Dziennik Gazeta Prawana logo

Jarosława Kaczyńskiego pogoń za horyzontem

12 października 2007, 16:13
Ten tekst przeczytasz w 10 minut
Jarosław Kaczyński uległ niebezpiecznemu złudzeniu, wierząc, że dziś, w ramach politycznej taktyki, można łamać zasady po to, aby w jakiejś odległej, nieokreślonej perspektywie wprowadzić nowy porządek, oparty na tychże, dziś łamanych, zasadach - pisze Łukasz Warzecha, publicysta "Faktu".

Niektórzy z zasady zniesmaczeni są wszystkim, co robi PiS od początku kadencji. Jednak począwszy od kilkunastu dni - dokładnie zaś - od czasu odwołania Bronisława Wildsteina ze stanowiska prezesa TVP - pytania o granice kompromisu, politycznego targu i pragmatyzmu, przez niektórych określanego wprost cynizmem, płyną także ze strony tych bardziej wstrzemięźliwych w ocenach lub do niedawna wyraźnie życzliwych.

Ciekawe, że wielu spośród tych ostatnich potrzebowało dopiero odwołania kolegi, żeby uświadomić sobie, że w tej metodzie tkwi jakaś skaza. A przecież wcześniej okazji było także w bród.

Gdy wybuchło zamieszanie związane z oświadczeniem majątkowym Hanny Gronkiewicz-Waltz, można było przy tej okazji postawić pytania o równość wobec prawa, o jakość samego prawa, o granice ustawodawczej interwencji w demokratyczny wybór obywateli. Można było szukać łagodnego i jak najkorzystniejszego, z punktu widzenia interesu publicznego, rozwiązania. Można było, ale po co, skoro od razu było jasne, że jedynym celem strony rządowej jest dokopanie rywalowi, któremu powinęła się noga, nawet kosztem milionów złotych i chaosu w stolicy kraju?

Pytania, o których mowa, pojawiały się także przy odwołaniu Igora Chalupca, którego ani minister skarbu, ani premier nie uznali za stosowne wyjaśnić opinii publicznej. Tak było również przy okazji targów o powołanie Sławomira Skrzypka na prezesa NBP, czego spóźnioną konsekwencją była dymisja Wildsteina. Tak było, gdy Kazimierz Marcinkiewicz został namaszczony na prezesa PKO BP - z czego zresztą premier, kierując się równie doraźną kalkulacją, następnie się wycofał.

Czemu dopiero dziś tak wielu komentatorów stawia sobie pytanie o granice kompromisu i politycznego pragmatyzmu, skoro po raz pierwszy padło ono w momencie powstania koalicji Prawa i Sprawiedliwości z Samoobroną i LPR? I więcej stawiać go nie trzeba, bo większość tego, co się później działo, jest następstwem tamtej decyzji. Ona wyznaczyła - czy może przesunęła poza zasięg wzroku - wspomniane granice. Postępowanie Jarosława Kaczyńskiego w wymienionych i innych sprawach podobnego rodzaju mieści się doskonale w logice jego strategii politycznej. Tyle że ta logika zawiera w sobie wewnętrzną sprzeczność.

Prezes PiS planuje na trzech płaszczyznach. Najdalsza, najodleglejsza, to ziemia obiecana IV RP - wizja drugiej Bawarii, o której wspominał w wywiadach. Można z nią dyskutować, można się z nią nie zgadzać, ale jedno jest pewne: zawierają się w niej pewne szczytne postulaty, takie jak przejrzystość życia publicznego, jego oczyszczenie, odejście od prymatu pragmatyzmu w bieżącej polityce, uczciwość i bezinteresowność.

Wizja ta ma jedną zasadniczą wadę: jest utopijna. Druga płaszczyzna to strategia, czyli generalna droga dążenia do ziemi obiecanej. Trzecia płaszczyzna to bieżąca polityczna taktyka. Ta budzi największy sprzeciw.

Sprzeczność tkwi w drugiej warstwie. Założenie wydaje się być następujące: aby osiągnąć cel (ziemię obiecaną), trzeba zyskać jak największą swobodę przeprowadzania zmian w państwie. Jak to zrobić? Do minimum zmniejszając ograniczenia nakładane przez istniejące instytucjonalne rozwiązania, lokując w kluczowych miejscach sprawdzonych ludzi i zyskując swobodę działania w parlamencie. To ostatnie - właściwie na pierwszym miejscu, bo bez tego nie da się przecież przeprowadzić żadnych rozwiązań ustawowych.

Strategia ma swój cel, będący punktem pośrednim w drodze do stanu idealnego: jej realizacja ma sprawić, że będzie można wreszcie odłożyć na bok bieżące polityczne spory i zająć się swobodnym kreowaniem nowego państwa. W praktyce miałoby to prawdopodobnie oznaczać powstanie owej wielkiej partii ludowo-konserwatywnej, ostateczną marginalizację dzisiejszych przystawek i ustawienie sceny politycznej w taki sposób, żeby mogła się u nas powtórzyć sytuacja np. z Wielkiej Brytanii, gdzie laburzyści rządzą samodzielnie nieprzerwanie od dziesięciu lat, a bardzo prawdopodobne, że będą rządzić przez kolejną kadencję.

Gdy taki stan zostanie osiągnięty - zakłada strategia lidera PiS - będzie można zrezygnować z wymogów bieżącej politycznej taktyki i zacząć wprowadzać rozwiązania, kładące podwaliny pod drugą Bawarię.

Niestety, w takim myśleniu tkwi immanentny błąd. Zakłada ono, że w którymś momencie zostaje osiągnięty docelowy, stabilny stan, w którym taktyka staje się zbędna. Mówiąc obrazowo - sytuacja, gdy można się pozbyć Leppera i jego najbardziej kontrowersyjnych ludzi; gdy dla człowieka Giertycha nie trzeba tworzyć zbędnego ministerstwa; gdy na prezesa NBP nie trzeba powoływać podporządkowanego politycznie, wątpliwego specjalisty i okupywać tego ustępstwami w innych instytucjach; gdy nie trzeba się podlizywać ojcu Rydzykowi.

Tyle że takiego stanu prawdopodobnie nigdy się nie osiągnie. Dążenie do niego jest jak pogoń za horyzontem. I tej pogoni jesteśmy świadkami od ponad roku. Skoro zaś stan ten jest nieosiągalny, to wyboru trzeba dokonać już dziś: albo naprawia się państwo poprzez postawienie kompromisom wyraźnej granicy, nawet jeśli w którymś momencie z tego powodu trzeba oddać władzę, albo z pełną świadomością przyjmuje się, że jedyną zasadą jest utrzymanie się przy władzy dla samego rządzenia. Jeżeli spojrzeć na sytuację w tej optyce, to Jarosław Kaczyński na razie wybiera to drugie.

Pierwotny kompromis, na jaki poszedł obecny premier - wciągnięcie do współpracy Andrzeja Leppera i Romana Giertycha - nieuchronnie musiał za sobą pociągną kolejne, coraz bardziej kompromitujące. Lider PiS-u utkwił w łańcuchu tych kompromisów na dobre. Jest jak Alicja po drugiej stronie lustra: im szybciej biegnie, tym wolniej się porusza.

Jarosław Kaczyński uległ niebezpiecznemu złudzeniu, wierząc, że dziś, w ramach politycznej taktyki, można łamać zasady po to, aby w jakiejś odległej, nieokreślonej perspektywie wprowadzić nowy porządek, oparty na tychże, dziś łamanych, zasadach. To modelowy przykład wiary, że szlachetny cel uświęca wątpliwe środki. Gdziekolwiek i kiedykolwiek ta zasada była stosowana, skutki zawsze były opłakane. Zatem jeżeli nawet - w co nie wierzę - za kilka lat Jarosław Kaczyński będzie mógł powiedzieć, że swój cel osiągnął, to będzie stał na ziemi tak spalonej w ogniu wyniszczających politycznych potyczek, tak przeoranej przez armie politycznych cyników, że niczego się już na niej nie uda wyhodować. To będzie pyrrusowe zwycięstwo.

Dążąc do ziemi obiecanej, gdzie życie publiczne ma być zdrowe i jasne, lider PiS psuje istniejące mechanizmy targami, ustępstwami, trudnymi do zaakceptowania ugodami. Zamiast naprawiać niedoskonałe rozwiązania instytucjonalne, niszczy je całkowicie, bo stają na drodze jego pogoni za horyzontem. Horyzontu nie dogonimy nigdy. To zaś, co po drodze zostanie zepsute, niełatwo będzie naprawić.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Świadczenia, emerytury, podatki, zmiany przepisów, newsy gospodarcze... To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik Radzi. Chcesz się dowiedzieć, kto może przejść na wcześniejszą emeryturę? A może jakie ulgi można odliczyć od podatku? Kto może otrzymać środki w ramach renty wdowiej? Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj