"Wolność i godność dziennikarza nie jest jego dobrem, które daliśmy mu w formie prezentu. To dobro ma służyć społeczeństwu" - mówi DZIENNIKOWI Janusz Kochanowski, rzecznik praw obywatelskich.
Anna Wojciechowska: Zwraca pan uwagę, że ustawa lustracyjna w odniesieniu do dziennikarzy jest ułomna. Może więc rację mają ci dziennikarze, którzy w
ramach - jak mówią - akcji obywatelskiego nieposłuszeństwa odmawiają złożenia stosownych oświadczeń?
Janusz Kochanowski: Nie sądzę. Z przykrością patrzę na tę akcję. Obowiązkiem obywatela jest przestrzeganie prawa, nawet prawa niesprawiedliwego, tak długo, jak nie przekracza ono pewnej niedającej się zaakceptować miary. W tym przypadku mamy z pewnością do czynienia z nieposłuszeństwem wobec prawa. Ale czy obywatelskim? Mam co do tego duże wątpliwości.
Dlaczego?
Kategoria obywatelskiego nieposłuszeństwa, jedna z piękniejszych w systemie prawa anglosaskiego, jest dziś nadużywana. Ona ma zastosowanie do spraw zasadniczych, krańcowych, w których ludzie wiele ryzykują. Chcą świadomie poddać się karze.
I dziennikarze na to właśnie się powołują. Mówią, że nie łamią prawa tylko sprzeciwiają mu się i są gotowi ponieść za to konsekwencje.
Ale zdają sobie sprawę, że ten potwór jest bezzębny, że tak naprawdę kara ich nie spotka. Dlatego ta obecna "powszechność heroizmu", ten nagły wysyp Antygon, jest tak bardzo łatwa. My nie mamy do czynienia z nieposłuszeństwem obywatelskim, tylko raczej z rodzajem prowokacji. Zwłaszcza że ci dziennikarze, jak my wszyscy, mają w zasięgu ręki środki prawne, którymi mogą się sprzeciwić prawu. Przecież już wiemy, że ustawą lustracyjną zajmie się Trybunał Konstytucyjny. Obywatelskie nieposłuszeństwo jest instytucją dopuszczalną, kiedy takich środków prawnych nie ma lub kiedy są one iluzoryczne. W tej sytuacji wytaczanie działa w postaci obywatelskiego nieposłuszeństwa jest absolutnie nieadekwatne do sytuacji. Bo nie mamy tu do czynienia z sytuacją ostatecznej konieczności. Po pierwsze, mam nie we wszystkich, ale w większości przypadków wątpliwości co do motywów ludzi, którzy to robią. Po drugie, nie widzę celu tego działania, bo zmiana prawa jest możliwa za pomocą środków prawnych. A te mają zawsze pierwszeństwo.
Ale nie zawsze są skuteczne.
Dużo jest przepisów, które nas oburzają, które uważamy za niesłuszne, niesprawiedliwe. Ale w państwie demokratycznym bezpieczeństwo, stabilność systemu prawnego, jest wartością podstawową. Taka akcja nieposłuszeństwa uderza w fundament prawa. Uważam, że niektórzy dziennikarze rzucili na stół niewłaściwą kartę.
Więc nie mogą jej użyć, nawet jeśli czują się bardzo upokorzeni?
W życiu przechodzimy przez różne upokarzające obowiązki. Kiedy podchodzę do bramki na lotnisku i ktoś mniej lub bardziej natarczywie mnie kontroluje, to też odczuwam to jako duże upokorzenie. Kiedy składałem oświadczenie lustracyjne, ubiegając się o urząd, też odczułem to jako poważne upokorzenie, też burzyłem się, że przecież nikt nie ma prawa mnie sprawdzać. Uznałem jednak, że muszę to znieść w imię wyższych racji. Moja pycha nie powinna dochodzić do głosu.
Jakie to wyższe racje?
Transparentność osób publicznych i ludzi wykonujących zawód zaufania publicznego. Obywatele mają prawo wiedzieć, kto i dlaczego coś pisze. Kiedy wiemy, że np. pan Wołoszański współpracował ze służbami, możemy patrzeć na jego pracę inaczej. Oczywiście, to nie oznacza, że on dalej nie może wykonywać swojego zawodu. Ale dla mnie taka informacja może być wskazówką, by np. go nie zapraszać do gremium, z którym chcę w jakiejś sprawie współpracować. Misją mediów jest służenie prawdzie. Wolność i godność dziennikarza nie jest jego dobrem, które daliśmy mu w formie prezentu. To dobro ma służyć społeczeństwu. Dziennikarz nie może go przyjąć bez obowiązków z nim związanych. A demokracja wymaga przejrzystości.
Ale ona i tak nie zawsze jest możliwa. Dziennikarze wskazują, że jak piszą np. o polityce rodzinnej, to ich czytelnicy nie wiedzą, jak oni traktują swoją rodzinę.
To, że nie wiem wszystkiego o dziennikarzu, nie znaczy, że mam nie wiedzieć tego, co z punktu widzenia stosunków prawno-społecznych w państwie ma znaczenie. Oczywiście, że jest sfera prywatności, do której nie możemy wkraczać. Ale to, że np. Ewa Milewicz (czy inni zasłużeni dziennikarze) da niewłaściwie wyraz swojej godności, wcale nie znaczy, że w jej cieniu nie ma osób, które z jej buntu bardzo się cieszą.
Sugeruje pan, że uczciwi dziennikarze mogą swoją postawą nieświadomie otwierać parasol ochronny dla tych z niechlubną przeszłością?
Oni go właśnie tworzą. I muszą sobie zdawać sprawę z tej odpowiedzialności. To jest pytanie o to, jak ma wyglądać nasze państwo. Ja mówię, że ważne jest, byśmy wiedzieli, kto jest kim, że tego wymaga dążenie do prawdy i wolności słowa. A poprzez taką akcję nieposłuszeństwa prawu być może nie dowiemy się o wielu osobach, które współpracowały ze służbami, pisały na zamówienie, szkodziły Polsce.
Janusz Kochanowski: Nie sądzę. Z przykrością patrzę na tę akcję. Obowiązkiem obywatela jest przestrzeganie prawa, nawet prawa niesprawiedliwego, tak długo, jak nie przekracza ono pewnej niedającej się zaakceptować miary. W tym przypadku mamy z pewnością do czynienia z nieposłuszeństwem wobec prawa. Ale czy obywatelskim? Mam co do tego duże wątpliwości.
Dlaczego?
Kategoria obywatelskiego nieposłuszeństwa, jedna z piękniejszych w systemie prawa anglosaskiego, jest dziś nadużywana. Ona ma zastosowanie do spraw zasadniczych, krańcowych, w których ludzie wiele ryzykują. Chcą świadomie poddać się karze.
I dziennikarze na to właśnie się powołują. Mówią, że nie łamią prawa tylko sprzeciwiają mu się i są gotowi ponieść za to konsekwencje.
Ale zdają sobie sprawę, że ten potwór jest bezzębny, że tak naprawdę kara ich nie spotka. Dlatego ta obecna "powszechność heroizmu", ten nagły wysyp Antygon, jest tak bardzo łatwa. My nie mamy do czynienia z nieposłuszeństwem obywatelskim, tylko raczej z rodzajem prowokacji. Zwłaszcza że ci dziennikarze, jak my wszyscy, mają w zasięgu ręki środki prawne, którymi mogą się sprzeciwić prawu. Przecież już wiemy, że ustawą lustracyjną zajmie się Trybunał Konstytucyjny. Obywatelskie nieposłuszeństwo jest instytucją dopuszczalną, kiedy takich środków prawnych nie ma lub kiedy są one iluzoryczne. W tej sytuacji wytaczanie działa w postaci obywatelskiego nieposłuszeństwa jest absolutnie nieadekwatne do sytuacji. Bo nie mamy tu do czynienia z sytuacją ostatecznej konieczności. Po pierwsze, mam nie we wszystkich, ale w większości przypadków wątpliwości co do motywów ludzi, którzy to robią. Po drugie, nie widzę celu tego działania, bo zmiana prawa jest możliwa za pomocą środków prawnych. A te mają zawsze pierwszeństwo.
