Niektórzy z zasady zniesmaczeni są wszystkim, co robi PiS od początku kadencji. Jednak począwszy od kilkunastu dni - dokładnie zaś - od czasu odwołania Bronisława Wildsteina ze stanowiska
prezesa TVP - pytania o granice kompromisu, politycznego targu i pragmatyzmu, przez niektórych określanego wprost cynizmem, płyną także ze strony tych bardziej wstrzemięźliwych w ocenach lub
do niedawna wyraźnie życzliwych.
Ciekawe, że wielu spośród tych ostatnich potrzebowało dopiero odwołania kolegi, żeby uświadomić sobie, że w tej metodzie tkwi jakaś skaza. A przecież wcześniej okazji było także w
bród.
Gdy wybuchło zamieszanie związane z oświadczeniem majątkowym Hanny Gronkiewicz-Waltz, można było przy tej okazji postawić pytania o równość wobec prawa, o jakość samego prawa, o granice
ustawodawczej interwencji w demokratyczny wybór obywateli. Można było szukać łagodnego i jak najkorzystniejszego, z punktu widzenia interesu publicznego, rozwiązania. Można było, ale po co,
skoro od razu było jasne, że jedynym celem strony rządowej jest dokopanie rywalowi, któremu powinęła się noga, nawet kosztem milionów złotych i chaosu w stolicy kraju?
Pytania, o których mowa, pojawiały się także przy odwołaniu Igora Chalupca, którego ani minister skarbu, ani premier nie uznali za stosowne wyjaśnić opinii publicznej. Tak było również
przy okazji targów o powołanie Sławomira Skrzypka na prezesa NBP, czego spóźnioną konsekwencją była dymisja Wildsteina. Tak było, gdy Kazimierz Marcinkiewicz został namaszczony na prezesa
PKO BP - z czego zresztą premier, kierując się równie doraźną kalkulacją, następnie się wycofał.
Czemu dopiero dziś tak wielu komentatorów stawia sobie pytanie o granice kompromisu i politycznego pragmatyzmu, skoro po raz pierwszy padło ono w momencie powstania koalicji Prawa i
Sprawiedliwości z Samoobroną i LPR? I więcej stawiać go nie trzeba, bo większość tego, co się później działo, jest następstwem tamtej decyzji. Ona wyznaczyła - czy może przesunęła
poza zasięg wzroku - wspomniane granice. Postępowanie Jarosława Kaczyńskiego w wymienionych i innych sprawach podobnego rodzaju mieści się doskonale w logice jego strategii politycznej. Tyle
że ta logika zawiera w sobie wewnętrzną sprzeczność.
Prezes PiS planuje na trzech płaszczyznach. Najdalsza, najodleglejsza, to ziemia obiecana IV RP - wizja drugiej Bawarii, o której wspominał w wywiadach. Można z nią dyskutować, można się z
nią nie zgadzać, ale jedno jest pewne: zawierają się w niej pewne szczytne postulaty, takie jak przejrzystość życia publicznego, jego oczyszczenie, odejście od prymatu pragmatyzmu w
bieżącej polityce, uczciwość i bezinteresowność.
Wizja ta ma jedną zasadniczą wadę: jest utopijna. Druga płaszczyzna to strategia, czyli generalna droga dążenia do ziemi obiecanej. Trzecia płaszczyzna to bieżąca polityczna taktyka. Ta
budzi największy sprzeciw.
Sprzeczność tkwi w drugiej warstwie. Założenie wydaje się być następujące: aby osiągnąć cel (ziemię obiecaną), trzeba zyskać jak największą swobodę przeprowadzania zmian w państwie.
Jak to zrobić? Do minimum zmniejszając ograniczenia nakładane przez istniejące instytucjonalne rozwiązania, lokując w kluczowych miejscach sprawdzonych ludzi i zyskując swobodę działania w
parlamencie. To ostatnie - właściwie na pierwszym miejscu, bo bez tego nie da się przecież przeprowadzić żadnych rozwiązań ustawowych.
Strategia ma swój cel, będący punktem pośrednim w drodze do stanu idealnego: jej realizacja ma sprawić, że będzie można wreszcie odłożyć na bok bieżące polityczne spory i zająć się
swobodnym kreowaniem nowego państwa. W praktyce miałoby to prawdopodobnie oznaczać powstanie owej wielkiej partii ludowo-konserwatywnej, ostateczną marginalizację dzisiejszych przystawek i
ustawienie sceny politycznej w taki sposób, żeby mogła się u nas powtórzyć sytuacja np. z Wielkiej Brytanii, gdzie laburzyści rządzą samodzielnie nieprzerwanie od dziesięciu lat, a bardzo
prawdopodobne, że będą rządzić przez kolejną kadencję.
Gdy taki stan zostanie osiągnięty - zakłada strategia lidera PiS - będzie można zrezygnować z wymogów bieżącej politycznej taktyki i zacząć wprowadzać rozwiązania, kładące podwaliny
pod drugą Bawarię.
Niestety, w takim myśleniu tkwi immanentny błąd. Zakłada ono, że w którymś momencie zostaje osiągnięty docelowy, stabilny stan, w którym taktyka staje się zbędna. Mówiąc obrazowo -
sytuacja, gdy można się pozbyć Leppera i jego najbardziej kontrowersyjnych ludzi; gdy dla człowieka Giertycha nie trzeba tworzyć zbędnego ministerstwa; gdy na prezesa NBP nie trzeba powoływać
podporządkowanego politycznie, wątpliwego specjalisty i okupywać tego ustępstwami w innych instytucjach; gdy nie trzeba się podlizywać ojcu Rydzykowi.
Tyle że takiego stanu prawdopodobnie nigdy się nie osiągnie. Dążenie do niego jest jak pogoń za horyzontem. I tej pogoni jesteśmy świadkami od ponad roku. Skoro zaś stan ten jest
nieosiągalny, to wyboru trzeba dokonać już dziś: albo naprawia się państwo poprzez postawienie kompromisom wyraźnej granicy, nawet jeśli w którymś momencie z tego powodu trzeba oddać
władzę, albo z pełną świadomością przyjmuje się, że jedyną zasadą jest utrzymanie się przy władzy dla samego rządzenia. Jeżeli spojrzeć na sytuację w tej optyce, to Jarosław
Kaczyński na razie wybiera to drugie.
Pierwotny kompromis, na jaki poszedł obecny premier - wciągnięcie do współpracy Andrzeja Leppera i Romana Giertycha - nieuchronnie musiał za sobą pociągną kolejne, coraz bardziej
kompromitujące. Lider PiS-u utkwił w łańcuchu tych kompromisów na dobre. Jest jak Alicja po drugiej stronie lustra: im szybciej biegnie, tym wolniej się porusza.
Jarosław Kaczyński uległ niebezpiecznemu złudzeniu, wierząc, że dziś, w ramach politycznej taktyki, można łamać zasady po to, aby w jakiejś odległej, nieokreślonej perspektywie
wprowadzić nowy porządek, oparty na tychże, dziś łamanych, zasadach. To modelowy przykład wiary, że szlachetny cel uświęca wątpliwe środki. Gdziekolwiek i kiedykolwiek ta zasada była
stosowana, skutki zawsze były opłakane. Zatem jeżeli nawet - w co nie wierzę - za kilka lat Jarosław Kaczyński będzie mógł powiedzieć, że swój cel osiągnął, to będzie stał na ziemi
tak spalonej w ogniu wyniszczających politycznych potyczek, tak przeoranej przez armie politycznych cyników, że niczego się już na niej nie uda wyhodować. To będzie pyrrusowe
zwycięstwo.
Dążąc do ziemi obiecanej, gdzie życie publiczne ma być zdrowe i jasne, lider PiS psuje istniejące mechanizmy targami, ustępstwami, trudnymi do zaakceptowania ugodami. Zamiast naprawiać
niedoskonałe rozwiązania instytucjonalne, niszczy je całkowicie, bo stają na drodze jego pogoni za horyzontem. Horyzontu nie dogonimy nigdy. To zaś, co po drodze zostanie zepsute, niełatwo
będzie naprawić.