SB najchętniej werbowała duchownych, ale tuż za nimi plasowali się ludzie kultury i dziennikarze - mówi DZIENNIKOWI Antoni Dudek, doradca prezesa Instytutu Pamięci Narodowej.
Witold Głowacki: Kogo najchętniej werbowała SB?
Antoni Dudek: Z całą pewnością duchownych - już każdy kleryk był obiektem zainteresowania służb. Tuż za nimi plasują się środowiska akademickie i ludzie kultury oraz dziennikarze. Chodziło o środowiska mające wpływ na społeczeństwo i dużą o nim wiedzę. Księży słuchamy podczas kazania, a spowiadamy im się w konfesjonale. Dziennikarze zaś kształtują nasze opinie, a i sami stajemy się czasem obiektem ich zainteresowania. To właśnie dlatego i księża, i dziennikarze byli tak pożądanymi współpracownikami dla SB.
Czy z tego wynika, że SB odnosiła sukcesy w werbowaniu współpracowników?
Współpracę z SB możemy opisywać na podstawie informacji dotyczących części redakcji. I one potwierdzają, że środowisko dziennikarskie cieszyło się szczególnym zainteresowaniem Służby Bezpieczeństwa. Dziennikarze z racji specyfiki swej pracy zajmują się przecież zbieraniem informacji - różne dane, które trafiały w ich ręce, były więc dla bezpieki bardzo cenne. Cóż - istnieje pewne pokrewieństwo między pracą dziennikarzy a działaniem służb specjalnych - i jest to niewątpliwie podstawowa przyczyna, dla której SB interesowała się informacjami zdobytymi przez poszczególne redakcje. Trzeba też pamiętać o tym, że dziennikarz w PRL był nie tylko dostawcą informacji - zajmował się też kształtowaniem nastrojów opinii publicznej. Dlatego SB chodziło często o to, by poprzez swoich współpracowników w redakcjach wyłapywać to, czego nie wychwyciła cenzura.
Dziennikarze zastępowali cenzurę?
To był zapasowy mechanizm bezpieczeństwa - o ideologiczną "poprawność" tekstów dbała nie tylko cenzura, lecz także agenci SB umieszczeni w redakcjach. Ta agentura miała za zadanie sygnalizować SB wszelkie "niebezpieczeństwa" - że ktoś pisze niewygodny dla władzy tekst, a ktoś inny zgłosił na kolegium pomysł, którego nie powinien był zgłaszać. To jeszcze nie koniec. SB potrafiła inspirować powstawanie rozmaitych publikacji. Miały one bardzo rozmaity charakter. Bywały ogólnopropagandowe, zdarzały się jednak i takie, których treść miała kompromitować określone środowiska - przykładem teksty o "ośrodkach dywersji ideologicznej", czyli o paryskiej "Kulturze" czy Radiu Wolna Europa.
Ale to nie oznacza, że wszyscy, którzy pisali takie artykuły, byli współpracownikami SB.
Zgoda. Istniała za to cała kategoria "dziennikarzy związanych z resortem". Ci dziennikarze pisali swoje artykuły w oparciu o materiały otrzymane z MSW. Ich teksty dotyczyły najczęściej działalności środowisk opozycyjnych i ważniejszych ośrodków emigracyjnych.
Zdarzały się także bardziej subtelne gry operacyjne - w których chodzić mogło na przykład o wywołanie konfliktu w jakimś środowisku lub skompromitowanie - także w sensie obyczajowym - poszczególnych osób. Do takich celów także wykorzystywano teksty dziennikarzy - agentów. Często na przykład w ramach takich operacji powstawały najsurowsze lub najbardziej entuzjastyczne recenzje książek i spektakli.
Czy można wiarygodnie oszacować skalę agentury SB?
W latach 80. mieliśmy do czynienia z dwukrotnym wzrostem liczby funkcjonariuszy SB i z kilkukrotnym wzrostem liczby współpracowników służb, która pod koniec lat 80. urosła do ok. 100 000 osób. Siłą rzeczy więc także w środowiskach dziennikarskich właśnie w latach 80. musiało być najwięcej agentów. Część spośród tych osób może być do dziś zawodowo czynna. Wśród ujawnionych do tej pory agentów mamy zauważalną grupę osób urodzonych w latach 60. To moje pokolenie - osoby, które są dziś w okolicy czterdziestki. To ludzie werbowani jako uczniowie czy studenci. Na moim roku zresztą jeden ze studentów okazał się współpracownikiem SB. To zresztą późniejszy dziennikarz TVP. To pokolenie ma dziś spory udział w życiu publicznym. Wśród dzisiejszych aktywnych zawodowo 50- czy 60-latków, osób które były agentami służb PRL, jest statystycznie jeszcze więcej. Dotyczy to także i dziennikarzy.
Ujawniono mało takich przypadków.
Wcale nie tak mało. Tyle że to raczej lokalne sprawy - niedotyczące osób z pierwszych stron gazet. Niemniej w ostatnim czasie pojawiło się parę nazwisk z pierwszej ligi dziennikarstwa - Passenta, Toeplitza i Woźniaka. Rzecz jasna – mała liczba ujawnionych przypadków współpracy absolutnie nie jest dowodem na to, że przypadków tej współpracy było mało. Co ważne - spora część dokumentów SB z lat 80. została zniszczona. Dlatego łatwiej udowodnić współpracę z lat 60. czy 70. niż z ostatniej dekady komunizmu. Spora część współpracowników z lat 80. liczy właśnie na to, że nigdy nie zostaną znalezione dowody ich agenturalnej przeszłości. Takie osoby mogą być także wśród dziennikarzy odmawiających złożenia oświadczenia lustracyjnego. Nie mam złudzeń co do tego, że mamy zasadniczo dwie grupy przeciwników lustracji. Są wśród nich ludzie, dla których ten sprzeciw jest wynikiem osobistych refleksji, przemyśleń i światopoglądu. Jest też jednak niestety grupa osób, które po prostu dobrze znają swoją przeszłość i boją się jej ujawnienia. W publicznych wypowiedziach przedstawiciele tej drugiej grupy oczywiście przybierają ton właściwy dla pierwszej. Symbolem takiej obłudy był dla mnie Lesław Maleszka.
Przypadek Maleszki był jednak bardzo skrajny...
Owszem, skrajny - ale za chwilę zobaczymy, kto może skrywać się za plecami sygnatariuszy protestu przeciw lustracji dziennikarzy. Jestem pewien, że część dawnych agentów SB liczy dziś na to, że dzięki temu protestowi może im się udać uniknąć ujawnienia. Przez sieć agenturalną w czasach PRL przewinęło się około miliona ludzi. Część z nich jest aktywna i nadal oddziałuje. Z całą pewnością także wśród przeciwników lustracji wśród dziennikarzy. Antoni Dudek: Doktor habilitowany nauk politycznych, pracownik naukowy Instytutu Nauk Politycznych i Stosunków Międzynarodowych UJ. Od 2001 pracował w Biurze Edukacji Publicznej Instytutu Pamięci Narodowej na stanowisku naczelnika Wydziału Badań Naukowych, Dokumentacji i Zbiorów Bibliotecznych. Od lutego 2006 jest doradcą Prezesa IPN
Antoni Dudek: Z całą pewnością duchownych - już każdy kleryk był obiektem zainteresowania służb. Tuż za nimi plasują się środowiska akademickie i ludzie kultury oraz dziennikarze. Chodziło o środowiska mające wpływ na społeczeństwo i dużą o nim wiedzę. Księży słuchamy podczas kazania, a spowiadamy im się w konfesjonale. Dziennikarze zaś kształtują nasze opinie, a i sami stajemy się czasem obiektem ich zainteresowania. To właśnie dlatego i księża, i dziennikarze byli tak pożądanymi współpracownikami dla SB.
Czy z tego wynika, że SB odnosiła sukcesy w werbowaniu współpracowników?
Współpracę z SB możemy opisywać na podstawie informacji dotyczących części redakcji. I one potwierdzają, że środowisko dziennikarskie cieszyło się szczególnym zainteresowaniem Służby Bezpieczeństwa. Dziennikarze z racji specyfiki swej pracy zajmują się przecież zbieraniem informacji - różne dane, które trafiały w ich ręce, były więc dla bezpieki bardzo cenne. Cóż - istnieje pewne pokrewieństwo między pracą dziennikarzy a działaniem służb specjalnych - i jest to niewątpliwie podstawowa przyczyna, dla której SB interesowała się informacjami zdobytymi przez poszczególne redakcje. Trzeba też pamiętać o tym, że dziennikarz w PRL był nie tylko dostawcą informacji - zajmował się też kształtowaniem nastrojów opinii publicznej. Dlatego SB chodziło często o to, by poprzez swoich współpracowników w redakcjach wyłapywać to, czego nie wychwyciła cenzura.
Dziennikarze zastępowali cenzurę?
To był zapasowy mechanizm bezpieczeństwa - o ideologiczną "poprawność" tekstów dbała nie tylko cenzura, lecz także agenci SB umieszczeni w redakcjach. Ta agentura miała za zadanie sygnalizować SB wszelkie "niebezpieczeństwa" - że ktoś pisze niewygodny dla władzy tekst, a ktoś inny zgłosił na kolegium pomysł, którego nie powinien był zgłaszać. To jeszcze nie koniec. SB potrafiła inspirować powstawanie rozmaitych publikacji. Miały one bardzo rozmaity charakter. Bywały ogólnopropagandowe, zdarzały się jednak i takie, których treść miała kompromitować określone środowiska - przykładem teksty o "ośrodkach dywersji ideologicznej", czyli o paryskiej "Kulturze" czy Radiu Wolna Europa.
Ale to nie oznacza, że wszyscy, którzy pisali takie artykuły, byli współpracownikami SB.
Zgoda. Istniała za to cała kategoria "dziennikarzy związanych z resortem". Ci dziennikarze pisali swoje artykuły w oparciu o materiały otrzymane z MSW. Ich teksty dotyczyły najczęściej działalności środowisk opozycyjnych i ważniejszych ośrodków emigracyjnych.
Zdarzały się także bardziej subtelne gry operacyjne - w których chodzić mogło na przykład o wywołanie konfliktu w jakimś środowisku lub skompromitowanie - także w sensie obyczajowym - poszczególnych osób. Do takich celów także wykorzystywano teksty dziennikarzy - agentów. Często na przykład w ramach takich operacji powstawały najsurowsze lub najbardziej entuzjastyczne recenzje książek i spektakli.
Czy można wiarygodnie oszacować skalę agentury SB?
W latach 80. mieliśmy do czynienia z dwukrotnym wzrostem liczby funkcjonariuszy SB i z kilkukrotnym wzrostem liczby współpracowników służb, która pod koniec lat 80. urosła do ok. 100 000 osób. Siłą rzeczy więc także w środowiskach dziennikarskich właśnie w latach 80. musiało być najwięcej agentów. Część spośród tych osób może być do dziś zawodowo czynna. Wśród ujawnionych do tej pory agentów mamy zauważalną grupę osób urodzonych w latach 60. To moje pokolenie - osoby, które są dziś w okolicy czterdziestki. To ludzie werbowani jako uczniowie czy studenci. Na moim roku zresztą jeden ze studentów okazał się współpracownikiem SB. To zresztą późniejszy dziennikarz TVP. To pokolenie ma dziś spory udział w życiu publicznym. Wśród dzisiejszych aktywnych zawodowo 50- czy 60-latków, osób które były agentami służb PRL, jest statystycznie jeszcze więcej. Dotyczy to także i dziennikarzy.
Ujawniono mało takich przypadków.
Wcale nie tak mało. Tyle że to raczej lokalne sprawy - niedotyczące osób z pierwszych stron gazet. Niemniej w ostatnim czasie pojawiło się parę nazwisk z pierwszej ligi dziennikarstwa - Passenta, Toeplitza i Woźniaka. Rzecz jasna – mała liczba ujawnionych przypadków współpracy absolutnie nie jest dowodem na to, że przypadków tej współpracy było mało. Co ważne - spora część dokumentów SB z lat 80. została zniszczona. Dlatego łatwiej udowodnić współpracę z lat 60. czy 70. niż z ostatniej dekady komunizmu. Spora część współpracowników z lat 80. liczy właśnie na to, że nigdy nie zostaną znalezione dowody ich agenturalnej przeszłości. Takie osoby mogą być także wśród dziennikarzy odmawiających złożenia oświadczenia lustracyjnego. Nie mam złudzeń co do tego, że mamy zasadniczo dwie grupy przeciwników lustracji. Są wśród nich ludzie, dla których ten sprzeciw jest wynikiem osobistych refleksji, przemyśleń i światopoglądu. Jest też jednak niestety grupa osób, które po prostu dobrze znają swoją przeszłość i boją się jej ujawnienia. W publicznych wypowiedziach przedstawiciele tej drugiej grupy oczywiście przybierają ton właściwy dla pierwszej. Symbolem takiej obłudy był dla mnie Lesław Maleszka.
Przypadek Maleszki był jednak bardzo skrajny...
Owszem, skrajny - ale za chwilę zobaczymy, kto może skrywać się za plecami sygnatariuszy protestu przeciw lustracji dziennikarzy. Jestem pewien, że część dawnych agentów SB liczy dziś na to, że dzięki temu protestowi może im się udać uniknąć ujawnienia. Przez sieć agenturalną w czasach PRL przewinęło się około miliona ludzi. Część z nich jest aktywna i nadal oddziałuje. Z całą pewnością także wśród przeciwników lustracji wśród dziennikarzy. Antoni Dudek: Doktor habilitowany nauk politycznych, pracownik naukowy Instytutu Nauk Politycznych i Stosunków Międzynarodowych UJ. Od 2001 pracował w Biurze Edukacji Publicznej Instytutu Pamięci Narodowej na stanowisku naczelnika Wydziału Badań Naukowych, Dokumentacji i Zbiorów Bibliotecznych. Od lutego 2006 jest doradcą Prezesa IPN
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zobacz
|