Ale nie zawsze są skuteczne.
Dużo jest przepisów, które nas oburzają, które uważamy za niesłuszne, niesprawiedliwe. Ale w państwie demokratycznym bezpieczeństwo, stabilność systemu prawnego, jest wartością podstawową. Taka akcja nieposłuszeństwa uderza w fundament prawa. Uważam, że niektórzy dziennikarze rzucili na stół niewłaściwą kartę.
Więc nie mogą jej użyć, nawet jeśli czują się bardzo upokorzeni?
W życiu przechodzimy przez różne upokarzające obowiązki. Kiedy podchodzę do bramki na lotnisku i ktoś mniej lub bardziej natarczywie mnie kontroluje, to też odczuwam to jako duże upokorzenie. Kiedy składałem oświadczenie lustracyjne, ubiegając się o urząd, też odczułem to jako poważne upokorzenie, też burzyłem się, że przecież nikt nie ma prawa mnie sprawdzać. Uznałem jednak, że muszę to znieść w imię wyższych racji. Moja pycha nie powinna dochodzić do głosu.
Jakie to wyższe racje?
Transparentność osób publicznych i ludzi wykonujących zawód zaufania publicznego. Obywatele mają prawo wiedzieć, kto i dlaczego coś pisze. Kiedy wiemy, że np. pan Wołoszański współpracował ze służbami, możemy patrzeć na jego pracę inaczej. Oczywiście, to nie oznacza, że on dalej nie może wykonywać swojego zawodu. Ale dla mnie taka informacja może być wskazówką, by np. go nie zapraszać do gremium, z którym chcę w jakiejś sprawie współpracować. Misją mediów jest służenie prawdzie. Wolność i godność dziennikarza nie jest jego dobrem, które daliśmy mu w formie prezentu. To dobro ma służyć społeczeństwu. Dziennikarz nie może go przyjąć bez obowiązków z nim związanych. A demokracja wymaga przejrzystości.
Ale ona i tak nie zawsze jest możliwa. Dziennikarze wskazują, że jak piszą np. o polityce rodzinnej, to ich czytelnicy nie wiedzą, jak oni traktują swoją rodzinę.
To, że nie wiem wszystkiego o dziennikarzu, nie znaczy, że mam nie wiedzieć tego, co z punktu widzenia stosunków prawno-społecznych w państwie ma znaczenie. Oczywiście, że jest sfera prywatności, do której nie możemy wkraczać. Ale to, że np. Ewa Milewicz (czy inni zasłużeni dziennikarze) da niewłaściwie wyraz swojej godności, wcale nie znaczy, że w jej cieniu nie ma osób, które z jej buntu bardzo się cieszą.
Sugeruje pan, że uczciwi dziennikarze mogą swoją postawą nieświadomie otwierać parasol ochronny dla tych z niechlubną przeszłością?
Oni go właśnie tworzą. I muszą sobie zdawać sprawę z tej odpowiedzialności. To jest pytanie o to, jak ma wyglądać nasze państwo. Ja mówię, że ważne jest, byśmy wiedzieli, kto jest kim, że tego wymaga dążenie do prawdy i wolności słowa. A poprzez taką akcję nieposłuszeństwa prawu być może nie dowiemy się o wielu osobach, które współpracowały ze służbami, pisały na zamówienie, szkodziły Polsce.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl