyby tak nie było, najmniej przyjemne jest co innego. Słychać już, że akcja ma być organizowana w kilku znaczących redakcjach. Niezależnie co myślimy o lustracji, jakoś nikt ze zbuntowanych nie apelował wcześniej choćby do adwokatów. Nie wzywał ich do bojkotu. Oni też jako zawód zaufania publicznego składali oświadczenia. Wyjdzie na to, że dziennikarze bronią wyłącznie własnego interesu. Że stawiają się ponad resztą społeczeństwa. A to już rzuci cień na całe środowisko.
Wojciech Czuchnowski, dziennikarz "Gazety Wyborczej"
W środowym wydaniu DZIENNIKA moje nazwisko padło wśród nazwisk dziennikarzy deklarujących, że nie złożą oświadczeń lustracyjnych w związku z nowymi przepisami nakazującymi lustrację środowiska mediów.
Faktycznie złożyłem taką deklarację, ale po wypowiedziach kolegów, którzy jako pierwsi zabrali głos w tej sprawie (Ewa Milewicz, Wojciech Mazowiecki, Jacek Żakowski) widzę, że każde z nich ma tutaj trochę inną motywację. Podobnie jest w moim przypadku.
W czasach, gdy Instytutem Pamięci Narodowej kierował prof. Leon Kieres, chciałem wystąpić o sprawdzenie, czy przysługuje mi status pokrzywdzonego. Nie chodziło o zdobycie świadectwa moralności czy zasług w walce o niepodległość. Z czystej ciekawości chciałem sprawdzić, czy w aktach SB zachował się jakiś ślad mojej skromnej działalności w krakowskiej opozycji lat 80.
Zrezygnowałem, gdy latem 2005 r. doszły do mnie informacje, że w kierowanym przez obecnego prezesa IPN Janusza Kurtykę krakowskim oddziale Instytutu trwa nieformalna kwerenda w poszukiwaniu materiałów, które mogłyby skompromitować moją osobę.
Pisałem w tym czasie o skandalicznym utrąceniu za pomocą akt z krakowskiego oddziału kandydatury Andrzeja Przewoźnika w konkursie na prezesa IPN. I o nieprawidłowościach przy głosowaniu w kolegium IPN nad kandydaturą Kurtyki. Materiałów na mnie najwyraźniej w Krakowie nie znaleziono, jednak niesmak pozostał.
Potem relacjonowałem procesy autolustracyjne Przewoźnika, Małgorzaty Niezabitowskiej, ostatnio Andrzeja Krawczyka. W każdym z nich uderzała opieszałość i zła wola IPN, najwyraźniej akceptowana przez nowego prezesa.
Przedstawiciele Instytutu z lekceważeniem wypowiadali się o osobach próbujących oczyścić się przed sądem, o samym sądzie i rzeczniku interesu publicznego. Jedyną prawdą, w którą wierzyli, były esbeckie akta.
Uważam, że dziennikarze powinni podlegać lustracji. Mój sprzeciw budzi przymus złożenia oświadczenia lustracyjnego, które będzie sprawdzał IPN kierowany przez ekipę Janusza Kurtyki.
IPN pod obecnym kierownictwem oskarżam o polityczne zacietrzewienie oraz chęć wykorzystywania teczek do personalnych rozgrywek i odwetu na niewygodnych dla władzy osobach.
Nie stawiam się ponad prawem. Protestuję przeciwko złemu prawu oddającemu wielką władzę ludziom, którzy nie dają żadnej gwarancji, że tej władzy nie nadużyją w imię realizacji interesów własnych lub swoich politycznych mocodawców.
Modny sprzeciw gwiazdorów
Piotr Zaremba, publicysta DZIENNIKA
Gdyby odmowa wypełnienia oświadczenia pozostała samotnym gestem Ewy Milewicz rozżalonej, że państwo chce jej grzebać w pięknym życiorysie, rozumiałbym. Nie zgadzałbym się, ale z respektem. Tyle że ten gest naśladują inni i obrasta on już bombastycznymi uzasadnieniami.
Jacek Żakowski powołuje się na teoretyka cywilnego nieposłuszeństwa Henry’ego Thoreau. Na to Jarosław Kurski idzie w "Gazecie Wyborczej" dalej. Padają nazwiska wzorów takiego postępowania: Mahatma Gandhi, Martin Luther King...
Gandhi propagował bierny opór, za co Anglicy zamykali go do aresztu. King też doznawał na amerykańskim Południu szykan. Był celem nieudanych zamachów, został w końcu zamordowany, a wysyłani przez niego na ulice Selmy czy Birmingham czarni manifestanci byli bici pałkami i szczuci psami przez policję stanu Alabama. Za to, że manifestowali z modlitwą na ustach. Cywilne nieposłuszeństwo podobnie jak wszelka kontestacja budzi respekt, gdy łączy się z minimalnym choćby ryzykiem.
Co ryzykują polscy dziennikarze? Przecież wiadomo, że jedyną konsekwencją będzie podziw ich redakcyjnych kolegów, przyjaciół. Niestety przypominają oni bardziej zblazowane gwiazdy rockowe, które ostentacyjnie paliły trawkę czy wszczynały burdy pewne bezkarności i nazywały to buntem. Najwyżej, gdy połamały za dużo krzeseł na scenie, wędrowały do aresztu. Na kilka godzin.
Można prowadzić debaty, czy za gestem Milewicz i Żakowskiego nie schowają się mali karierowicze. Janowie Kowalscy - z lokalnych gazet czy z przepastnych zakamarków mediów elektronicznych. Po ich teczki nikt nie sięgnie, nie rzucają się w oczy. Na listach ogłoszonych przez IPN nikt ich nie wyłowi (dziesięciu Janów Kowalskich zniechęci do poszukiwań). A niepopędzani przez własnych szefów będą się chwalili, że są dzielni jak Ewa Milewicz. Tymczasem ich uwikłania mogą mieć znaczenie i dziś. Bo lokalny biznesmen to na przykład dawny prowadzący oficer, który trzyma takiego dziennikarza w garści. Obowiązek złożenia oświadczeń mógłby takich ludzi wygonić z zawodu. A przynajmniej byłaby na to szansa.
Ale nawet gdyby tak nie było, najmniej przyjemne jest co innego. Słychać już, że akcja ma być organizowana w kilku znaczących redakcjach. Niezależnie co myślimy o lustracji, jakoś nikt ze zbuntowanych nie apelował wcześniej choćby do adwokatów. Nie wzywał ich do bojkotu. Oni też jako zawód zaufania publicznego składali oświadczenia. Wyjdzie na to, że dziennikarze bronią wyłącznie własnego interesu. Że stawiają się ponad resztą społeczeństwa. A to już rzuci cień na całe środowisko.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl